poza zasadą lansu, video

20 grudnia 2009 (4 komentarze)

(póki pamiętam: na stronie festiwalu poza zasadą lansu udostępnione zostały materiały wideo ze spotkań i tutaj na przykład można obejrzeć rozmowę z mansztajnem, to znaczy ze mną, w której nie wypowiedziałem bodaj ani jednego słowa prawdy)

wyszedł wiedeński

15 grudnia 2009 (5 komentarzy)

[82] książka się wyprzedała, wiedeński high life poszedł do ludzi, nie ma już nic. z jednej strony fajnie, z drugiej zaś zupełnie niefajnie. w momencie, w którym jęły się ukazywać recenzje i to recenzje niezwykle dla mnie przyjemne, dokładnie w tym momencie książka wychodzi z obiegu. istnieje opcja, aby zrobić dodruk, tyle że taka opcja wymaga nakładów natury materialnej, podczas gdy wydawnictwo boryka się z problemami tej samej natury, wobec czego niewiele aktualnie wiadomo. tyle chciałem państwu powiedzieć – niejako w odpowiedzi na pytania – w ten piękny, grudniowy poranek roku pańskiego jeszcze dwa tysiące dziewiątego, hej!

niedźwiedź grizli

10 grudnia 2009 (7 komentarzy)

[81] jakiś czas temu kolega z wrocławia, przemek witkowski, zaprosił mnie na mikrofestiwal poezji, a jako iż ja sobie zaproszenia na festiwale zawsze niezwykle cenię, toteż z miejsca odpowiedziałem, że nie ma sprawy, kolego witkowski, będę, przyjadę, wystąpię. dopiero później do mnie dotarło, że wrocław, czyli miasto, w którym festiwal się odbywał, nie jest znowuż aż tak blisko trójmiasta i pożałowałem, że kolega witkowski swojej imprezy nie organizuje jednak w tczewie. poezja tczew festiwal 2009 – tak mógłby się ów nazywać. tak czy inaczej, mając w pamięci, że ja sobie zaproszenia na festiwale zawsze niezwykle cenię, zdecydowałem, że nawet wrocław, który jest oddalony od trójmiasta (w zależności od połączenia) od siedmiu i pół do dwunastu godzin, nie jest w stanie zmienić moich przekonań. pojechałem więc, wystąpiłem, w międzyczasie michał płaczek wielokrotnie próbował mnie poderwać, wreszcie wróciłem na dworzec, kupiłem herbatę w automacie, a w okienku obok – bilet na pociąg w wagonie sypialnym.

w wagonie sypialnym już czekał na mnie wielki jak kurwa mać niedźwiedź grizli niezdarnie wciskający przyciski maciupeńkiego telefonu. gdy wszedłem do przedziału, siedział na najniższej pryczy i tylko spojrzał na mnie leniwie spod tej swojej grzywy bujnej, skinął kulturalnie głową i tyle. żadnych przygód między nami nie było, powiedzieliśmy sobie jedynie dzień dobry i do widzenia, i oto cała nasza interakcja na dziewięć godzin podróży. powiem szczerze, że ja sobie takie milczące znajomości w środkach komunikacji zawsze cenię najwyżej. o niebo niebezpieczniejszy okazał się facet, który wszedł do przedziału jako ostatni. facet z pozoru niegroźny, niski, siwy, o cienkim głosiku i ogromnej torbie na laptopa, w której – jak sądziłem i jak sądzę nadal – transportował pocięte na kawałki zwłoki swojej żony. niebezpieczeństwo faceta o cienkim głosiku polegało na tym, że gdy wreszcie pogasiliśmy w przedziale światła, każdy przy swojej pryczy, wówczas spode mnie, to znaczy ze środkowego łóżka jęły dobiegać apokaliptyczne odgłosy: facet o cienkim głosiku zaczął sążniście chrapać. zaczął chrapać w wagonie sypialnym, za który własnymi pieniędzmi zapłaciłem sto trzydzieści polskich kurwa złotych. myślałem, że go zabiję, że wezmę tę swoją nogę i gołą stopą przycisnę mu gardło do łóżka, aż przestanie skurwysyn oddychać, i gdy już decyzję powziąłem, gdy po próbach ciumkania, gwizdania i ciumkania i gwizdania stopa moja coraz odważniej wędrowała w stronę jego szyi, facet zamarł. dosłownie przestał sygnalizować czynności życiowe, co na chwilę wzbudziło we mnie myśl, że być może stopa moja już się na jego szyi dawno zadomowiła i że – mówiąc krótko – zabiłem człowieka. przyjrzałem się facetowi baczniej, w ciemności wytężyłem oko i nic, zero, cisza. niedźwiedź grizli w dalszym ciągu spał snem niemowlaka, zwłoki żony w torbie na laptopa nie zachichotały radośnie, nic się nie stało, wróciłem więc do pozycji, pomyślałem ależ tu kurwa duszno i w mig zasnąłem.

gdy się obudziłem, faceta już nie było. na najniższej pryczy siedział tylko niedźwiedź grizli, który wielkimi jak snickersy palcami próbował napisać coś w telefonie.