notatka z podróży, cz. 1

29 lipca 2007 (7 komentarzy)

[19] wyszła zosia na moment, do szpitala pojechała zaszczepić się na okoliczność tego czy owego. za kilka dni poleci do tropikalnego peru, a tam jak wiadomo bóg wie co dymem kręci, więc szczepi się zosia na wszelki ewentualny. ja tymczasem dzień wcześniej dam nura do równie tropikalnego polandu, i to, drodzy państwo, dopiero będzie wyzwanie: powiedzieć pa, zosiu i nie zobaczyć się przez kolejnych czterdzieści dni. proszę sobie wystawić: czterdzieści piekielnych dni. ja oczywiście mam świadomość, że istnieją w świecie rzeczy straszniejsze, bardziej bolesne, jak choćby czterdziesty pierwszy dzień rozłąki z zosią, i że w związku z tym mój ból jest być może trochę na wyrost, trochę bez sensu; w niczym jednak nie zmienia to sytuacji: skowronki smutku jęły wiercić dziurę w duszy mej i jest mi z tym raczej nieszczególnie

notatka z podróży, cz. 0

21 lipca 2007 (7 komentarzy)

[18] od poniedziałku jestem w strasburgu. wprawdzie nie rozumiem, co się do mnie mówi, co się do mnie woła na ulicach i co oznaczają napisy w menu, i to jest oczywiście pewna nie dająca się zbagatelizować przeszkoda w nawiązywaniu swobodnej łączności między mansztajnem a tak zwanym światem zewnętrznym; ale pod dobrymi skrzydłami jestem. zosia, która wychowała się w strasburgu, zasadniczo wie co i jak, z zosią to ja akurat nie zginę. co do samego strasburga jest strasburg miastem ładnym. i nie to że wyczesana katedra czy zabytkowe kościoły, nie to że restauracyjki, jak z czasu drugiej wojny światowej, ani że urokliwe placyki, gdzie na zielonej trawce pali młodzież lulki, nie to że to i nie to że tamto. w strasburgu ładne jest zwłaszcza wszystko, a już zupełnie przede wszystkim ładna jest w strasburgu atmosfera. miasto jest leniwe, ludzie z twarzy uprzejmi, syfu niewiele. czego chcieć więcej, pytam retorycznie i całkiem serio

rzecz o paleniu

11 lipca 2007 (10 komentarzy)

[17] w ostatnią niedzielę zakończył się w gdańsku „12. festiwal gwiazd„. taki festiwal to jest zawsze wspaniała okazja, żeby sobie obejrzeć coś fajnego. kino potrafi być fajne, potrafi to zwłaszcza kino europejskie, choć i kino z usa niekiedy daje radę, czego dowodem może być na przykład szklana pułapka (vol.1, vol.2, vol.3), której jestem oczywiście ortodoksyjnym fanem, czy choćby niedawny zodiak, o którym się mówi i mówi, i dobrze, bo w końcu jest o czym

podczas rzeczonego festiwalu odbył się przedpremierowy pokaz filmu inland empire autorstwa davida lyncha. mnie się na ten film – nie ukrywam – chciało bardzo, w tym celu wysłałem nawet pechowego esemesa za złotych 1,22 z prośbą o podwójne zaproszenie. niestety, maszyna losująca prędko wyprowadziła mnie z błędu, odpowiedziała, że konkurs, w którym biorę udział i w którym nagrodą jest podwójne zaproszenie, jeszcze się nie rozpoczął, więc sms nie został zarejestrowany, więc najlepiej zrobię, jak wyślę kolejnego, gdy się konkurs rozpocznie. a takiego wała, rzekłem

to, o czym chcę wspomnieć, to nie fajny film, którego w końcu nie obejrzałem, a wykład, wygłoszony przez davida niejako ekstra, z festiwalem i filmem niezwiązany, festiwalu i filmu niedotyczący. pomyślałem, że to miła pamiątka będzie, taki wykład z davidem – wziąłem więc, ciepłą ubrałem kurtkę i do kościoła św. jana, gdzie się rzecz miała rozegrać, pełen nadziei i wiary poszedłem

wykład dotyczył medytacji, którą david uprawia podobno od trzydziestu lat. ja zawsze jestem pełen podziwu, jak się komuś chce, a davidowi – widać – chce się bardzo. podekscytowany tym, co zaraz usłyszę, wygodnie zainstalowałem się na niewygodnym krzesełku i zaczekałem na rozwój wypadków. po dwudziestu minutach, w których david zdążył powiedzieć miedzy innymi o zjednoczonym polu, wirującym świetle a także buzującej kreatywności, uświadomiłem sobie, że nie, że ja chyba nie rozumiem, co się do mnie mówi. lecz david ciągnął dalej i dalej tym samym, niepojętym dla mnie językiem. ach, co to była za jazda, mili państwo! wreszcie, gdy uniósł david dłoń drżącą i z zamkniętymi oczami jął opowiadać o czystej kuli, w której mieści się bezgraniczne doświadczenie, bezgraniczne ciepło – wyszedłem zapalić. chociaż nie palę

wafel

6 lipca 2007 (8 komentarzy)

[16] wczoraj dostałem od zosi książkę. książka jest autorstwa łukasza orbitowskiego i nazywa się tracę ciepło. ja tę książkę, o czym zosia przecież doskonale wiedziała, chciałem kupić już dawno, ale zapomniałem. zapomniałem albo nie było mnie stać; przede wszystkim zaś nie było mnie stać. tak czy inaczej wczoraj dostałem książkę, na którą od dłuższego czasu jestem poważnie napalony, i – jak to się mówi – zrywam z tego powodu wafla. jak przeczytam, powiem więcej albo i nie


pees. a dostałem z okazji kolejnych w tym roku imienin. bo ja, proszę państwa, jeśli przyjąć, że na imię mam jakub, imieniny świętuję dokładnie 30 razy w roku, i wczoraj akurat wypadły kolejne, osiemnaste. następne, licząc od dziś, już za osiem dni