tata groszka

18 stycznia 2016 (17 komentarzy)

[228] ile to już razy, kochany pamiętniczku, obiecałem sobie, że będę tutaj częściej. setki tysięcy, podejrzewam, i zawsze wynajdowałem lepszy powód, żeby jednak nie przyjść i żeby nie napisać. ale są dni takie jak ten, smoliste poniedziałki, kiedy otwierasz oczka swe po nocy zasklepione i wraz z pierwszą trzeźwą falą w mózgu, pierwszym ludzkim w sercu odruchem – siadasz do komputera i bez większego namysłu zaczynasz pisać. dziś jest pogrzeb. umarł tata groszka. groszek to mój przyjaciel, któremu umarł tata. a ja myślę, że nie mam odpowiedniej koszuli. wszystkie eleganckie zostały w warszawie. nie mam też odpowiednich spodni. pomimo tylu okazji – w szafie ciągle same dżinsy. mógłbym wreszcie spoważnieć. moja matka twierdzi, że nie ma znaczenia, w jakich ubraniach przeżywa się smutek, ale przecież nie pójdę w starych lenarach i flanelowej koszuli w kratę. to prawda, mógłbym wreszcie spoważnieć. przez całą noc grała telewizja. przez cienką mgłę w oku widziałem, jak maja popielarska stoi na tle bujnej zieleni i opowiada o ogrodach. to jej nowy program w tvn 24. nikogo nie interesuje, więc leci nad ranem. pomyślałem, że przyjemnie byłoby dziś zostać kwiatkiem w czyimś ogrodzie. nasturcją albo nawet mleczem. mówi się, że najbardziej żal tych, którzy zostają. z wieloma mądrościami świata można się nie zgodzić, ale z tą byłoby trudno. dużo myślę o groszku, o tym, jak bardzo dziś nie spał i co się w człowieku wydarza w takie dni jak ten. w jakie rejony smoliste niosą myśli i jak bardzo nie jest się głodnym. jedną ręką przebieram koszule w szafie, drugą przecieram oczy po nocy. chyba nie ma wyjścia, kochany pamiętniczku, pójdę w jasnej koszuli. a dzień jest słoneczny, zupełnie niepotrzebnie. maja popielarska mogłaby coś z tym zrobić.

16 lat później

5 stycznia 2016 (9 komentarzy)

[227] kochany pamiętniczku, tego roku wydarzyło się wiele pięknych rzeczy: przeszedłem gta 5, widziałem krzysio ibisza na żywo, trzy razy odmówiłem wizyty w dzień dobry tvn. rzecz, o której chcę powiedzieć, nie jest wprawdzie najpiękniejsza (o najpiękniejszej opowiem kiedyś w książce), ale biorąc pod uwagę okoliczności, o których za moment, z rozkoszą ją tutaj odnotowuję.

mamy w gdańsku taki zwyczaj, że poeci nie posiadają prawa jazdy. kolega piotr czerski nie posiada, kolega grzegorz kwiatkowski nie posiada, podobnie kolega tadek dąbrowski, kolega wojciech boros czy kolega patryk zimny. podobno nawet pisarze paweł huelle i stefan chwin nie posiadają, a wydawać by się mogło, że akurat oni posiadają wszystko. być może jest to założenie programowe lokalnej bohemy, być może kwestia miękkiej w kranie wody, a może po prostu mamy tutaj głęboko wyjebane.

w każdym razie jeszcze do niedawna także kolega mansztajn dupsko woził co najwyżej uberem, ale niemożliwe stało się możliwe i kilka tygodni temu – prawie 16 lat od rozpoczęcia pierwszego kursu, jeszcze w latach 90-tych – zatoczyłem ostatnie kółko na placyku pomorskiego ośrodka ruchu drogowego i z uśmiechem szerokim jak wanna opuściłem auto, pozdrawiając skinieniem niewidzialnych widzów mojego sukcesu. urojonym owacjom nie było końca.

mówię o tym, kochany pamiętniczku, nie tylko po to, żeby się przed światem pochwalić. mówię o tym przede wszystkim dlatego, że wczoraj wreszcie spełniłem swoje wielkie, młodzieńcze marzenie. po raz pierwszy samodzielnie pojechałem autem do piotra i pawła po zakupy. kupiłem zgrzewkę muszynianki i blend-a-med complete. gdy wyjeżdżałem z parkingu w stronę domu, widziałem w oknach matki z dziećmi. stały i patrzyły. po policzkach płynęły im łzy wzruszenia.