bio

[wersja z rudymi bliźniakami]
próbuję sobie przypomnieć, skąd w ogóle taki pomysł. to znaczy skąd się wzięło pisanie i to zdumiewające także dla mnie upodobanie słowa. mam w głowie kilka scen, z których można by pewnie przy odrobinie wysiłku odtworzyć ciąg przyczynowy, chociaż – powiedzmy sobie uczciwie – nie ma takiego powodu, dla którego byłoby warto, ani tym bardziej takiego, dla którego nie byłoby warto.

to jest pierwsza scena, jaka przychodzi mi do głowy. siedzę z dwoma rudymi bliźniakami na drzewie przy wita stwosza w oliwie, niedaleko stoi katedra, jeszcze bliżej cukiernia z wypożyczalnią kaset wideo i pierwszymi w moim życiu filmami porno. jeden z bliźniaków skubie słonecznik, drugi palcem wygrzebuje żywicę z kory, wszyscy palimy tego samego papierosa. papieros jest ze szkolnej bibuły i chrustu, zrobiliśmy go własnoręcznie. mamy po jedenaście, dwanaście lat i być może wszystko co ważne w naszym życiu już się wydarzyło albo właśnie wydarza.

chwytam najbliższą gałąź i wskakuję na piętro wyżej, za chwilę jeszcze raz i tak do samego czubka. gdy będę na górze i głowa moja wystawać będzie ponad koronę drzewa, zdążę jeszcze krzyknąć, a następnie gałąź pęknie i polecę w dół. parę lat później napiszę o tym wiersz i zatytułuję go próba sił. leżąc na ziemi, będę się zaśmiewał do chwili aż endorfiny przestaną działać wtedy zacznę płakać, a dwóch rudych bliźniaków na zawsze rozmyje się w powietrzu. po latach, mając może osiemnaście, może dziewiętnaście lat zacznę się zastanawiać, czy rzeczywiście wtedy spadłem, czy dwóch rudych bliźniaków, z którymi skręcałem fajki, rzeczywiście istniało i chyba pierwszy raz pomyślę, że nie ma to większego znaczenia. literatura jest tym, co stwarza i jest stwarzane, i chociaż nie ocala w takim kształcie, jak chcieliby tego poeci czasem mogłaby. wiersze, które później napiszę, będą w pewnym sensie wypadkową urojeń i prawdy nadającej sygnały świetlne z zadymionego od fajek pokoju.