grypa, dzień 8.

20 lutego 2014 (56 komentarzy)

[208] takie chorowanie nie powinno mieć miejsca. idzie polopiryna, tiru riru, ale chuja pomaga, idzie zestaw kolorowych tabletek, tiru riru, niektóre brane w pakiecie dwóch naraz, niektóre rozpuszczalne, inne w dozownikach, flakonikach, zraszaczach jamy ustnej, kompresach wchłanianych przez skórę, ale nadal zero, w ciele bez zmian, tiru riru. pozostaje dziura w brzuchu, kula w głowie, gwoździe w oczach, w plecach nóż i trzydzieści dziewięć kilo na barkach, że taki ciężar, taka niedogodność kinetyczna, kiedy próbujesz zejść z łóżka i doczłapać się do czajnika w drugim pokoju, aby zalać szałwię. a mówimy zaledwie o grypie. taka grypa to jest przecież pikuś, drobny psikus świata wirusów, splunięcie przez zęby, a proszę bardzo – człowiek nie do poznania, niczym aspirujący nieboszczyk ledwo potrafi palcem kiwnąć, zatoczyć koło wzrokiem, odkaszlnąć bez wybuchania sobie głowy. ledwo się potrafi przetoczyć taki pacjent przez mieszkanie do czajnika i zalać tę jebaną szałwię, w którą uwierzył jak w święty obrazek. zaprawdę wielce jest to komiczne w swojej prozaicznej destrukcyjności, ale są i profity. pisanie jeszcze nigdy nie było takie łatwe i przyjemne. przesadziłem. przyjemne to jest walenie gruchy, pisanie raczej zawsze przypomina płukanie żołądka, a mam porównanie, kiedyś schrupałem naraz trzy listki relanium. za to łatwiej jest na pewno. nie bez znaczenia wydaje się towarzystwo majaków, ogólna maligna i spowodowane działaniem pseudoefedryny objawienia w postaci leśnych stworów albo wielkiego, białego królika, tiru riru, ogólnie rzecz biorąc – opuszczona garda systemu poznawczego. taka opuszczona garda oznacza swobodny potok lejący się z mózgu, oznacza brak semaforów na jezdni i wyobraźnię elastyczną jak lalka barbie. cudownie tak w chorobie powykręcać lalce barbie ręce oraz nogi, oraz oderwać łeb. a kiedy później, w krótkich chwilach odpoczynku od tego całego gówna, czytasz na głos, co napisałeś, a dodać należy, że głos twój zrobiony jest obecnie z piasku i łupinek orzecha i głośne czytanie niekoniecznie robi tekstowi lepiej – kiedy więc w tych krótkich chwilach ozdrowienia rzęzisz swój tekst wylany prosto z głowy płonącej jak żyrafa, nie pozostaje nic innego, jak bezbrzeżnie zachwycić się witkacym i jego talentem składania myśli na pełnej bombie, albowiem teksty twoje pisane w malignie, jakkolwiek urocze, głuptasie, ulepione są z tego samego budyniu, z którego ulepiony w chorobie jest twój mózg. śmietankowego. w każdym razie, tiru riru, nadal świetnie się bawię.