rzecz o józefie, prequel

26 lipca 2008 (21 komentarzy)

[52] od ładnych paru lat tę swoją literacką pasję wobec alkoholu realizuję z nabożną niemal konsekwencją, wobec czego zdarza mnie się niekiedy doprowadzić do stanu nadwerężenia (zdarzyło się wczoraj i przedwczoraj, i wszystko wskazuje na to, że zdarzy się również dzisiaj). nigdy jednak do tego stopnia, a przynajmniej nigdy do tego stopnia od czasów licealnej pogoni za nirvaną, aby mnie ten czy ów musiał lodowatą wodą cucić, wnosić do auta, wynosić z auta, czy zawijać w dywan, jak niegdyś ja z troski uczyniłem, w dywan zawijając mojego serdecznego, doprawionego do nieprzytomności przyjaciela, któremu – jak mnie się podówczas zdawało – dreszcz zimna w paroksyzmach wykręcał ciało. otóż, mając te swoje dwadzieścia sześć lat nieco zdziadziałem i podobne akcje jarają mnie obecnie w stopniu zaledwie średnim

lecz pomimo tej ponurej ewolucji, pewne nawyki pozostają stałe – niektóre jak wrzód na dupie, inne zaś skrzętnie pielęgnowane. co się w mojej intymnej, kilkuletniej relacji z alkoholem nie zmieniło, to przede wszystkim miejsce zbliżenia, od tych ładnych paru lat bowiem czas regularnie i z przyjemnością trawię w pewnej sopockiej kawiarni. kawiarnia nazywa się józef k. i, w sensie ścisłym i przenośnym zarazem, jest magiczna. gdy więc ten czy ów nieostrożnie stwierdza, że to czy tamto miejsce posiada klimat, a nigdy józefa k. nie doświadczył, to – zachowując wszelkie proporcje i nie wchodząc w grząskie meandry definicji klimatu – nie ma bladego pojęcia, o czym mówi. za przeproszeniem, oczywiście

tyle tytułem wstępu, będzie więcej. w następnym odcinku słowo o wizytówce józefa k. – adamie o., poetycznym schizofreniku, który – jak sam mówi – własnymi rękami zbudował żabiankę, jedną z dzielnic gdańska

podsumowując

8 lipca 2008 (15 komentarzy)

[51] tak, były momenty. były takie momenty, że wydanie dwustu siedemdziesięciu złotych w obliczu tych momentów jawi się jedynie skromnym zadośćuczynieniem, niewdzięcznym wyrazem wdzięczności, marnym bóg zapłać. i chociaż nie jestem fanem spędów, zwłaszcza tych kilkudziesięciotysięcznych, chociaż spędów nie znoszę, chociaż jestem ortodoksyjnym przeciwnikiem spędów powyżej pięćdziesięciu osób, to jednak było warto, choćby dla samych massive’ów i cocorosie. te dwa koncerty jeszcze przez jakiś czas odbijać się będą w mojej czaszce mocnym, pulsującym echem

w niczym nie zmienia to jednak faktu, że na open’era – mówiąc językiem poezji – w znakomitej większości ciągnie tępe bydło, z którym ani wspólnego języka, ani nawet jednego wspólnego zdania nie znajduję. kiedy bowiem dwóch męskich podlotków ryczy do rozjuszonego tłumu rozerwijmy ten namiot (to znaczy jedną ze scen) i kiedy w odpowiedzi kilkanaścioro innych podlotków obojga płci wyciąga pazury i faktycznie zaczyna namiot rozrywać, to ja się nie uśmiecham, mnie to ani przez moment nie bawi, w mojej głowie rodzi się jedynie krótkie pytanie, które pomimo zagłuszającego ryku tłumu zadaję na głos: gdzie są wasi rodzice, dzieci? gdzie oni są?

rozdygotane ciało zosi

4 lipca 2008 (7 komentarzy)

[50] w zeszłym roku bilet na open’era dostałem od świętego mikołaja. odebrałem telefon i w słuchawce usłyszałem: dzień dobry, tu radio niespodzianka. wygrał pan dwa bilety na heineken open’er festival. czy cieszy się pan bardzo? odpowiedziałem, że owszem, odczuwam niesłychaną radość, choć radość zmąconą nieco przez fakt, że w żadnym konkursie, zwłaszcza radiowym, nie brałem udziału. to naprawdę szczegół, odrzekł głos w słuchawce, w celu odebrania nagrody proszę się stawić tu i tu, o tej i o tej, zakończył. jak się okazało, świętym mikołajem był mój szanowny podówczas kolega, któremu w ręce wpadły darmowe zaproszenia i który odczuł chwalebną chęć podzielenia się swoim szczęściem z bliskimi. i być może to właśnie nazbyt mały wkład środków własnych sprawił, że festiwal trochę z zosią olaliśmy. pamiętam, jak w sążnistym deszczu na wpół rozebrani i lekko rozdygotani siedzieliśmy w toi toiu i przy małej lampce, którą niegdyś dostałem w trosce o mój pogarszający się od czytania po ciemku wzrok, a którą zosia parę tygodni później zgubiła na kaszubach podczas turlania się z górki, przy owej małej lampce, rozwiesiwszy wokół siebie przemoczone koszulki, czytaliśmy książki. tak było wtedy. jak będzie teraz? w tym roku bowiem mikołaj nie zadzwonił, za bilet zapłaciłem żywymi pieniędzmi