kore
25 stycznia 2010
[84] ostatnie dni spędziłem zamknięty w mieszkaniu, z głową wiszącą nad korespondencją. setki opowiadań, setki tysięcy znaków przeczytanych i niewiele ponad dwadzieścia pięć, może trzydzieści tekstów, które odbiły się wyraźnym echem (jak chociaż alcachofa, czyli karczoch adama przegalińskiego, spółdzielnia pat gosi rejmer czy zabawne miniatury szymona jachimka). te dwadzieścia pięć czy trzydzieści tekstów składa się na zajebisty numer, co deklaruję nie jako zastępca naczelnego, ale jako czytelnik, któremu się w chuj - mówiąc językiem ulicy - podoba. nowy numer będzie lżejszy, przynajmniej jeśli idzie o szatę graficzną, i bardziej pękaty pod względem liczby stron, co zresztą dobrze się składa - mamy bowiem miesięczne lagi (gazeta powinna była ukazać się na początku stycznia), toteż tych dwadzieścia dodatkowych stron niech będzie - powiedzmy - formą zadośćuczynienia. no, to tyle na razie, wciągam kreskę i idę do pracy.
jeszcze raz o tym samym
6 stycznia 2010
(aha, no i będzie dodruk wiedeńskiego high life’u. w ciągu tygodnia książka na powrót trafi do sprzedaży; będzie dostępna we wszystkich najlepszych księgarniach w europie i na stronie wydawcy. poza tym zapuściłem włosy i przed snem regularnie wypijam szklaneczkę czystego absyntu. zasypiam, nie dopiwszy)
trzeci stycznia dwa tysiące dziesiątego
3 stycznia 2010
[83] jeśli miałbym coś powiedzieć, gdy rok znów zatoczył koło, to powiedziałbym, że owszem, był to rok pracowity, pełen zwrotów, spektakularnych wywrotek i paru pomniejszych sukcesów. wyszła książka, to jest zawsze fajne, tym bardziej, że nadal się jej nie wstydzę i miałbym ochotę wydać kolejną. nie sądzę jednak, abym planował książkę poetycką, albowiem od ponad dwóch lat napisałem równo dwa wiersze i tak się składa, że oba wczoraj. teraz patrzę na nie i myślę, że jeśli tak dalej pójdzie, jeśli ktoś porządnie nie walnie mnie w pysk, zmieniając doszczętnie dykcję, wówczas mógłbym stworzyć nowy rodzaj w poezji, którego związek z poezją polegałby na tym, że ów rodzaj stanowiłby jej całkowite zaprzeczenie. ale to jakby na marginesie rozważań. inna rzecz, o której chciałem, to ponure wrażenie, że książka - pomimo swojego chwilowego nimbu - jako taka nigdy niczego nie zmienia. kiedyś czerski trafnie powiedział, że jedyny przykład książki, która cokolwiek w czyimkolwiek życiu zmieniła, to amok krystiana bali. kto nie wie, o co chodzi, ten niech sobie wpisze.
poza tym otworzyliśmy spółdzielnię, o której jest coraz głośniej na mieście: pół roku działalności i już robimy bałagan. ruch w spółdzielni doskonale zastępuje ruch w moim świecie prywatnym, wobec którego coraz bardziej się oddalam i na pytanie co u mnie odpowiadam, że naprawdę nie wiem, i jest to jedyna uczciwa odpowiedź. wracam po nocy do domu, w którym straszą upiory ubrań rzuconych na podłogę i jedną mam tylko myśl: pójść spać. obawiam się tylko, że któregoś razu po przebudzeniu powiem sobie, iż całe to zaangażowanie było na wyrost, rzucę spółdzielnię i wyjadę do japonii.
do tego korespondencja - kolejne numery są coraz lepsze i to nie dlatego, że jest w nich coraz więcej przekleństw, ale dlatego, że jest w nich coraz więcej przekleństw, które znajdują się na właściwym miejscu. myślę o wyrazie społecznego niezadowolenia, kontestacji głupoty i kiepskiej literatury. ponadto wyszliśmy wreszcie do ludzi, z hermetycznego pisemka w dość krótkim czasie przeistoczyliśmy się w pisemko mówiące ludzkim językiem, któremu dodatkowo wyrosły zęby. oczywiście znać trzeba proporcje, w dalszym bowiem ciągu jesteśmy kwartalnikiem, kwartalniki nie mają takiej mocy, ale zostaje przecież kolejny rok. za rok, o ile śmierć się we mnie nie rozgości, spotkamy się w tym samym miejscu i wtedy pogadamy.
najlepsza z tego wszystkiego jest jednak koszulka
20 grudnia 2009
(póki pamiętam: na stronie festiwalu poza zasadą lansu udostępnione zostały materiały wideo ze spotkań i tutaj na przykład można obejrzeć rozmowę z mansztajnem, to znaczy ze mną, w której nie wypowiedziałem bodaj ani jednego słowa prawdy)
w ramach książki
15 grudnia 2009
[82] książka się wyprzedała, wiedeński high life poszedł do ludzi, nie ma już nic. z jednej strony fajnie, z drugiej zaś zupełnie niefajnie. w momencie, w którym jęły się ukazywać recenzje i to recenzje niezwykle dla mnie przyjemne, dokładnie w tym momencie książka wychodzi z obiegu. istnieje opcja, aby zrobić dodruk, tyle że taka opcja wymaga nakładów natury materialnej, podczas gdy wydawnictwo boryka się z problemami tej samej natury, wobec czego niewiele aktualnie wiadomo. tyle chciałem państwu powiedzieć - niejako w odpowiedzi na pytania - w ten piękny, grudniowy poranek roku pańskiego jeszcze dwa tysiące dziewiątego, hej!
niedźwiedź grizli i skurwysyn o cienkim głosiku
10 grudnia 2009
[81] jakiś czas temu kolega z wrocławia, przemek witkowski, zaprosił mnie na mikrofestiwal poezji, a jako iż ja sobie zaproszenia na festiwale zawsze niezwykle cenię, toteż z miejsca odpowiedziałem, że nie ma sprawy, kolego witkowski, będę, przyjadę, wystąpię. dopiero później do mnie dotarło, że wrocław, czyli miasto, w którym festiwal się odbywał, nie jest znowuż aż tak blisko trójmiasta i pożałowałem, że kolega witkowski swojej imprezy nie organizuje jednak w tczewie. poezja tczew festiwal 2009 - tak mógłby się ów nazywać. tak czy inaczej, mając w pamięci, że ja sobie zaproszenia na festiwale zawsze niezwykle cenię, zdecydowałem, że nawet wrocław, który jest oddalony od trójmiasta (w zależności od połączenia) od siedmiu i pół do dwunastu godzin, nie jest w stanie zmienić moich przekonań. pojechałem więc, wystąpiłem, w międzyczasie michał płaczek wielokrotnie próbował mnie poderwać, wreszcie wróciłem na dworzec, kupiłem herbatę w automacie, a w okienku obok - bilet na pociąg w wagonie sypialnym.
w wagonie sypialnym już czekał na mnie wielki jak kurwa mać niedźwiedź grizli niezdarnie wciskający przyciski maciupeńkiego telefonu. gdy wszedłem do przedziału, siedział na najniższej pryczy i tylko spojrzał na mnie leniwie spod tej swojej grzywy bujnej, skinął kulturalnie głową i tyle. żadnych przygód między nami nie było, powiedzieliśmy sobie jedynie dzień dobry i do widzenia, i oto cała nasza interakcja na dziewięć godzin podróży. powiem szczerze, że ja sobie takie milczące znajomości w środkach komunikacji zawsze cenię najwyżej. o niebo niebezpieczniejszy okazał się facet, który wszedł do przedziału jako ostatni. facet z pozoru niegroźny, niski, siwy, o cienkim głosiku i ogromnej torbie na laptopa, w której - jak sądziłem i jak sądzę nadal - transportował pocięte na kawałki zwłoki swojej żony. niebezpieczeństwo faceta o cienkim głosiku polegało na tym, że gdy wreszcie pogasiliśmy w przedziale światła, każdy przy swojej pryczy, wówczas spode mnie, to znaczy ze środkowego łóżka jęły dobiegać apokaliptyczne odgłosy: facet o cienkim głosiku zaczął sążniście chrapać. zaczął chrapać w wagonie sypialnym, za który własnymi pieniędzmi zapłaciłem sto trzydzieści polskich kurwa złotych. myślałem, że go zabiję, że wezmę tę swoją nogę i gołą stopą przycisnę mu gardło do łóżka, aż przestanie skurwysyn oddychać, i gdy już decyzję powziąłem, gdy po próbach ciumkania, gwizdania i ciumkania i gwizdania stopa moja coraz odważniej wędrowała w stronę jego szyi, facet zamarł. dosłownie przestał sygnalizować czynności życiowe, co na chwilę wzbudziło we mnie myśl, że być może stopa moja już się na jego szyi dawno zadomowiła i że - mówiąc krótko - zabiłem człowieka. przyjrzałem się facetowi baczniej, w ciemności wytężyłem oko i nic, zero, cisza. niedźwiedź grizli w dalszym ciągu spał snem niemowlaka, zwłoki żony w torbie na laptopa nie zachichotały radośnie, nic się nie stało, wróciłem więc do pozycji, pomyślałem ależ tu kurwa duszno i w mig zasnąłem.
gdy się obudziłem, faceta już nie było. na najniższej pryczy siedział tylko niedźwiedź grizli, który wielkimi jak snickersy palcami próbował napisać coś w telefonie.
poza zasadą lansu, chociaż w warszawie
21 listopada 2009
[80] a jeśli kogo najdzie chęć, to w najbliższy poniedziałek (23.11) rusza w centrum sztuki współczesnej we warszawie festiwal pt. poza zasadą lansu. festiwal potrwa pięć dni, a jego formuła opiera się na cyklu pogadanek z literatami, co - jak sądzę - o dwa niebieskie kwadraty jest lepsze, niż klepanie intymnych fragmentów swojej twórczości w stronę bogu ducha winnych słuchaczy. pomimo tego, iż osobiście nie mam nic do powiedzenia, zapraszam również na spotkanie ze mną, które odbędzie się w rzeczony poniedziałek o godz. 19:00. cały plan tutaj: pozazasadalansu.pl.
pogwarki, cz. 3 - o nowym kulcie
14 listopada 2009
[79] nowa płyta kultu to zagadka. muzycznie nie ma się do czego przyczepić, to znaczy być może jest do czego, ale kogo to obchodzi, skoro słucha się pysznie. pyszne są i sekcja dęta, i perkusja, i gitara prowadząca. jakiś półprzytomny gryzipiórek z polityki napisał w internecie, że tak jak dobrze się nowa płyta kultu zaczęła, tak nie starczyło energii na drugą połowę. ja bym powiedział, że tak jak się dobrze zaczęła, tak w drugiej połowie jest jeszcze lepsza, albowiem poza walorem muzycznym (skazani, to nie kraj moich snów czy karinga) pojawia się ciekawy element sentymentalny (jak choćby w kiedy ucichną działa albo podejdź tu proszę). rzeczoną zagadkę stanowi natomiast warstwa liryczna, albowiem kazikowi najwyraźniej nie do końca się chciało, toteż nierzadko idzie ów na skróty: pojawiają się liczne powtórzenia (jakby z braku lepszego pomysłu) czy incydentalna anemia i mętność znaczeniowa. zagadka polega na tym: czy rozprężył się nadto kazik w obszarze języka jako takiego i za bardzo popuścił cugli, czy może hiszpańskie powietrze rozleniwia i nie ma komu nad biurkiem ślęczeć, czy otóż właśnie jedno i drugie? oczywiście nie dramatyzuję, jest hurra! najlepszą płytą kultu od długiego czasu, a są momenty (i nie są to momenty rzadkie), gdy doprawdy jest wybornie jak za starych, dobrych. stare, dobre zresztą wcale nie są takie odległe, o czym niech zaświadczą choćby ten albo ten numer. ach, kurwa.
z ostatniego momentu
12 października 2009
(drodzy państwo, na wirtualnej polsce ukazał się dzisiaj wywiad, w którym zabieram głos. wywiad dotyczy m.in. kwartalnika korespondencja z ojcem, to jest gazety, przy której robię i której najnowszy numer od dnia dzisiejszego dostępny jest w empikach. państwa uwadze szczególnie polecam jednak nie sam wywiad, ale komentarze pod wywiadem. w zasadzie wszystkie są świetne*. całość do przeczytania tutaj)
*jeśli miałbym jednak wybrać lidera, postawiłbym na wypowiedź niejakiego ubu, który mówi: POLSKĘ JUŻ COFNĘLIŚCIE O SETKI LAT W ROZWOJU PIEPRZONE PEJSATE OSZOŁOMY. ALE NARÓD SIĘ OBUDZI BO JEST “JAK LAWA ZEWNĄTRZ CUCHNĄCA PLUGAWA WEWNĄTRZ GORĄCA WRZĄCA CZYSZCZĄCA …..
pogwarki, cz. 2 - o nagrodach
10 października 2009
[78] tadek dąbrowski dostał nagrodę kościelskich. to fajne, tutaj podpiszę się pod czerskim, który powiedział Bardzo mnie ta wiadomosc ucieszyla: nie tylko ze wzgledow towarzyskich, ale i z uwagi na olbrzymi szacunek, jaki mam dla poezji Tadeusza i konsekwencji, z jaka podaza obrana droga. cieszę się, gratuluję i kibicuję dalej. tymi samymi słowy skomentowałbym nike dla tkaczyszyna-dyckiego. wprawdzie najnowszej książki dyckiego jeszcze nie czytałem, ale przy całej mojej podejrzliwości wobec książek, których nie czytałem, nie sądzę, aby ta miała być chujowa, tym bardziej, że jedenaście poprzednich to poezja czystej wody. takoż cieszę się, gratuluję i kibicuję dalej.
o nagrodzie dla obamy mógłbym opowiadać godzinami, dlatego nawet nie będę zaczynał. powiem tylko krótko: nobel to kurwa.

