bio

[wersja pusząca się]
Jakobe Mansztajn – rocznik ’82, poeta, bloger (www.jakobe.art.pl). Były redaktor kwartalnika „Korespondencja z ojcem”, współautor cyklicznej imprezy poetyckiej K3 Sopot Slam. Laureat nagrody im. Andrzeja Walentynowicza (za projekt K3 Sopot Slam). Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Portrecie, Odrze, FA-arcie, Gazecie Wyborczej, Lampie, Ricie Baum, Pograniczach, Cegle. Autor książki „Wiedeński high life” (Portret, 2009), za którą otrzymał Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius 2010 w kategorii debiut roku, a także nominację do Nagrody Literackiej Gdynia w dziedzinie poezji i III nagrodę w konkursie „Złoty Środek Poezji 2010”. Jest ponadto laureatem plebiscytu Gazety Wyborczej Sztorm Roku 2010 w dziedzinie literatury, w 2010 roku nominowany także do Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców. Tłumaczony m.in. na francuski, białoruski, hebrajski, angielski, norweski.


[wersja z rudymi bliźniakami]
próbuję sobie przypomnieć, skąd w ogóle taki pomysł. to znaczy skąd się wzięło pisanie i to zdumiewające także dla mnie upodobanie słowa. mam w głowie kilka scen, z których można by pewnie przy odrobinie wysiłku odtworzyć ciąg przyczynowy, chociaż – powiedzmy sobie uczciwie – nie ma takiego powodu, dla którego byłoby warto, ani tym bardziej takiego, dla którego nie byłoby warto.

to jest pierwsza scena, jaka przychodzi mi do głowy. siedzę z dwoma rudymi bliźniakami na drzewie przy wita stwosza w oliwie, niedaleko stoi katedra, jeszcze bliżej cukiernia z wypożyczalnią kaset wideo i pierwszymi w moim życiu filmami porno. jeden z bliźniaków skubie słonecznik, drugi palcem wygrzebuje żywicę z kory, wszyscy palimy tego samego papierosa. papieros jest ze szkolnej bibuły i chrustu, zrobiliśmy go własnoręcznie. mamy po jedenaście, dwanaście lat i być może wszystko co ważne w naszym życiu już się wydarzyło albo właśnie wydarza.

chwytam najbliższą gałąź i wskakuję na piętro wyżej, za chwilę jeszcze raz i tak do samego czubka. gdy będę na górze i głowa moja wystawać będzie ponad koronę drzewa, zdążę jeszcze krzyknąć, a następnie gałąź pęknie i polecę w dół. parę lat później napiszę o tym wiersz i zatytułuję go próba sił. leżąc na ziemi, będę się zaśmiewał do chwili aż endorfiny przestaną działać wtedy zacznę płakać, a dwóch rudych bliźniaków na zawsze rozmyje się w powietrzu. po latach, mając może osiemnaście, może dziewiętnaście lat zacznę się zastanawiać, czy rzeczywiście wtedy spadłem, czy dwóch rudych bliźniaków, z którymi skręcałem fajki, rzeczywiście istniało i chyba pierwszy raz pomyślę, że nie ma to większego znaczenia. literatura jest tym, co stwarza i jest stwarzane, i chociaż nie ocala w takim kształcie, jak chcieliby tego poeci czasem mogłaby. wiersze, które później napiszę, będą w pewnym sensie wypadkową urojeń i prawdy nadającej sygnały świetlne z zadymionego od fajek pokoju.