make life harder, pięć lat później

29 sierpnia 2016 (12 komentarzy)

[231] kochany pamiętniczku, dzisiaj mija pięć lat. pięć szalonych latek, odkąd założyliśmy z rafałem make life harder. wypadałoby coś powiedzieć, zebrać się na tę okoliczność w podsumowanie albo przynajmniej zabawną wyciągnąć z kapelusza anegdotę. na przykład o tym, jak kiedyś z markiem raczkowskim po peyotlu…, albo któregoś razu w samych gaciach na ostatnim piętrze intercontinentala… – w końcu sporo się przez te pięć latek wydarzyło, mnóstwo rzeczy śmiesznych i śmiałych, i jeszcze więcej nieporozumień, o których za parę dekad będę z rozrzewnieniem przy kominku opowiadał dzieciom swoich dzieci, o ile się doczekam; ale teraz, kochany pamiętniczku, gdy siadam przed komputerem i mam się złożyć w laurkę, to właściwie myślę tylko o tym, że pięć lat temu pewnie najebalibyśmy się z rafałem wiśniówką sromotnie, na golasa wskoczyli do bałtyku, a następnie znów się najebali i na koniec ćwierćprzytomni wrócili do domów najtańszą taksówką w trójmieście. tymczasem jest pięć lat później, wiele wody zdążyło upłynąć pod tym mostem, rozszerzyły się techniki świętowania, czas uspokoił, głowy także i zamiast na sopockie balety po złote runo utracjuszy – ubrałem dres, pojechałem do piotra i pawła i kupiłem zgrzewkę muszynianki oraz kobiałkę malin. teraz w piżamie i skarpetach z froty siedzę na łóżku niczym kot bonifacy z tej bajki i wsuwając podejrzanie ładnie wyglądające maliny, czytam książkę o dwóch traperach na dzikim zachodzie. rock’n’roll, kurwa. charlie sheen spotyka amy winehouse. jeszcze tylko poprawię poduszkę, pamiętniczku, i za pięć lat – o ile, daj bóg, przy tym trybie życia się doczekam – widzimy się w sanatorium „krystynka” pod ciechocinkiem. będziemy, obiecuję, grać w bingo.

andrea bocelli wychodzi na scenę

3 sierpnia 2016 (13 komentarzy)

[230] kochany pamiętniczku, dzisiaj w gdańsku pogoda jak spod psa trochę, a ja w przypływie złej pogody czasem włączam bocelliego. a ilekroć włączam bocelliego, tylekroć mnie za serce chwyta współczucie. patrzę, jak w oszczędnych ruchach porusza się bocelli na scenie i pierwsze, o czym myślę, to myślę o tych oczkach jego przymkniętych, a potem w sukurs za tymi oczkami wlecze się procesja ponurych wniosków i uświadamiam sobie, że nigdy przecież nie zobaczył bocelli twarzy swoich dzieci i nawet nie wie, jak wygląda jego ukochana, kiedy się uśmiecha; że nie widział, jak w 2006 włosi wygrywali z francją na mundialu, a potem zalewali się łzami, gdy dwa lata później polegli w karnych z hiszpanią; że nie wie, jak wygląda sarah brightman i czy na pewno istnieje; że nigdy więcej nie zobaczy wschodów ani zachodów i może się tylko domyślać, jakiego koloru jest biurko, przy którym spędza pół życia; że tyle go przecież omija od przeszło czterdziestu lat, gdy tak siedzi za parawanem swoich oczek przymkniętych, a potem puk puk, pukam się w głowę, gdy bocelli zaczyna śpiewać, i myślę, że jednak nic go nie omija.