2013

31 grudnia 2013 (14 komentarzy)

[205] kochany pamiętniczku, może nie był to rok spektakularnych sukcesów, może należało zrobić więcej, lepiej, ładniej. może należało częściej przyjmować zaproszenia matki na obiad, rzadziej przerywać kolegom w trakcie mówienia, mniej się popisywać przed koleżankami. na pewno był to rok wycieczek, drobnych wypadków, niedoskonałych nocy. był to rok filmów, albowiem obejrzałem ich chyba miliard, i rok wierszy, albowiem prześladowały mnie dniami i nocami. a teraz idzie nowe, choć nowe zawsze przecież w sensie umownym. to taki moment, w którym człowiek dostaje lekkiego fioła, zaczyna myśleć o zmianach i wytycza azymut na nowy horyzont. ale mnie akurat w nowym zawsze najbardziej pociągało stare i choć ewidentnie brzmi to jak niesmaczna deklaracja gerontofila, to jeśli czegoś sobie i tobie w nowym roku miałbym życzyć, pamiętniczku, to chyba tylko tego, aby pewne rzeczy się nie zmieniały – aby przyjaciele dalej byli przyjaciółmi, aby miłość do literatury nadal wypalała we mnie dziurę, aby matka dalej zapraszała na obiad.

krzysztof krauze do jakobe mansztajna

27 grudnia 2013 (21 komentarzy)

» czytaj dalszą część wpisu «

piosenka dla billa murraya

11 grudnia 2013 (56 komentarzy)

[203] znów wypadłem z czasu, chociaż miałem nie. najpierw spadł śnieg, mnóstwo śniegu, wichura wywiewała dzieci z rąk matek, zimno wciskało się do mieszkania przez cienką szparę między progiem a drzwiami, a ja próbowałem nie wypaść za wszelką cenę, trzymałem się łóżka jakbym trzymał się ostatniej ciepłej myśli, ale w końcu na nic się to zdało, znów wypadłem z czasu.

tak mówię, gdy mnie to dopada. małe, ciemne, potwornie smutne. przychodzi nieoczekiwanie, z bylekąd i z byle powodu, czasem jesienią, ostatnio częściej zimą i rozsiada się w człowieku jakby przyszło do siebie. wtedy nie ma na co czekać, wtedy trzeba spierdalać, mówię sobie, uciec do lasu, na wewnętrzną oddelegować się emigrację, najdalej od świata, dokąd łączność nie dociera, gdzie nie ma kontaktu z żywymi i gdzie sam ze sobą też mam mniej wspólnego.

w praktyce to nic nadzwyczajnego: śpię po prostu krócej, właściwie nie śpię. głównie budzę się, przewracam z boku na bok, a gdy skapituluję, gdy przewracaniem się zmęczę, patrzę w białą ścianę, która wtedy zawsze jest czarna, i samo mnie dopada, samo przychodzi, to małe, ciemne, potwornie smutne, i rozsiada się we mnie jakby przyszło do siebie.

na zegarku ta sama zwykle godzina. druga trzydzieści. budzę się o drugiej trzydzieści. ciemno na zewnątrz i ciemno w środku, i wszędzie cisza potworna, więc w końcu musi pojawić się i ona, zbłąkana myśl, jakaś refleksja oderwana granatem od głowy. z początku mała rzecz, do zdławienia, wydawać by się mogło, niegroźna jak kuleczka śniegu, ale już pozamiatane, ruszyła lawina. małe, ciemne i potwornie smutne zamienia się w duże, ciemne i potwornie smutne.

od lat tak spędzam noce, gdy to mnie dopada. o drugiej trzydzieści otwieram oczy i patrzę na białą ścianę, która wtedy jest czarna, patrzę na drzewa za oknem, których nigdy nie widać, a w głowie mojej zaczyna się toczyć niegroźna kuleczka śniegu, niegroźna wojenka, lecz nim się zorientuję, zdążę zwariować. taka jest natura bezsennych nocy.

zatem wstaję, włączam światło, próbuję zrobić dzień, choć nigdy się nie udaje. świat o drugiej trzydzieści jest uparty, jest dalej ciemnym nieszczęściem, więc trzeba inaczej. włączam komputer, włączam film z billem murrayem. to moje paliatywne rozwiązanie na bezduszność bezsennych nocy – bill i jego twarz, w której kryją się same dobre rzeczy, cała wyobrażona dobroć i ciepło świata tego.

kładę się na boku, jednym okiem patrzę w odbiornik, drugim próbuję przechytrzyć to ciemne, które się we mnie rozwija, i o niczym innym już nie myślę. nie myślę o zielonych wzgórzach afryki, o szczęśliwych porankach, szczęśliwym życiu, nie myślę o książkach, do których za dnia wybiegam myślami, o tobie ani o sobie, ani nawet o niedokończonym wierszu. unoszę się ciężko na powierzchni i odliczam sekundy, aby wcelować w ten krótki moment, który nigdy nie nadchodzi, pomiędzy ciemnym a jeszcze ciemniejszym, gdy będzie można wreszcie puścić się i swobodnie jak kamień opaść na dno.