o biskupcu, ale właściwie to nie tylko o biskupcu

24 sierpnia 2011 (35 komentarzy)

[143] ja rozumiem, że bawimy się seksem, że powiększone źrenice kobiet w reklamach, ich półprzymknięte oczy i usta złożone jakby do pocałunku albo w dzióbek do zdjęcia, że nieszczególny w reklamie jest powab kobiet w grubych pulowerach albo kosmatych czapkach-uszatkach, więc raczej stroje kąpielowe, że przede wszystkim estetyka plażowa i te kobiety w tych strojach na billboardach w środku zimy wyglądają niekiedy naprawdę pięknie. ja to wszystko rozumiem, seks ma tę właściwość, że skojarzony z byle gównem podnosi urok tego gówna, nawet jeżeli rzecz dotyczy – nomen omen – tabletek na przeczyszczenie albo kleju do protez zębowych. takie jest przecież prawo kutasa w spodniach, o którym rozpisują się wszystkie podręczniki od reklamy (może tylko nie dokładnie w tych słowach).

ale bywa, że i tutaj ktoś czasem przegnie pałę. wczoraj na ten przykład jadę autobusem przez malowniczy fragment polski i z braku lepszego pomysłu śledzę horyzont za oknem. przejeżdżamy przez biskupiec, urokliwą wioskę na warmii zatopioną w drzewach i krzewach, której budynki, nawet jeżeli wystają sponad zieleni, to nie straszą swoją smutną mordą, bo w ogóle nie są straszne, może nawet – że tak powiem – serdecznie odsłaniają zęby jak kamienice w białych nocach dostojewskiego. ponad tym malowniczym obrazkiem sterczy jednak wielki jak pan bóg billboard, dziesięć na dwadzieścia metrów albo może nawet pięćdziesiąt na sto, nie jestem teraz pewien. z mojej perspektywy wygląda to tak: ona, oczy półprzymknięte i usta złożone w dzióbek, stoi w stroju kąpielowym z pupą odchyloną do tyłu jakby w oczekiwaniu na żartobliwego klapsa, jej czarne włosy opadają na śniade ramiona, dłonie obejmują talię. myślę sobie: oho, anioł w wersji xxx.

a pod aniołem – jak deus ex machina – wielkimi, okrutnymi literami napis: materiały budowlane.

kajaczki, leżaczki, uśmieszki

12 sierpnia 2011 (40 komentarzy)

[142] inaczej to sobie wyobrażałem. wyjechałem na mazury, a tu nieoczekiwanie tak zwany aktywny wypoczynek: kajaki na rzece, żaglówka na jeziorze, wyczynowa kometka, cały ten wakacyjny syf. do tego zdrowa żywność: pomidory, twarde gruszki, świeża mięta, pożywna jajecznica z wiejskich kur. na domiar wszystkiego jeszcze czytam książki, siadam i czytam jak jakiś pojebany (aktualnie nowego szczygła, który może nie zabija tak bardzo jak debiutancki, ale nadal potrafi wejść kosą pod żebro). gdyby nie to ostatnie, można by pomyśleć, że wystrzeliłem się na wakacyjny piknik dla studentów awf-u, ale nie – siedzę na mazurach w towarzystwie zagorzałych alkoholików, amatorów speedball’a oraz apologetów samozniszczenia za pomocą metaamfetaminy i nieoczekiwanie prowadzę się jak samochód marki volvo. inaczej to sobie wyobrażałem, czułkami duszy czułem ten kataklizm, czołgające się do wodopoju i z powrotem na trawnik zwłoki, pomimo wyraźnych zaleceń lekarza, aby może tym razem nie przeginać pały tak bardzo, bo krew, chora krew w tobie płynie, synu. nie posłuchałbym i tak, samo wyszło.

niewygodne krzesełka, brak klimatyzacji

2 sierpnia 2011 (35 komentarzy)

[141] to jest fatalny tekst. kiedyś jeden znajomy przestępca powiedział, że jak dupa boli od siedzenia, to wyjdziesz nawet z dobrego peep show. widziałem raz peep show z kolegą poetą, tyłek mnie podówczas bolał od niewygodnego w ciągu dnia siodełka (mówię o rowerze, nie mówię metaforą), ale doczekałem do końca, mimo że tancerka była okrutnie znudzona i mimo że, jak mówię, bolał mnie tyłek od niewygodnego w ciągu dnia siodełka.

ale z czasem poziom tolerancji zmniejsza się we mnie radykalnie. parę dni temu wyszedłem z przedstawienia, nad którym dziś rozpływa się trzy czwarte trójmiejskiej prasy – wyszedłem, ponieważ nie było klimatyzacji i pot spływał ze mnie jak potok roztoka spływa po ścianie siklawicy. to może nie są najlepsze argumenty, może należało problemy z wentylacją rozwiązać we własnym sumieniu – ale ja nie potrafię, nie po to przyszedłem do teatru, żeby podwójną znosić karę: raz że przedstawienie, dwa że ściana siklawicy i potok roztoka.

ostatnio słowa znajomego przestępcy wracają do mnie ze zdwojoną mocą, wobec czego coraz częściej dezerteruję z wydarzeń kulturalnych. nawet jeżeli przed sekundą zapłaciłem trzydzieści dwa złote za wejście. instytucje kultury mogłyby się wreszcie pokapować w sytuacji i zamieszczać stosowne karteczki przed wejściem na salę. na przykład: klimatyzację szlag trafił, a spodziewamy się tłumów. albo: mamy w chuj niewygodne krzesełka, albo: dziś tancerka jest okrutnie znudzona i może się państwu nie spodobać. a ja w rewanżu, gdy napiszę fatalny tekst, opatrzę go stosowną informacją już w otwierającym zdaniu.