o porządku

2 października 2017 (12 komentarzy)

[244] kochany pamiętniczku, ilekroć tu zaczynam, tylekroć nad pierwszym pucuję się zdaniem, takie to wszystko musi być cacy, a przecież nie musi, bałagan w mieszkaniu świadczy o życiu – powiedział kompulsywny estetyk. który nie dalej niż dwie godziny temu, na wysokości szóstej piętnaście, zaczął odkurzać, bo mu się znienacka przez sen uroiło, że dawno nie odkurzał. odkurzałem w piątek. o czym w każdym razie chciałem, to o tym, że sprawy aktualnie – w przeciwieństwie do poprzedniego zdania – są proste: praca, sen niedbały, praca i tak w kółko, i dopiero teraz, w wieku lat trzydziestu pięciu, odkrywam magiczną moc zaklęcia weekend. za długo chłopiec na frilansie siedział i wszystko zlało mu się w jeden piątek godzina 16:45, a przecież tu są jeszcze wtorki na tej szachownicy, tu jeszcze są, kurwa, poniedziałki. a to wymaga reorganizacji, w końcu nie samą pracą człowiek, ani samym odkurzaniem. a więc między jedną a drugą zadyszką jeszcze teatr, biedronka, pierożki na parze, papieroski na parapecie, ostatnie podrygi leżaków na placu, schyłek wisły, klancyk w klubie komediowym, klancyk gdzie indziej, kolega w szpitalu, koncert na korytarzu i wernisaż w hangarze (znowu nic nie zrozumiałem). tyle że liście lecą z drzew, pamiętniczku. siedzimy na parapecie, jaramy lulki sowicie, a w tle warszawa wyje i coraz bardziej czuć, że jesień nadciąga jak niemieckie bombowce, a jesień to bałagan, mimo że bombowce niemieckie, liście jak skarpetki porozrzucane, kałuże byle jakie byle gdzie i wiatr przejmujący bardziej niż filmy susanne bier, i we mnie się przez sen odkurzacz włącza i nie wiem, skąd to przeświadczenie wpajane dzieciom, że jesień jest piękna, kolorowa i polska, skoro polska jest na grillu w lipcu, a żółty i szary to jeszcze nie jest kolorowy telewizor. a więc posprzątać jesień, to właściwie chciałem powiedzieć, mimo że podobno bałagan w mieszkaniu świadczy o życiu, cytując narratora z początku tego wpisu, ale jemu nie należy wierzyć.

białe noce

24 września 2017 (14 komentarzy)

[243] a więc skaczę po kanałach, mój ty pamiętniczku, ale mam tylko cztery. ile można skakać po czterech kanałach? czterdzieści pięć minut. policzyłem. od czterdziestu pięciu minut próbuję zasnąć. od paru godzin próbuję przestać myśleć o pracy. od dwóch tygodni próbuję zapanować nad kaszlem. od miesięcy próbuję wziąć głęboki oddech. ciągle pod kreską. mógłbym też mniej przeklinać, rzadziej jeść pizzę, pójść w końcu do lekarza z tym kaszlem. zamiast tego nie szanuję się wcale, kurtkę tylko kupiłem cieplejszą i cieplejsze buty w tygodniu zamierzam, i czasem na spacer pójdę jeszcze w środku nocy. jak wyskakać sobie snu nie mogę na tych czterech kanałach, to idę się wychodzić i parę dni temu zaczepia mnie pani na ulicy, gdy ja zmęczony jak pies i z wszelkiej wyzuty przyjemności, i mówi, że ja pana lubię, jakobe, pan jest zabawny, niech pan coś powie śmiesznego poproszę. a we mnie nic śmiesznego, od tygodni po czterech tylko skaczę kanałach, jakbym jebane na rekord liczył owieczki.

jak byłem dzieckiem, proszę pani, miewałem perypetie. w głowie mi się wyświetlał obrazek, najczęściej ponury, i jak noc długa – nie chciał się odczepić. myślałem wtedy o tym, jak będzie wyglądało życie po drugiej stronie, a to prosta przecież droga do obłędu. środek nocy, a ja leżę, berbeć przerażony, z głową nabitą czarnym tytoniem, i tylko o tym myślałem, jak bardzo bym nie chciał teraz zniknąć, i z tego pragnienia budziłem rodziców, i pytałem zapłakany, czy to prawda, że kiedyś wszyscy musimy stąd zniknąć, i matka zapewniała, że nas to nie dotyczy, synuś, że z nami będzie inaczej, i postaraj się proszę zasnąć, dziecko kochane, i ja w końcu uwierzyłem. aż któregoś dnia września kolega mi umarł i znów nabrałem wątpliwości, i zamiast do łóżka – co noc wchodziłem pod biurko, nad głową przyklejałem słuchawki od walkmana i podłączałem do radia, i tylko o to dbałem, aby nie zostać w tej ciszy samemu, aby tylko nie zwariować, i z czasem wszystko się rozpłynęło, proszę pani, bielutkie noce zdarzały się rzadziej, chociaż zdarzały, i dziś nikogo już nie budzę, nie zadaję durnych pytań w środku nocy, idę przed siebie i czekam aż przejdzie. tyle we mnie śmiesznego.

i nic z tego nie wypowiadam na głos, uśmiecham się tylko głupio, dziękuję i idę do domu.

memento

6 sierpnia 2017 (27 komentarzy)

[242] kochany pamiętniczku, dziś w warszawie pada od bladego świtu. wczoraj za to było słońce – sympatyczne i nienachalne, a przedwczoraj mnie nie było, tak że trudno powiedzieć. przedwczoraj łaziłem bowiem po krakowie, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest miastem w sezonie wyludnionym. fale ludzi wtłaczające się ze wszystkich bocznych uliczek jak z hydrantów prosto na rynek robią wrażenie niemal groteskowe i my w tym teatrzyku powodzi swoje pięć groszy dorzucamy. ktoś powie, że odezwał się, GDAŃSZCZANIN, i będzie miał ów rację, ale przyjebać się do krakowa zawsze miło. kraków jednak tylko przelotem, w drodze powrotnej do domu, gdyż tak naprawdę zakopane. jakby tam było lepiej. ale jest takie stare góralskie powiedzenie: „takie masz zakopane, jakie sobie wykoncypujesz”. bardzo stara jest to myśl, mało popularna, ale wciąż prawdziwa. owszem, walczyliśmy na krupówkach ze sprzedawcami oscypków, sprzedawcami ciupag, sprzedawcami koszulek, sprzedawcami proporców, sprzedawcami popcornu, sprzedawcami wszystkich możliwych bibelotów z wygrawerowanymi imionami i przede wszystkim z takimi jak my, niedzielnymi turystami, walczyliśmy, których siła jakaś piekielna zawezwała na najbardziej zatłoczoną ulicę w kraju, aby w pocie czoła przeciskać się między schabami pana janusza a kolejnymi galeriami handlowymi. ale właśnie, stare góralskie powiedzenie o wykoncypowanych wakacjach w zakopanem wciąż w mocy i myśmy, z dala sobie żyjąc od zatłoczonego świata, o świat zatłoczony ocierali się okazjonalnie i na własne życzenie. aż w końcu schaby pana janusza zamieniliśmy na słowację i tam, pośród wyciszonych słowaków, usiedliśmy nad jeziorem szczyrbskim i wcinaliśmy pierogi z bryndzą, napawając się atmosferą – najprawdopodobniej atmosferą ciszy po prostu. nie przesadzę jak powiem, że był to pierwszy od trzech lat mój wakacyjny wyjazd, pamiętniczku. złośliwie można by rzec, że ja wakacje mam nieprzerwanie od 2011, więc co ja tutaj pierdolę właściwie, ale – jak mówię – byłaby to złośliwość, a w dodatku niesprawiedliwa, a w dodatku nie przeklinaj. najwidoczniej nie było wcześniej miejsca w głowie na odpoczynek, a to też podobno trzeba potrafić, tak przysiąść pośrodku lasu i nie dostać apopleksji z powodu pozostawionego w aucie telefonu. siedzieliśmy więc i gapiliśmy się na góry i niewiele było w naszych głowach, a potem wróciłem do warszawy i deszcz padał nazajutrz i to też było dobre, i do nikogo o ten deszcz nie miałem pretensji.

trzeci raz, do trzech razy

18 czerwca 2017 (17 komentarzy)

[241] kochany pamiętniczku, chwilę mnie nie było, a tu w życiu zaszły zmiany, o których nie można dłużej milczeć. zaczęło się od tego, że w maju, tym samym, w którym jeszcze do niedawna gęsto śnieg padał i ludzie dziękowali własnej opieszałości, że nie zdążyli wymienić opon na letnie, w tym samym maju, pamiętniczku, miałem rozpocząć w warszawie pracę. taką pracę, która życie do góry dupą wywraca, co w moim przypadku oznacza mniej więcej tyle, że trzeba by pracować więcej niż mam w zwyczaju. nie dlatego taki zwyczaj, że leniwą jestem pandą, ale – jak powiedział ktoś kiedyś przy podobnej zapewne okazji – w życiu ważne są proporcje. tymczasem projekt miał pożreć większość tygodnia i sporą część świętego weekendu, wobec czego najpierw struchlały mocno byłem i z życzliwością wypatrywałem końca polski i końca świata w ogóle, ale zgodnie z radą mądrej pani, aby wychodzić ze strefy komfortu częściej niż tylko na czas proszonego obiadu, postanowiłem ostatecznie pójść w tę torturę jak w ogień. człowiek, pamiętniczku, najzapalczywiej broni się przed nowym, a później zwykle jest mu głupio. w trakcie tygodni żmudnych przygotowań zaczęła się we mnie rodzić wobec przyszłej tortury żarliwa sympatia. ale tu rzecz przyjęła nieoczekiwany obrót i za pięć dwunasta projekt został – jak to się mówi w biznesowych kręgach – postponowany. na jesień. o czym dowiedziałem, wjeżdżając triumfalnie do warszawy na swoim złotym rumaku 1.6 litra. załadowanym słoikami po sufit jak cygański tabor. pół godziny przed podpisaniem umowy najmu na moje nowe mokotowskie gniazdko. nie powiem, pamiętniczku, żebym się wówczas ucieszył.

tego dnia wypiłem już tylko herbatę i poszedłem spać. a rano pomyślałem, głową już swoja odzyskaną, że świat rzeczywiście lubi niekiedy odpierdolić manianę, taki już świata zasrany urok, ale skoro rzekło się a, to może wbrew złośliwościom losu należy powiedzieć b, i poszedłem, jak w ten ogień wcześniej, na spotkanie z panią wandą, właścicielką mokotowskiego gniazdka, i rzekłem: nie ma pracy, pani wando, postponowana, i to się w ogóle nie kalkuluje, ale tu jest umowa, tu jest kaucja, a tu są moje rzeczy. tym oto sposobem po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch lat przeprowadziłem się do warszawy. tym razem nie dla kobiety, nie dla pracy, nie dla gór złotych. żyję sobie tutaj czwarty tydzień. życiem rozpiętym między krnąbrną sztuką pewnego chorwata a zakupami w biedronce, między koncertem wąsatego chłopca o imieniu taco a wycieczką do ikei w poszukiwaniu łyżeczek i deski do krojenia. miałem pisać i piszę. miałem wychodzić, wychodzę. miałem też wreszcie pobyć sam i jestem. na obcej ziemi, w nowym mieszkaniu, próbując zdeszyfrować tajemnicze komunikaty wyświetlane na pralce. co ona do mnie mówi, to ja w ogóle nic. ale nie pali się przecież, mamy, praleczko, czas.

przerywnik

13 maja 2017 (19 komentarzy)

[240] kochany pamiętniczku, jest dwudziesta trzecia, środek tygodnia. stoję między stolikami, rozmawiam o bzdurach. rozmawiam, ale ledwo coś słyszę, muzyka w knajpie psuje całą zabawę. już wiem, dlaczego tu nie bywam, dlaczego bywam tu tak rzadko, w tym równoległym świecie z wódy i decybeli. tu się nie mówi, tu się japę zdziera bezpośrednio do gołego ucha: jakobe, a w ogóle wiesz… JAKOBE! A W OGÓLE WIESZ, CO JEST NAJŚMIESZNIEJSZE?! ŻE JA W OGÓLE NIE MIAŁAM POJĘCIA, CO TO JEST PREFIKS, KUMASZ, A PRACOWAŁAM W TAKIM MIEJSCU. JAKA BEKA! wszystko rozumiem, pamiętniczku, pijany człowiek nie znosi ciszy, cisza pijanego człowieka onieśmiela, a nikt tutaj nie przyszedł, aby w zakłopotaniu czubkiem buta wykopywać dziury w podłodze. I W OGÓLE JA PIERDOLĘ, JAKOBE, JAKĄ WIDZIAŁEM OSTATNIO AKCJĘ, TO DOSŁOWNIE NIE UWIERZYSZ! w czasach młodości mojej durnej muzyka dudniła z każdego kąta, a ja tanecznym krokiem prześlizgiwałem się między ludźmi, wchodziłem na najwyższy punkt w lokalu, jak maestro w filharmonii odwracałem się plecami i powoli, na wyprostowanych nogach, pozwalałem sobie swobodnie polecieć w dół. na ludzi pod sobą. ja, worek ziemniaków z dyplomem z psychologii. być może na wszystko jest czas i miejsce, pamiętniczku, ale dziś myślę o tym z politowaniem. z takim samym politowaniem patrzę teraz na bujającego się przy barze kolesia 45+, z rozpiętą koszulą, spod której wyziera błyskotka na szyi. już go widziałem, pamiętniczku, w innym ciele, w innej koszuli i w innym mieście, ale z tym samym wyrazem na twarzy, i w głębi duszy rozpaczliwą mam nadzieję, że czas obejdzie się ze mną łaskawiej. jeśli alternatywą są kapcie, niech to będą kapcie. siedźmy sobie na sofie, w dresie ja i ona, w cichym mieszkaniu z dala od ludzi i trzydziesty szósty raz oglądajmy historię o tym, jak bob poznaje w tokio charlotte. dum dum, NO CO TY KURWA, JAKOBE, DWUDZIESTA TRZECIA DOPIERO, POJEBAŁO CIĘ?! CZEKAJ, IDĘ DO KIBLA. pojebało, pamiętniczku, i kiedy przez chwilę nikt nie patrzy, wymykam się do auta, aby po nocnym jeszcze przez chwilę pobłądzić mieście. w szumie zestroić się z tym starym człowiekiem, którego mam w środku, i wrócić do domu, i umyć zęby, i pójść spać, i nie mieć z tym żadnego problemu.

mała ballada o oceanie bałtyckim

7 maja 2017 (12 komentarzy)

[239] a więc znów warszawa, kochany pamiętniczku. który to już raz w tym roku, który to już raz w tym życiu. życie moje od lat splata się z warszawą na poły tragicznie, na poły romantycznie, ale takie jest to życie w końcu, na poły tragiczne, na poły romantyczne. w końcu stąd nie wyjadę. zapomnę i zostanę. w jednym z warszawskich hoteli ze śniadaniem serwowanym od siódmej do dziesiątej, w poniedziałki od szóstej trzydzieści. albo w małym przytulnym gniazdku z wąskim parapetem i ulicą pod domem gęsto zastawioną autami. albo w przestronnym apartamencie na poddaszu, gdzie pokój gościnny jest takich rozmiarów, że trzeba sofę przesuwać na środek pokoju, aby dojrzeć, co się wydarza na telewizorze. ale o tym później, teraz praca. praca, o której nie mogę za wiele powiedzieć, ale która sprawia, że sobota przestaje być sobotą, niedziela przestaje być niedzielą, i naraz stają się poniedziałkiem, wtorkiem, środą, koniecznym cierpieniem, małą apokalipsą, i dzisiaj niedziela – niegdyś dzień święty, dziś brzdąc w opałach. nie święty z powodów religijnych, a uświęconej tradycji własnej. spacer, książka, inne banalne środki osobistego wyrazu zostają nagle odstawione na kołek. zamiast tego jest komputer, są ludzie w pomieszczeniu i jest tekst, który przed końcem dnia musi lśnić niczym karoseria złotej kobry. złota kobra to moje auto. ona też chciałaby nad rzekę, jezioro, ocean bałtycki, ale taką mamy sytuację. na koniec dnia już tylko o tym myślę, o tym myślimy oboje, aby przytulić się do obcej, hotelowej pościeli i w akompaniamencie szumu miasta, który przy zmęczeniu i przygaszonych zmysłach można by uznać za szum oceanu bałtyckiego, odpłynąć sobie na parę godzin. a potem wrócić, zejść na śniadanie, rozejrzeć się po okolicy i dalej próbować ukochać sobie to miasto.

paralolo

25 kwietnia 2017 (28 komentarzy)

[238] kochany pamiętniczku, a więc znów to zrobiłem. obiecałem sumienność, punktualne rozliczanie się ze sprawami życia tu, na tym blogasku zakurzonym, tymczasem wciągnęło mnie życie jak ja onegdaj za pacholęcia wciągnąłem do odkurzacza ukochaną papugę i co, i zapomniałem o najważniejszym, o pisaniu, spisywaniu, notowaniu, fiszkach z tyłu głowy. zamiast tego dzwoni pani, że na wywiad ładnie proszą, toteż idę, jadę, przylatuję i oczami zwykle świecę; wtedy dzwoni inna pani jeszcze, że spotkanie autorskie na drugim końcu polski, toteż w auto się pakuję i znów jestem gdzie indziej; wtedy jeszcze inni państwo geszefty proponują kuszące, a mnie już tylko oddechu brakuje. ale ciebie, kochany pamiętniczku, nie powinno to obchodzić, bo to sprawy są przyziemne, a my tutaj dotykamy nieba raczej. mówię zagadkami, a przecież tylko tyle chciałem, że znów wypadłem z czasu i dobrej woli nie starczyło, aby cię dopieścić dostatecznie, mój ty mały, biały przyjacielu ze szpaltą pośrodku.

w dalszym ciągu będę się borykał, gdyż na horyzoncie od czerwonych roi się lampek, a przecież równolegle istnieje jeszcze jakub prywatny: ten jakub, co je, i ten jakub, co spotyka się. ten jakub, co poprawia poduszkę, i ten jakub, co nie zdążył się zdrzemnąć. co pisze wiadomość, co ma seriali zaległych wuchtę, co idzie z danielem na spacer, co popłakał się niedawno ze śmiechu. ten jakub, kochany pamiętniczku, siedzi teraz na fotelu z ikei i zanim ruszy dzień na dobre, chciałby ci tylko powiedzieć, że nie zapomniał, kocha, ma się dobrze i przesyła ciumaski.

28 lutego, siódma rano

28 lutego 2017 (24 komentarze)

[237] kochany pamiętniczku, chociaż smuteczki bezspornie służą temu blogowi, to jednak wiosenka coraz wyraźniej zagląda przez szparę pod drzwiami. nie napiszę teraz za wiele, bo za wiele byłoby do pisania, a czasu li tylko na kawę z biszkoptem, chrup chrup, ale trzymając się grzecznie nowej-pradawnej tradycji wpisów publikowanych częściej niż raz na pół roku pragnę oznajmić, że mam się niezgorzej i zaraz tu wracam, i opowiem coś państwu ładnego może dla odmiany, tymczasem biszkopt nakruszon i kawa dopita, i już mnie tu nie ma, brum brum.

paulo coelho schodzi z drzewa albo zaległa dedykacja

12 lutego 2017 (37 komentarzy)

[236] dzień nr 12786. 35 lat, pamiętniczku. tyle mam od piątku. gdyby mądrość przychodziła z wiekiem, siedziałbym na sofie i zaczekał, ale nie przychodzi. trzeba trzydzieści pięć razy skręcić kostkę, żeby się nauczyć. lewa – prawa, lewa – prawa, żadne kujawiaki, lewa – prawa, a na końcu i tak zapukasz do ortopedy, panie czcigodny, musimy porozmawiać. pozornie wszystko się układa, lewa – prawa, kariera nabiera rozpędu, na koncie sztymuje, pasja wciąż żywa, ludzie wokół sympatyczni, ale znowu się wywrócił o płytę chodnikową chłopiec, i z rączek wszystko poleciało, i to będzie początek rozpadu, i ten rozpad, jeśli nierówny ścierpisz oddech, będzie jak nowe rozdanie. 35 lat, pamiętniczku, i dopiero teraz – powoli, mozolnie, ale nareszcie bez czarownych uników – zaczyna chłopiec rozumieć, o co się przez tyle lat potyka i że to ja jestem tym korzeniem w podłodze, tym rantem łóżka, nierówno położoną wykładziną. ania powiedziała kiedyś: przede wszystkim uczciwość, kuba, szczerość do samego końca, najgorsza prawda jest lepsza aniżeli kłamstewka piękne. nie tak łatwo w to uwierzyć, gdy się żyje w bańce mydlanej i zamiast człowiekiem z krwi i kości – jest się cudownym produktem własnej fantazji, bohaterem na miarę swoich czasów, wychowanym w iluzji mediów społecznościowych. ale jeśli szczęścia do ludzi masz ciut więcej niż rozumu, pojmiesz zanim kolejne 35 minie, że świat nie jest teatrem i że ania miała rację; i może gdzieś na skrzyżowaniu ulic, między jednym miastem a kolejnym, uderzy cię jak ledowa reklama banku, że najwyższy czas się pozbierać, i najpierw teatralnie, trochę może nawet ironicznie, zaczniesz przestawiać meble w mieszkaniu, czując jak pod spodem, pod tą skórą betonową, miarowo wzbiera nurt.

pam param

1 lutego 2017 (34 komentarze)

[235] jest dwudziesta, kochany pamiętniczku. od osiemnastej szukam pierwszego zdania. zapisuję, czytam, prycham, myślę ty banalny idioto i tak w kółko od dwóch godzin. słowo daję, kiedyś człowiekowi łatwiej przychodziło maskowanie myśli; myślał myśl, zapisywał co drugie słowo i miał gotowe pierwsze zdanie w pamiętniczku. czasem smakowite, czasem tylko jak dysleksja tajemnicze, ale przecież to właśnie tutaj robimy – roztaczamy tajemnicę. a teraz, kiedy człowiek w latach bardziej posunięty i coraz wyraźniej wyzbyty woltyżerki, dwie godziny odpędza się od zbyt klarownych zdań, zanim wreszcie coś z siebie wydusi. odpędza nie dlatego, że mu techniki nagle brakuje, że zapomniał, jak się opowiada bajki, tylko ochota wzbiera w nim coraz silniejsza, by opuścić gardę i przestać gadać zagadkami. zamiast mówić on, jemu, jego, coraz większą ma ochotę, to znaczy coraz większą mam, pamiętniczku, ochotę powiedzieć ja, mnie, sobie. na przykład: boli mnie w wielu miejscach, nie umiem rozmawiać z ludźmi, nie potrafię nikogo tu wpuścić i tęsknię za tobą, i nic na to nie poradzę. panie mansztajn, zróbmy sobie przerwę.

a więc przerwa. od kilku dni wieczorami wsiadam do auta i jeżdżę bez celu po mieście. mam nadzieję, że coś się wydarzy, ale ostatecznie robię tylko kółka. nagrałem składankę do auta i ciągle zagłuszam noela w don’t look back in anger. wychodzi fatalnie, mój kot byłby zniesmaczony, ale nawet na światłach nikt tego nie słyszy. a kiedy już nie ma czego okrążać, jeszcze przez chwilę siedzę w aucie pod domem. w ciemnym i cichym, i czuję wyraźnie, jak śmieszne i smutne jest to życie, którym żyję. dekoracyjne jak ten język. żaboty, trykoty, wstążeczki, manieczki. do niedawna byłem przekonany, że sprawy w życiu muszą przede wszystkim elektryzować. że jak wychodzisz z domu, to na imprezę życia; że jak idziesz po włoszczyznę, to w akompaniamencie fajerwerków. a to nie tak przecież, pamiętniczku. najprzyjemniejsza jest zwyczajność, o czym dowiadujesz się później. kroisz ogórek, podlewasz kwiaty, myjecie zęby, zbierasz ubrania z podłogi po nocy, siedzicie w taksówce w drodze do domu, odpalasz serial, pierwszy zasypiasz, ona wskakuje tobie na głowę, środa, piątek, poniedziałek, trzy jajka rano na miękko, zmywarka znów pełna, kroisz cebulę, pada, nie pada, idziecie z psem na spacer po lesie, znów kończy się papier, znów kończy się cukier, palicie w oknie wspólnego szluga, za zimno, za ciepło, wychodzisz ochłonąć, pierzecie pościel, kładziesz się brudny, czekasz aż wróci wieczorem z zajęć, kochacie się w kuchni, wnosicie szafkę z ikei na piąte, znosisz po schodach rower, idziecie do kina, znowu zasypiasz, kłócicie się w aucie, kochacie się w łóżku, naprawiasz czajnik, przez tydzień się nie kłócicie, wrzesień, listopad, stoicie na światłach, w jednej rękawiczce obie ręce, rano, południe, środek nocy. w końcu zamykam auto, powoli wracam do siebie.