untitled

30 sierpnia 2007 (33 komentarze)

(próbuję sobie przypomnieć, kiedy to się stało. czy wtedy, gdy w środku nocy położyłaś się na ciepłym chodniku i zapytałaś, czy mógłbym tak nie stać głupio i położyć się obok. czy może wcześniej, znacznie wcześniej, gdy wyjechałaś na święta, a ja, szukając byle pretekstu, żeby się odezwać, napisałem ci w smsie o chmurze w kształcie smerfa palącego fajkę. dzisiaj nie jestem już pewien, czy rzeczywiście widziałem tego smerfa, czy raczej wszystko zmyśliłem. albo może wtedy, gdy poprosiłaś mnie o napisanie bajki. tamtej nocy długo nie spałem, szukałem pomysłu i słów, żeby nie wyszło głupio, choć chyba i tak wyszło. wiesz, to mogło być też wtedy, to na pewno było wtedy, gdy pojawiłaś się na molo z balonem przywiązanym do nadgarstka. opowiadałaś o francuskich rogalikach, na górnej wardze miałaś opryszczkę i tak zabawnie wymawiałaś troszeczkę)

obrócony franciszek

23 sierpnia 2007 (13 komentarzy)

[25] śniło się, że namalowałem obraz, a właściwie plakat, przedstawiający głowę franciszka starowieyskiego. nie taką zwykłą głowę, a taką raczej do lekcji anatomii, częściowo pozbawioną skóry, z odkrytymi szlakami mięśni i numerami, pod którymi kryły się łacińskie nazwy tychże. franciszek, jak to on, miał lekko wykrzywioną wargę (albo coś, co wisiało w miejscu wargi) i nienaturalnie rozświetlone czoło, jakby spod mięśni przebijała zapalona żarówka. i ja ten obrazek, a właściwie plakat, podarowałem zosi. zosia ucieszyła się, zaskoczona, że potrafię malować, do tego malować ładnie, i ja też byłem zaskoczony, bo przecież nie potrafię. powiedziała, że witalny taki, że ładny i witalny, ale że jeszcze ładniejszy i bardziej witalny będzie, kiedy obrócimy go do góry nogami. i wtedy okazało się, że obrócony o 180 stopni franciszek starowieyski nie wygląda już jak franciszek starowieyski, ale jak para kochanków w miłosnym uścisku, odrysowana dosłownie ze starej kamasutry. zosia chwyciła młotek i przybiła plakat do ściany. a ściana była w kolorze oranżady

po ostródzie

20 sierpnia 2007 (11 komentarzy)

[24] wróciłem z ostródy i oj, kurwa. ja nie jestem przesadnie wylewny w słowie, naprawdę, ja wolę nawet powiedzieć niewystarczająco niż powiedzieć za dużo, ale tym razem należy dosadnie: takich trzech piekielnych dni to ja nie doświadczyłem chyba od matury. słowo daję. to był najlepszy bauns od czasów, kiedy sięgam pamięcią, i nie to, że ja lubię reggae (chociaż vavamuffin, vavamuffin). ja reggae raczej szanuję niż mam do reggae sympatię (chociaż vavamuffin, vavamuffin). to, co robiło imprezę, to było właśnie wszystko wokół: postaci obce i wcale nie obce, wyjęte z kreskówek na cartoon network albo z filmów tima burtona, wódka pyszna jak arbuz, bębny, niewyraźne miejsca, miękkie od ciepła chodniki, bębny, ciemność, jasność, ciemność, jasność, bębny, niebieski wodopój i fantasmagoryczny trzepak jakby z mullholand drive, spanie na twardym i nie spanie wcale, niewiasta, której taniec powodował ciarki i inne reakcje wegetatywne, nawet ten szalony chłopaczek, co napierdalał muzykę o czwartej nad ranem, pyszniutkie wino na ulicy, jeszcze smaczniejsze kradzione pierogi ruskie, wszystkie wyprawy do świata rojeń, włącznie z tymi na granicy zabawy, że na przykład nadciąga pode mnie balkon pozbawiony barierki a ja jestem na ósmym piętrze i nie mam spadochronu, generalnie atmosfera. ach, kto był, ten wie, kto nie był, ten i tak nie dowie się już i nie ma sensu języka strzępić. w każdym razie, trzy piękne dni, że tylko w pamiętniczek i wstążką odpowiedniego koloru przybrać

function

17 sierpnia 2007 (6 komentarzy)

[23] dwa dni temu poszedłem na koncert zespołu function, gdzie na chwilę wcieliłem się w postać wodza apaczów, który wykonuje szamańskie tańce pomiędzy głowami współplemieńców, rozsianymi na podłodze kawiarni „delfin” w gdańsku-oliwie. taniec miał charakter wyobrażeniowy, acz niezwykle był przy tym realny, na tyle realny, że na moment zadumałem się nad własną kondycją psychiczną i gdy wróciłem do domu czym prędzej zażyłem magnez. magnez jest dobry na wszystko. z kolei kilka dni wcześniej wdrapałem się na wyżyny mistycznej epistemologii wsłuchując się w precious depechów z ich nowej płyty playing the angel. ja fanem depechów jestem raczej umiarkowanym, choć na przykład i feel you uważam za numer epokowy i w wywoływaniu obrazów wyobrażonych skuteczniejszy niż usta angeliny jolie. z innej półki: po głowie szwendają mi się także counting crowsi. counting crowsów słuchaliśmy w strasburgu. zosia lubi, ja też polubiłem, i nie wiem, czy to efekt muzyki, czy może efekt zosi. i do tego, proszę sobie wyobrazić – creed. czy ktoś jeszcze pamięta ten zespół? ja akurat pamiętam, pamiętam doskonale teledysk do what’s this life for i jeszcze lepiej refren w my own prison. i oczywiście beirut. ach, panie boże, z całego wszystkiego beirut kopie tę moją emocjonalną dupę chyba najmocniej. na domiar złego za kilka godzin wybieram się na reggae festiwal do ostródy. jeszcze nie wiem, po co. liczę, że się dowiem, jak dotrę

osobność

13 sierpnia 2007 (21 komentarzy)

[22] oddzielnie robić zwariowane rzeczy i szukać słów, aby o tym wszystkim opowiedzieć. doświadczać metafizyki drobnych zdarzeń, gdzieś w deszczu, na rozgrzanych schodach starej kamienicy, na mokrym trawniku przed teatrem, w nocnym pociągu do zadymionego miasta, którego nazwy nie pamiętam. oddzielnie jadać winogrona, oddzielnie chodzić spać. wracać nad ranem do domu i zostać zaskoczonym przez deszcz. poczuć, że deszcz robi się słodki, że jest naprawdę słodki, i zostać tak przez minutę, z otwartą buzią zwróconą do góry, coraz bardziej mokry, przemarznięty i głupi z niepojętej rozkoszy. być jak bohater z książki i dalej szukać słów. wiedzieć, że piękno brzydzi się słowem, wierszem, opowiadaniem i dalej szukać słów. wiedzieć, że już nie usłyszysz nazwy tamtego miasta, nie poczujesz smaku tamtego deszczu i dalej szukać słów. mieć osobne doświadczenie, być uwieranym

ekhm

12 sierpnia 2007 (6 komentarzy)

(ach, szanowni państwo, szanowne panie, no pewnie, że to miłe, kiedy się napisze chłopcu, takiemu chłopcu jak ja, w którym próżność się kotłuje, że jest raczej fajny niż nie, człowiek lubi jak go łechtają po bródce. ale wszystko ma swoje granice złote. na tym blożku, co go tu przed państwem uprawiam, rzecz coraz częściej ma się groteskowo – ja o jednym, a szanowny czytelnik, szanowna czytelniczka swoje: że jakiś mejl na wypadek, jakieś umilanie czasu, jakieś w pracy odwiedzanie. niby wszystko to, jak rozumiem, ma być miłe i sympatyczne, no bo się przecież lubimy, ale czasem odnoszę wrażenie, że czytając niektóre komentarze, czytam rubrykę matrymonialną w anonsach, chociaż nie ogłaszałem się, nie ogłaszam i nie zamierzam ogłaszać. i trochę mnie cała ta sytuacja zaczyna uwierać, i wolałbym z państwem, z paniami jednak jakoś inaczej)

szybsze czasu mijanie

7 sierpnia 2007 (10 komentarzy)

[21] podobno, jak się chce, żeby czas mijał szybciej, idzie się do pracy. i ja z braku lepszego pomysłu na szybkie czasu mijanie poszedłem do pracy. praca jest zarobkowa, w popularnej firmie meblowej, której z nazwy nie wymienię, bo nie każdy musi wiedzieć, że chodzi o ikeę. i co robię? otóż, robię to, do czego zostałem powołany, do czego przygotowywało mnie życie przez całą moją karierę edukacyjną: skręcam meble. meble nie są ciężkie, praca też nie, a towarzystwo w pracy urocze. może za wyjątkiem dwóch tłuków, z którymi przyszło mi pracować: pierwszy bez przerwy chichra buzię, a drugi regularnie wymyśla jemu i jego najbliższym. naprawdę super kumple

notatka z podróży, cz. 2

5 sierpnia 2007 (12 komentarzy)

[20] jeszcze przez chwilę jesteśmy w strasburgu, za tę chwilę zosia zniknie. ja zosię przytulę mocno, jakbym wierzył, że w ten sposób ją zatrzymam, i w duchu zacznę powtarzać tę swoją mantrę, co ją powtarzam od początku: ty jesteś moją wyspą szczęśliwą, ty jesteś moją wyspą szczęśliwą. i wtedy zosia zniknie

zostało trzydzieści pięć dni. pytam siebie: jak długo trwa trzydzieści pięć dni? odpowiadam: no trochę. z taką tęsknotą nie ma żartów, taką tęsknotę czuć od stóp do głowy, bo to jest tęsknota niemal somatyczna. ja się budzę rano i odruchowo szukam twojej ręki, buzi, włosów. jak dziecko


pees. i nie do końca byłbym szczery, gdybym się nie przyznał, jakim lolem gigantycznym jestem. jak już powiedziałem, do polandu miałem wrócić trzydziestego pierwszego lipca. wróciłem dzień później. dlaczego? otóż, tak się, drodzy państwo, niefortunnie złożyło, że samolot prysnął mi tak jakby