rzecz o józefie

18 sierpnia 2008 (17 komentarzy)

[54] jest jeszcze jedna rzecz, o której tutaj chciałem. na tych kilkunastu, może kilkudziesięciu metrach skończonej przestrzeni, w dwóch niewielkich pokojach, w których mieści się kawiarnia józef k., wydarza się coś więcej, coś nadto ma miejsce. na tych kilkunastu, może kilkudziesięciu metrach, niemal od początku – cytując klasyka – trwania przystanku, wydawane i kolportowane jest niezależne pismo literackie (które zresztą od paru miesięcy można także dostać w empiku). nie broszurka, drodzy moi, nie wkładka do gazety, nie gówniany prospekcik studencki i nie przewodnik po alkoholach, lecz porządnie zredagowany, liczący przeszło setkę stronic kwartalnik literacki sensu stricte. w zupełności bez recenzji, rozpraw teoretycznoliterackich i reklam, za to z końską dawką prozy i eseistyki. ja pomimo chęci nie znajduję w głowie drugiego takiego przypadku, ażeby kawiarnia z etykietką literacka swoją literackość wywodziła nie z tego, iż ją literaci więksi czy mniejsi odwiedzają, ale z tego właśnie, że robi samodzielną literacką prasę. zapytasz może, koleżanko, kolego, a jakiż jest zatem poziom tejże, skoro redagowana przez barmanów. przyjdź i sobie sprawdź, odpowiem wówczas miło. pismo nazywa się korespondencja z ojcem i znajduje się za gablotką po prawej stronie od wejścia, dokładnie pod obrazem z napisem hej ho baranki

telefon z jerezolimy

6 sierpnia 2008 (10 komentarzy)

(w międzyczasie z izraela zadzwonił mój serdeczny kolega, aby przekazać tę radosną wieść: dwa teksty poetyckie mojego autorstwa, przetłumaczone przezeń na hebrajski, wydrukowano w tamtejszym piśmie literackim mitan. uważam, że to fajne)

update: a jak kto piśmienny w hebrew, to wspomniane dwa teksty może sobie przeczytać tutaj. ja akurat piśmienny nie jestem, więc co najwyżej mogę się pogapić czule, wierząc na słowo, że to rzeczywiście moje, a nie na przykład urszuli kozioł, teksty

rzecz o adamie

2 sierpnia 2008 (7 komentarzy)

[53] w drzwiach józefa stoi adam, józef k. zaczyna się adamem o. adam nie przejmuje się sprawami i jedyne, co go frasuje, to trzydziestu dwóch nieżywych szwajcarów, rozłożonych pokotem na dywanie w jego mieszkaniu, mówi: wchodzę do domu, a tam ojciec wskazuje palcem trzydziestu dwóch szwajcarskich trupów, atmosfera grobowa, kartofle się rozgotowują. dokładnie tak mówi. niekiedy wspomina także o żydowskich kotach bojowych, które po odbyciu zasadniczego przeszkolenia wojskowego w tel awiwie przetransportowano do nowego jorku, gdzie strzegą synagog i dobrych, nowojorskich żydów. adam troszczy się o żydowskie koty bojowe, dlatego w swoich opowieściach nigdy nie wyrządza im krzywdy. inaczej jest z ludźmi, mówi: cztery tysiące poległych na polu bitwy żołnierzy na koniach ugrzęzło w mojej lewej nodze; striptizerka z paryża tańczyła na rurze w wysokich obcasach, upadła i połamała obie nogi; mleczarz zamienił się w czarną ziemię, wiesz, w czarny żyzny dywan, no i nie doniósł mleka. nie wiadomo, czy adam ma dzieci, nigdy o nich nie wspominał, ani one nigdy się o niego nie upomniały. dzień spędza maszerując w dół i górę monte cassino. gdy zauważa znajomą postać, podchodzi doń i prosi o dwa złote, mówi: słuchaj, masz może dwa złote? chcę kupić bułkę, bo zrobiło się nudno. później obiecuje, że odda i czasem rzeczywiście oddaje, rzuca wtedy na stół garść drobniaków i oznajmia: twoje dwa złote, przelicz. po przeliczeniu zwykle okazuje się, że drobniaki nie przekraczają złotówki. tłumaczy wówczas: słuchaj, trzydziestu dwóch szwajcarów umarło mi w domu i teraz obowiązuje mnie polityczna linia żałoby, przyjdę później, i na chwilę znika

skręcone superkino

1 sierpnia 2008 (8 komentarzy)

(między józefem a adamem, to znaczy między zeszłą a kolejną notką skręciłem sobie staw kolanowy nogi prawej. takie skręcenie pociąga za sobą pewne nieuchronne konsekwencje, najpierw te oczywiste, związane z bólem i utrudnionym chodzeniem, następnie te dalsze, dotyczące czasowego zawieszenia uczestnictwa w życiu społecznym. i tak na przykład jest piątkowy wieczór, czas rozpusty i srogiego baunsu, a ja, jak ten palec środkowy ku księżycu wystawiony, siedzę samotnie w domu i oglądam, bo tylko na oglądanie mnie stać, prawdopodobnie jeden z trzech, może pięciu, najbzdurniejszych filmów, jakie w swojej bogatej historii zdołały wydać na świat stany zjednoczone. film nosi tytuł dzień zagłady i wyemitowany został przez tvn w cyklu superkino. idź pan w chuj z takim superkinem, chciałoby rzec. i to jest ta bodaj najbardziej bolesna i sromotna z konsekwencji)