notatka zaranna

30 listopada 2008 (13 komentarzy)

[62] zasnąłem w nastroju rockandrollowym. parę godzin później, obudziwszy się w nastroju katastroficznym, zastałem szorstką kołdrę, twardą poduszkę, za ciepłe stopy i za zimne czoło, zaś jama ustna to już nie była moja jama ustna, teraz to była pustynia gobi albo kalahari. jagodowa galareta za oknem – a było przed szóstą – z wolna przechodziła w galaretę wiśniową i pomyślałem, że jeśli będę leżeć choćby odrobinę dłużej, nie wstanę do siedemnastej, a jak już wreszcie wstanę o tej siedemnastej, to znaczy w sensie dosłownym – podniosę się z łóżka na proste nogi, wtedy krew w żyłach oszaleje i nieprzytomny runę na podłogę. upadając, jeszcze zahaczę głową o kredens, a odbita od kredensu głowa oderwie się od szyi i poturla w stronę kuwety. proszę się nie dziwić, ale tak to niestety wygląda z perspektywy człowieka na kacu

symboliczną przemianę galarety jagodowej w galaretę wiśniową uznałem za odpowiedni moment, aby wykonać ruch. kondycja moja była niepewna, kondycja człowieka, który próbował podnieść się z łóżka, była wyraźnie niepewna, lecz krew dzielnie zniosła wysiłek; zdołałem umyć twarz, wciągnąć skarpety i wyjść do sklepu. w sieci 34 akurat przyjmowali pieczywo i wyborczą. stojąc przed półką z miodem i obserwując faceta ze skrzynką pełną bochnów, przypominałem latarnię. przypominałem latarnię, ponieważ w istocie nie przypominałem jej wcale: na szczelnie oświetlonej przestrzeni marketu pozostałem jedynym punktem, który ukryty był w cieniu

61

18 listopada 2008 (6 komentarzy)

[61] parę tygodni temu matka zaprosiła mnie na obiad, przy obiedzie wyznała, że ojciec nie czuje się najlepiej. zapytałem, co to znaczy nie najlepiej, na to matka, że go w piersi boli, do tego kaszel, straszliwe napady kaszlu, które jemu i jej spać po nocy nie dają. chwilę później dodała, że niedawno zrobiono ojcu usg; z usg – zdaniem lekarza – jasno wynikało, że w ojcowskiej piersi gnieździ się nowotwór. jak to powiedziała, lodowate dmuchnięcie przetarło mi czoło

inni lekarze mieli więcej wątpliwości (albo to była litość). punkcja, która miała odpowiedzieć na wszystkie pytania, niczego nie wykazała. pobrana tkanka okazała się zbyt mała, aby jednoznacznie stwierdzić, czy w piersi rzeczywiście gnieździ się nowotwór, czy może cała sytuacja to jedynie ponury żart ponurego kapitana żeglugi. konieczna więc była operacja

w dzień operacji chodziłem jak struty, cały czas próbowałem zająć myśli. na chwilę przed wyznaczoną godziną operacji zadzwoniła matka, zapytała, jak tam u mnie. nie wiedziałem, jak tam u mnie, przez ostatnie dni nie byłem w nastroju przyjrzeć się sobie. powiedziałem, że w porządku. zapytałem, jak tam u niej. powiedziała, że w porządku. parę godzin później zadzwoniła raz jeszcze, głos miała zmęczony, ale wiadomość dobrą