z życia poczty

20 marca 2007 (26 komentarzy)

[8] na pocztę chodzę rzadko, ponieważ niechętnie. jednak wczoraj mówię sobie: „owszem, wprawdzie były między nami niesnaski i zwady w przeszłości, chwile rozczarowania i zwątpienia – ale ludzie się zmieniają, a niekiedy zmieniają na lepsze”, toteż czuprynę zmierzwioną poprawiłem i na pocztę, pełen miłości i niekłamanego entuzjazmu, nadać przesyłkę poszedłem. na poczcie spędziłem trzydzieści pięć fantastycznych minut. jeśli ktoś widział „godzinę wilka” bergmana, na pewno zapamiętał scenę, w której max von sydow niejako live odlicza sześćdziesiąt sekund scenę, podkreślmy to, przewlekłą jak niewydolność nerek u kotów. na poczcie spędziłem trzydzieści pięć takich scen, choć przecież kurwa nie jestem żadnym aktorem. do domu wróciłem z raną w sercu rozdrapaną, przesyłki nie nadawszy. część z państwa zapyta pewnie: a co się stało? otóż, nie wiem, kochani, naprawdę nie wiem co i jak, ale coś kiedyś stać się musiało, jakaś olbrzymia krzywda, jakaś olbrzymia i pokutująca po dziś dzień krzywda – trzydzieści pięć minut, a ona, ta pani, oznajmia mi lekko a dosadnie (i niemal tymi słowy), że ma mnie głęboko w poważaniu, ergo właśnie sobie przerwę robi, na herbatę – o 15.41

untitled

11 marca 2007 (34 komentarze)

[7] niekiedy człowiek ma tak, że go zaboli. że go zaboli nie ręka, nie ząb, nie wątroba, lecz to ciało nienamacalne go zaboli ta dusza, co siedzi w kącie i wkurwia. i człowiek wówczas, gdy go zaboli, gdy go zaboli tak, że już nie może albo próbuje się z bólem zmierzyć, przy pomocy poznawczo-emocjonalnych metod urabiania duszy ból zwalczyć, albo co jest znacznie pod każdym względem wygodniejsze idzie pić

mnie się pić odechciało, mnie się zachciało nie pić, lecz w niczym nie zmienia to sytuacji: idę pić, albowiem pić oznacza poczuć się lepiej. z domu rodzinnego cenne wyniosłem lekcje, prawdziwe lekcje życia, toteż roszczę sobie prawo do mówienia „wiem, co mówię”. jako psycholog nie twierdzę rzecz jasna, że jest to metoda dla człowieka odpowiednia alkohol to terapeuta na wskroś i do końca destrukcyjny. pamiętajcie o tym, drogie dzieci; lecz jako człowiek, którego boli, który już nie może, ośmielam się twierdzić jest to metoda najlepsza z możliwych. bogiem a prawdą, jest to jedyna metoda, jaką w ciągu swojego krótkiego żywota opanowałem w stopniu pozwalającym na swobodne korzystanie

bywa jednak z czym część państwa być może się nie zgodzi, z czym jeszcze do niedawna sam nie mogłem się zgodzić że alkohol niekiedy człowiekowi nie wystarcza. że zamiast poczuć się lepiej, czuje się człowiek gorzej, czuje się człowiek znacznie gorzej. i ja właśnie przyszedłem pijany. pijany przyszedłem w nadziei, że zasnę, tę duszę straszliwą prześpię, przeczekam, przeboleję ale nic, nie stało się nic

gdańsk-olsztyn

5 marca 2007 (31 komentarzy)

[6] otóż jest sobota rano. wespół z tym panem i tym panem wyruszamy do miasta olsztyna na na festiwal literacki pora poezji. we festiwalu mamy wziąć udział tak zwany czynny, to jest wyjść na środek, przeczytać parę tekstów, w międzyczasie odpowiedzieć na kilka pytań związanych z tym czy owym, lub w ogóle niezwiązanych z niczym, a na koniec porządnie w rurę przygrzmocić. każdy punkt, z naciskiem na ostatni, realizujemy z pełnym zaangażowaniem

jest sobota popołudnie. po niejakich kłopotach trafiamy wreszcie do pubu gacek, gdzie zaplanowane zostało spotkanie z gdańskimi poetami, spotkanie pod nazwą poetycki gdańsk. gdańsk, owszem, poetycki jest niezmiernie, choć akurat tej nocy najbardziej poetyckie będzie skrzypnięcie miękkiego łóżka w jednym z olsztyńskich hoteli po wylądowaniu pijanego ciała mojego pijanego ciała, dodajmy

sobota wieczór. najpierw cecko marcin proponuje żołądkową gorzką – żołądkowej nie odmawiam nigdy; następnie pułka tomaszek wyciąga armatkę z konopnicką marią w środku – marii, klasyki literatury polskiej, nie odmawiam tym bardziej. gdy rzeczy przybierają tak zwany niebezpieczny obrót, pewna niewiasta, pewna błogosławiona niewiasta, dobrotliwie wyprowadza mnie na zewnątrz i wkłada do taksówki. ja jeszcze próbuję coś powiedzieć, coś jej przekazać ważnego, że pomysł z taksówką jest naprawdę wyśmienity, ale ja nie mam czym zapłacić, i przekazuję to głosem bełkotliwym w stopniu zdałoby się wykluczającym zrozumienie. lecz ona przecież nie jest z tego świata i rozumie mnie doskonale, i czułym tonem odpowiada, żebym niczym się nie martwił, po czym wciska mi do ręki najpierw dziesięć, a następnie (jak wynika z porannego rachunku) trzydzieści polskich złotych

o, niewiasto, samarytanko na los umęczonych wrażliwa, bądź błogosławiona po stokroć