22.10

25 października 2012 (20 komentarzy)

[173] albo to. stoisz w kolejce po bilet, w ciągu kilku lat w jednej z takich kolejek umrzesz lub będziesz sprawcą przestępstwa, ale jeszcze nie dziś. dziś upływa ci przyjemnie, to znaczy nic się nie stało, ziemia bez przygód kołuje w stronę wieczora i myślisz, że to chyba jeden z tych dni w roku, kiedy świat bardziej przypomina chomika w akwarium niż pająka, który siedzi ci na twarzy. to cię najwidoczniej rozczula, ta myśl, gdyż chwilę później z uwagą śledzisz lot ptaków w zwartym szyku ponad budynkami i mimo że zwykle gówno cię obchodzi, skąd i dokąd eksmitują się skowronki, bociany, jerzyki, to gapisz się jak zaczarowany i myślisz sobie, że dziś mamy dzień doskonale żaden, obojętny i bez wyraźnych właściwości, czyli twój ulubiony rodzaj czasu. w tej samej chwili zastanawiasz się ile takich dni przeżyła staruszka stojąca za tobą w kolejce. twarz ma zwiędłą, choć serdeczną. pewnie nie przeżyła ich zbyt wiele, skoro życie spędziła w dwudziestym wieku, ale zapewne dwudziesty pierwszy odpokutował jej z nawiązką we wnukach, które teraz co gwiazdkę, urodziny, dzień strażaka, wnuka i dzień babci obsiadają ją całą jak koty hrabala. w dłoni trzyma siatkę z drobnymi zakupami i podejrzewasz, że dziś wyjątkowo chowa w niej coś słodkiego dla któregoś z tych małych szatanów, a nie jak w każdy pozostały dzień – tabletki obniżające ciśnienie, kostkę masła i flaszkę syropu wykrztuśnego. tak myślisz w tej krótkiej chwili, stojąc między zwiędłą staruszką a okienkiem z biletami, i z tego zamyślenia zapominasz, co chciałeś, wstrzymując kolejkę, i wtedy z twarzy zwiędłej staruszki – tej, która słodyczami tak lubi rozpieszczać wnuki – wydobywa się twarde jak szczęk metalu no przecież rusz się, człowieku i wszystko wraca do normy.

kochanie, zabiłam nasze koty

18 października 2012 (11 komentarzy)

[172] kochany pamiętniczku, do nowej książki masłowskiej podszedłem z entuzjazmem pierwszoroczniaka, który jeszcze nie wie z kim i co, ale już mu się bardzo podoba, i gdzieś w połowie westchnąłem głęboko zdumiony, iż dawno nie czytałem tak zabawnej momentami polskiej powieści, która byłaby zarazem tak dalece wypatroszona z fabuły i w swojej treści właściwie dość prozaiczna.

to nie jest do końca zarzut, albowiem nie jest również tajemnicą, iż masłowska czai się przede wszystkim w zdaniach, wartkich linijkach, które – proszę mi wybaczyć sentyment – biją niekiedy po dłoni oraz twarzy niczym nawciągana nauczycielka życia, a przynajmniej takie mam o dorocie wspomnienie, żywe wciąż jak pamięć o pierwszej dziewczynie, i to są oczywiście ładne wspomnienia, ale dziadek józef wielokrotnie powtarzał nad obiadem, że nie można żyć przeszłością i – jak zapewniała sama dorota – w nowej książce będziemy mieli do czynienia z klasyczną narracją, a nie formalnym pierdololo. czyli raczej fabuła, struktura i tak dalej, co już na dzień dobry wydaje się wystrzałowym pomysłem: oto bowiem matka ponowoczesnej polszczyzny ma mówić językiem przodków.

akcja kochanie, zabiłam nasze koty dzieje się w usa i bohaterowie płacą dolarami, ale na kilometr czuć od nich smalec i kiełbasę. nie potrzeba tu komisji śledczej, aby stwierdzić, iż rzecz w rzeczywistości wydarza się w polsce, a główna bohaterka, farah, jest nowym rodzajem polaka, do szpiku kości przesiąkniętym płynem do pukania tkanin i banalnymi frazesami z kartek urodzinowych. nowy rodzaj polaka, pomimo całej swojej estetyczno-poznawczej nadbudowy złożonej z sushi, brandowych fatałaszków i ekologii, na której jeździ jak matka madzi na koniu – u rdzenia swojego istnienia przede wszystkim panicznie się boi. w takim sensie ogólnym, a podstawowymi desygnatami tego strachu są wykluczenie, samotność i śmierć.

ostatecznie jednak powieść mniej opowiada historię, a bardziej znów grzebie palcem w języku. masłowska nie bawi się już wprawdzie składnią jak kostką rubika, ale narracja dalej jest roztrzęsiona niczym autobus w speed, poetyckie woltyżerki przecinane są suspensami rodem z harlequinów, kalki językowe stają się nowym językiem, a formalna granica między autorem a bohaterami jego książki zostaje po wielokroć zagięta. bohaterowie w tym procederze stwarzania świata uczestniczą i składają się na cały ten pejzaż językowo-formalny, ale pozostają raczej przeźroczyści i nieistotni i po lekturze czytelnikowi znów zostaje właściwie tylko wspomnienie języka w rozpadzie. to ostatecznie daje efekt nieco kontrowersyjnej mieszanki, wychodzi powieść, która jedną nogą próbuje iść równo po chodniku, a drugą robić fikołki.

to jednak dalej nie jest do końca zarzut, albowiem ten język w rozpadzie dość wiarygodnie odzwierciedla rozpad człowieka, o którym pisze masłowska, czyli trochę powtórka z rozrywki, ale dla mnie w sumie bomba. tylko że tym razem bardziej jednak bomba hukowa. co bowiem rozczarowuje w stopniu rozmontowującym moją tutaj dyplomację, to prozaiczność refleksji, której język powieści już nie dźwiga. można odnieść wrażenie, że to, na czym książka się zasadza, na co przez sto stron zarzuca sidła ironii – a więc dziki konsumpcjonizm, rzeczywistość wirtualna, mowa ludzka ograniczona do 160 znaków – to obszary wiedzy, z których masłowska wyprowadza refleksje, przerobione już parę lat temu przez dzieci internetów. w rezultacie zamiast dostać linijką między oczy, czytelnik dostaje sztafaż zdezaktualizowanych memów. taki czytelnik po lekturze odkłada książkę jakby nic się nie stało i stopniowo potęguje w nim wrażenie, że kochanie, zabiłam nasze koty zostało napisane nie dla niego, ale bardziej dla jego mamy. ma po wszystkim oczywiście przyjemność, dobrze napisana książka o niczym jest bowiem lepsza niż chujowo napisana książka o wszystkim, ale to ostatecznie też jest średni argument.

pochwała braku

10 października 2012 (18 komentarzy)

[171] kochany pamiętniczku, ostatnio mam na imię fluimicil muko aka acc 200 mg, a na nazwisko niezmiennie – polopiryna s. czyli nie ma żartów, przywałęsała się jesień i próbuje wpędzić człowieka do grobu, do łóżka w sensie na dwa tygodnie, na co człowiek, czyli w tym przypadku ja – pomimo skrywanej i na wskroś wręcz kompulsywnej na leżenie w chorobie ochoty – nie ma czasu, albowiem już go za włosy targają terminy, dalekosiężne i krótkoterminowe plany dziurę w brzuchu wiercą wiertarką udarową ze świdrem o średnicy 20 mm, słowem – jebać musi. ale to się dobrze składa, bo im mniej taki człowiek, czyli w tym przypadku ja, czasu ma wolnego na zmarnowanie, czyli w tym przypadku na jojczenie nad gardziołkiem, oczkiem zaognionym i główką pulsującą w rytm straszliwego techno, tym nieoczekiwanie, kochany pamiętniczku, więcej ma wszystkiego, włącznie ze zdrowiem w chorobie, i nagle otwiera się cała gama możliwości, jakie można zrobić z czasem, którego się nie ma.

z tego nagłego nadmiaru w dobie braku jąłem – mówiąc w skrócie językiem ulicy – pisać jak pojebany te swoje wierszyki z ołowiu, smutne niczym kryzys wieku średniego, dla których bezpośrednim asumptem jest, proszę ja ciebie, taka powtarzająca się sytuacja, iż budzę się w nocy i myślę, że zaraz umrę. nie wszystko naturalnie nadaje się do przeczytania i sporo z tej nadczynności mózgu to tylko gadka rozbujanej na polopirynie wyobraźni, ale sam najlepiej wiesz, jak to działa, kochany pamiętniczku, raz poemat, raz gotowana marchewka. tak się może nie mówi, ale powinno być takie przysłowie, wszakże żyjemy w kraju poetów.

przeczytałem też kilka książek, w tym nową masłowską. o nowej masłowskiej napiszę więcej w następnym odcinku, bo jest to ciekawa sprawa, gdyż zarazem rozczarowuje ów książeczka głęboko, ale i zachwyca momentami jak orgazm w kiblu na szkolnej wycieczce. o tym, kochany pamiętniczku, przy innej – jak mówię – okazji, teraz bowiem wybieram się do babci posiedzieć ze staruszką na werandzie, zanim na schodach wyprzedzi mnie dziad z kosą. babcia, lat prawie dziewięćdziesiąt, od piętnastu przynajmniej utyskuje, iż własny jej wnuk, syn bogdana i megalomanii, jeszcze nigdy jej nie odwiedził, a jako że faktycznie jestem teraz w stanie pośrednim między niedoczasem a poczuciem końca świata i w dodatku łazi za mną wiertarka udarowa na dwóch cienkich nóżkach i śpiewa niemena, to pomyślałem: hej hop, jest to wspaniała okazja, lepszej już nie będzie.