piosenka o niebieskich migdałach

14 grudnia 2012 (35 komentarzy)

[175] kochany pamiętniczku, milczałem dłużej niż zwykle, bo nie było nic do powiedzenia. to jest zdanie-maskotka, które ostatnio wszędzie ze mną jeździ: oto wsiadam do tramwaju na derdowskiego i nie ma nic do powiedzenia, oto wysiadam z tramwaju na grunwaldzkiej i nie ma nic do powiedzenia, a wszystkie przystanki – jakby to był spektakl – symbolicznie oflagowane są białym prześcieradłem, trochę z powodu zimy, ale bardziej z powodu chujowej atmosfery w tym kraju ogólnej kapitulacji i nudy.

ale mimo to mówię, kochany pamiętniczku, bo inaczej już tylko kaszka, kisiel i oszaleć można. co wieczór wychodzę z domu z tą samą sentymentalną myślą, że jest po co i dla kogo, że może jeszcze nie znudziłem się doszczętnie ludźmi, a ludzie nie znudzili się mną i że może to właśnie dzisiaj wszystko się odmieni, wróci radość odzywania się, metaforyczne słoneczko z powrotem wskoczy w miejsce metaforycznego księżyca i będzie jak wtedy, kiedy lat miałem trochę mniej, naiwności znacznie więcej, a cynizmu zaledwie i dokładnie tyle, żeby w swojej ocenie rzeczywistości nie kompromitować się przed ludźmi.

tymczasem wszystko dokładnie odwraca się do góry dupą, oto trzydzieści masz lat i od miesięcy wracasz po nocy z tym samym niezmiennie żalem, że już się skończyło. siedzicie, pijecie, rozmawiacie o pryncypiach, jakiś w międzyczasie kebab, papierosek, a żarty cały czas sypią się wartko jak twoje zdrowie ostatnimi laty i chociaż cały jesteś w żartach, a głos twój być może najdonośniejszy spośród wszystkich głosów przy stoliku, to jednak wiesz o tym i oni być może też o tym wiedzą: nie ma nic do powiedzenia, skończyło się.

to może być depresja, mówię sobie, i to jakoś pomaga, ale im silniej w nią wierzę, kochany pamiętniczku, tym częściej chodzę między ludzi, a im częściej chodzę między ludzi, tym bardziej nic z tego i znów zostaję, z czym przyszedłem: kapitulacja, nuda i rozczarowanie. po nocach, jak teraz, już tylko bronię się przed myślą, że to jednak nie depresja, ale syndrom zużycia się i droga w jednym wyłącznie kierunku i żadne farmaceutyczne sztuczki nie są w stanie tego zatrzymać, że oto na dobre nastała epoka, w której kończą się romantyczne zachody słońca, wzruszające książki, czułe pocałunki, w której kończą się wszystkie ciekawe rozmowy, wszyscy ciekawi ludzie i nawet, gdy nad ranem siadam przy biurku, aby o tym wszystkim napisać i bezpiecznie dojść do pointy, wtedy gdzieś wpół drogi powraca do mnie jak zła mantra, jak ten upierdliwy ból w okolicach łopatki, a może to jest serce: skończyło się, skończyło, nie ma nic do powiedzenia.