bruce willis versus oscar wilde

25 września 2010 (16 komentarzy)

[96] kiedy skończyłem pisać swoją debiutancką książkę, która okazała się książką poetycką, pomyślałem, że już wystarczy, z poezji się wyrasta i to jest ten moment w moim życiu, kiedy ja z poezji wyrastam, w dłoń chwytam kijek poetyckiego włóczykija i wrzucam do ogniska, wobec czego nie wiersze, a twarda proza będzie mnie od tej pory zajmować, twarda literatura dla odważnych chłopców z blokowiska. i kiedy mówię „twarda”, myślę o krwawych, mięsistych historiach z bohaterami w wieku popacholęcym, którzy biegają ze scyzorykami w kieszeniach po podwórku, kradną jabłka ze straganów i pod balkonami na blokowiskach opróżniają pierwsze brzdęki, to znaczy piwa. słowem the greatest adventures of young bruce willis.

taka była moja pierwsza myśl, kiedy ukazał się „wiedeński high life”. myśl tym bardziej ugruntowana, że ja się nigdy we własnym sumieniu nie uważałem za poetę, poeci jak sądzę to z reguły (choć ryzykowna to reguła) botanicy strugający łódki z kory, a ja ze swoją biografią i doświadczeniem ani nie czuję się botanikiem, ani nie potrafię strugać łódek z kory. później jednak przyszła refleksja, której myśl przewodnia daje się streścić w krótkim i być może karkołomnym zdaniu, że epika od zawsze była bliżej prawdy, podczas gdy liryka od zawsze była bliżej piękna. powieść nie potrafi, ale też nie musi jak cheerleaderka wdzięczyć się do czytelnika, powieść ma opowiadać historię niezależnie od tego, czy historia jest fantasmagorią przefiltrowaną przez rzeszoto obłąkanej świadomości, czy matematycznym ciągiem przyczynowo-skutkowym spod znaku „dariusz wstał, dariusz uderzył głową o kant zawieszonej nad nim półki z książkami, dariusz wreszcie upadł na ziemię i upadając, zahaczył jeszcze tą samą głową o krawędź biurka”.

inną sprawą, ale równie istotną jest dosyć powszechna dysproporcja na polu wrażeniowym historia autora wydaje się zajebiście zabawna i warta opowiedzenia przede wszystkim samemu autorowi, podczas gdy czytelnik odkłada książkę po dwudziestu stronach, porażony rozmiarem nudy, jaka przez tych dwadzieścia stron wypełniła jego głowę. to jest zresztą podstawowy zarzut, jaki współczesnej prozie stawia czytelnik z blokowiska nuda jest bowiem mniej wybaczalna niż błędy ortograficzne. można się z tym oczywiście nie zgodzić, ale ja w tym momencie gadam do siebie i z tego co pamiętam w zupełności się ze sobą zgadzam.

inaczej jest z poezją poezja nie musi mieć fabuły, wystarczy, że jest piękna. to jest ten szczególny rodzaj myślenia, który nierzadko prowadzi poezję na polną łączkę, a poetów wyciąga na drzewa, skąd w troskliwych zdaniach zachwycają się kroplą żywicy spływającą po gałęzi. istnieją w tym kraju świetni poeci, sam osobiście znam kilku, może nawet kilkunastu, których myślenie wędruje o wiele dalej niż na najbliższą gałąź, ale ostatecznie są to nieliczne krewetki w powszechnym że się tak wyrażę planktonie botanicznym. nie o to jednak idzie, kogo znam, a kogo poznać chciałbym, ale o sam środek wyrazu, który nie rwie się z fabułą naprzód, tj. przede wszystkim się podoba, stanowi niejako plaster smakowitego w sensie estetycznym bekonu. i mnie, który właśnie wracam taksówką po nocy gęstej i ciężkiej z trzema szklaneczkami porto we krwi, zakwita w głowie myśl, że być może istnieje jeszcze trzecia droga droga poezji fabularnej, która jest hybrydą poezji i prozy, która na swojego bohatera lirycznego wybiera młodego bruce’a willisa trzymającego w rękach karabin m16, a nie powiedzmy oscara wilde’a z piórkiem we włosach i szklaneczką wody sodowej w dłoni. taka poezja, jeśli przestaje być jedynie nośnikiem piękna i zdziera z twarzy wenecką maskę, taka poezja, jeżeli zaczyna snuć opowieść i strzelać do czytelnika z ostrej amunicji wartkich wydarzeń taka poezja odzyskuje prawo głosu. albo przynajmniej we mnie z wolna układa się cała ta typologia zjawisk i wróciwszy do mieszkania, siadam przy biurku i zapisuję pierwsze zdania kolejnej książki, która okazuje się być książką poetycką: „do mieszkania bez pukania wchodzi dariusz”.

nieobecny

9 września 2010 (9 komentarzy)

[95] chodzi za mną myśl, aby nagrać soundtrack do wiedeńskiego high life’u. siedem, osiem numerów, niepospolita aranżacja, bez tekstów, bez syfienia na podłogę. taka chodzi za mną myśl i żal mam jednocześnie do matki i ojca, że mnie w porę nie posłali na lekcję gry na fortepianie. gdyby zatem ktoś kogoś, jakiegoś grajka o nieposzlakowanej opinii, to mejl w razie czego wisi w zakładce kontakt. razem możemy zmienić świat.

ale to na marginesie. aktualnym lejtmotywem jest moja nieobecność. nieobecność tutaj, na tym blogasku, to jedno, ale jest jeszcze inna, bardziej rozległa, że się tak filozoficznie wyrażę, nieobecność w życiu codziennym. nie ma mnie nawet tam, gdzie aktualnie przebywam i tak na przykład mówi do mnie naczelny korespondencji, mówi do mnie cierpliwie i drukowanymi literami, a ja zamiast odpowiedzieć – jestem już gdzie indziej, w innym mieście, a dokładnie w innej wiosce, gdzieś w środkowej polsce i nic nie słyszę. myślę, że to początek choroby albo po prostu zespół odstawienny.