o tym, jak pojechałem do krakowa na festiwal conrada

29 października 2013 (31 komentarzy)

[200] w międzyczasie był kraków. do krakowa jeżdżę rzadko, kochany pamiętniczku, ale jak już pojadę, to zawsze jestem chory. to piękna tradycja moich krakowskich wizyt, więc i tym razem nie było inaczej. pojechałem, jeb, proszę bardzo. nie wiadomo, skąd taki stan rzeczy, być może to bliskość marcina świetlickiego tak mnie stresuje i w zapaść fizjologiczną wpędza, a może kranówa mi nie leży, a może po prostu nie radzę sobie z presją eleganckiej polszczyzny, albowiem w krakowie, kochany pamiętniczku, nawet taksówkarz wysławia się jak artur „atoli kwiecista mowa” andrus. a to, wiadomo, jest nieprzyjemne, stresuje, może zabić. w trójmieście jesteśmy przyzwyczajeni, że taksówkarz zna trzy zdania: „dobry”, „imię?”, „drzwi”. są to bardzo krótkie zdania, ale wystarczą za całą krakowską elokwencję. problem w tym, że najwidoczniej za często jeżdżę trójmiejskimi taksówkami, bo jak się później przesiadam z taryfy sopockiej na taryfę krakowską, to z miejsca doznaję szoku kulturowego i niechybnie wychodzę na idiotę. może nie na idiotę, pamiętniczku, ale przynajmniej na barana. na barana niechybnie wychodzę, gdy taksówkarz podczas krótkiego kursu z dworca na rajską serwuje mi w elokwentnym monologu sto lat samotności na wyrywki, normalnie cytatami strzela, jakby ostrzeliwał twierdzę baranów, a ja jeszcze pytam skąd to, a on zamiast odpowiedzieć z dupy, chamie, to odpowiada grzecznie i zgodnie z prawdą, nic na swojej kwiecistości przy tym nie tracąc, i dodaje, że bardzo tę książkę poleca, na co mnie nie pozostaje nic innego, jak dalej grać kartą ignoranta, powiercić się trochę na tylnym siedzeniu niczym piskorz w słoiku z mrówkami i przekierować rozmowę na temat nieudanej próby awansu polskich piłkarzy na mistrzostwa świata. śmieszne, to w ogóle nie jest śmieszne. tym śmieszniejsze jednak, że ja potem naprawdę jestem chory, łapie mnie ból głowy, gorączka, oko odmawia posłuszeństwa, ręka nie ma siły trzymać długopisu, gardło nie ma siły mówić. a taką mam zawsze fantazję piękną w krakowie, kochany pamiętniczku, że jakbym odrobinę sił miał więcej, to bym się po krakowsku, zgodnie z legendą, wreszcie zniszczył, poszedł w miasto i rozpierdolił coś, rozpierdolił całe miasto i siebie rozpierdolił, a na koniec odszukał marcina świetlickiego i zapytał która jest teraz godzina w lublinie i skąd ma taki stary telefon. takie psotne myśli przejeżdżają w kolorowych wagonikach przez torowisko mojego umysłu, ilekroć leżę chory w krakowskim hotelu. wizyta w każdym razie niezwykle udana, mimo że 18 z 22 spędzonych w krakowie godzin przeleżałem w łóżku. na pocieszenie, pamiętniczku, dodam, że w łóżku królewskim. jak się bawić, to się bawić.

16. gdańsk

4 października 2013 (10 komentarzy)

[199] a potem leżę w swoim gdańskim łóżku. mówię gdańskim, pamiętniczku, jakby istniały jeszcze inne – wrocławskie, warszawskie czy poznańskie, ale łóżko jest przecież tylko jedno, tak jak jeden jest tylko dom i jedno jest sumienie. minęły dwa miesiące, kilkanaście krajów, kilkadziesiąt hoteli i łóżek i wreszcie budzę się do znajomego obrazka: pusta, biała ściana, bielsza niż kartka papieru, obok dwa białe, choć nie tak białe, włączniki światła, za oknem buja się płacząca wierzba i rzuca cień na wielki dom sąsiadów. oto tapeta moich codziennych poranków.

dopiero wychodzi ze mnie podróż – wspaniałe podróże wychodzą długo i boleśnie, a ta była najwspanialsza ze wszystkich i nie ukrywam, kochany pamiętniczku, melancholia się we mnie rozbujała, a może to po prostu jesień, w każdym razie głowa moja teraz jak pusty, szpitalny korytarz, ciało jak wydrążony bambus i niewiele drgnę, tyle tylko, aby o tym napisać, a potem odłożyć komputer, uśmiechnąć się do ściany i szczelnie, jakbyśmy właśnie schodzili pod wodę, zakryć się pierzyną. kurtyna.