nierecenzja

10 maja 2012 (10 komentarzy)

oho, paktofonika wraca. parę dni temu obejrzałem „jesteś bogiem” w reżyserii leszka dawida i postanowiłem przerwać milczenie. kto nie wie, co to jest paktofonika, ten niech się może od razu położy do ziemi, a pozostali go zasypią.

jeśli istnieje polski hip hop, którego człowiek kulturalny w tym kraju nie musi się wstydzić, to byłby to kaliber 44, paktofonika właśnie, no i oczywiście peja, który wprawdzie ledwo sobie radzi nawet z równoważnikami zdań, ale za to ma mięśnie.

„jesteś bogiem” opowiada historię paktofoniki. wygląda to tak, że któregoś razu raper pod tytułem fokus idzie do rapera pod tytułem rahim, namawia go na wspólne granie, i razem idą do trzeciego rapera pod tytułem magik, którego namawiają na to samo. tak powstaje zespół. dwóch starszych ma po dwadzieścia lat, a fokus dopiero skończył osiemnaście. dwa lata później wydadzą płytę, która będzie jedną z najważniejszych w historii tego gatunku w kraju.

film kończy się w momencie śmierci magika, osiem dni po wydaniu płyty. magik umiera, bo wyskakuje ze swojego mieszkania. mieszkanie było na dziewiątym piętrze, więc magik nie żartował. jest w filmie postacią kluczową i właściwie można się spierać, czy bardziej chodzi o paktofonikę jako taką czy może jednak o magika, który nie tylko się w filmie zabija, ale jeszcze pokazuje, co to znaczy wynieść hip hop do rangi sztuki.

kilka scen z jego udziałem wyrywa człowiekowi serce. nie dlatego, że film jest taki zajebisty, bo właściwie to myślę, że nie jest i że został wykastrowany z fabuły i dynamiki, ale kilka scen wystarczy, żeby na jakiś czas zamknąć człowiekowi mordę. no i ta okrutna paralela doświadczeń, że ci kolega wychodzi przez okno. do tego najwyraźniej nie można się przyzwyczaić. ponad wszystkim jednak, nawet jeśli cały film utopić w beczce, zostaje muzyka, która gdzieś tam w najmniej oczekiwanych momentach włącza się w głowie. idziesz na przykład przez życie w nieposkromionym smutku i słyszysz: gdyby świat cały, obrósł w niebieskie migdały.

chłopiec z plasteliny

23 kwietnia 2012 (9 komentarzy)

[158] to chyba mamy wiosnę, bo już kolejny dzień ptaszki na drzewie za oknem drą swoje małe dzióbki od piątej i ani kroku dalej ze snem: wstaję, zalewam herbatę i odpalam kapelę at the drive in, żeby ptaszki zagłuszyć i – póki można – wiosnę trzymać na zewnątrz. z tym akurat nie ma na razie problemów, gdyż wiosna tej wiosny wygląda przeważnie jak radziecki thriller psychologiczny. tylko ptaszki zachowują się zgodnie z kalendarzem i same przed sobą udają, że wszystko jest w porządku.

tego ranka mieszkanie wygląda jakby wczoraj odbyło się tu wiejskie wesele. ubrania na meblach, talerze na ziemi, karton z mlekiem 2% i martwa dziwka na środku pokoju. można by odnieść wrażenie, że prowadzę aktywne życie towarzyskie, chociaż gdy zasypiałem, wszystko było na swoim miejscu. ubrania na ziemi, talerze na biurku, martwa dziwka w szafie. coś się musiało w nocy wydarzyć. najpierw pomyślałem, że to taki zabieg jak z horrorów: rzeczy przez sen układają się w burdel stosownie do burdelu w głowie i że jak pozbędę się wszystkiego, tak na wszelki wypadek, to może nie będzie z czego robić burdelu w przyszłości i umysł miałbym przestronniejszy. potem pomyślałem, że to jednak głupie i naiwne tak myśleć i takie paralele durne snuć, i martwą dziwkę z powrotem upchnąłem do szafy.

nowe zwyczaje

26 marca 2012 (28 komentarzy)

[157] jak się okazuje, posiadanie złamanej nogi to właściwie ciąg samych przyjemności. jeżeli oczywiście pominąć fakt, że nie możesz chodzić, a przy próbie poruszania się z miską rosołu dodatkowo ranisz się okrutnie, wylewając sobie i na dłoń, i okazjonalnie na stopę, której tak pieczołowicie strzeżesz. poza tym – jak mówię – same przyjemności. odwykłem od komunikacji miejskiej, czemu prawdopodobnie zawdzięczam lepsze samopoczucie i symboliczny wzrost sympatii wobec nieznajomych. znajomi z kolei troszczą się o mnie jak o misia, misiaczka swojego: przyjeżdżają autem, odwożą, a w knajpie zawsze ktoś ustąpi miejsca i z czystym uśmiechem na twarzy zapyta, czy czegoś nie potrzebuję, może na przykład drugiego krzesła pod nogę. żyję w iluzji społeczeństwa serdecznego i przyjaznego. nawet staruszki w drzwiach mnie przepuszczają, wyjątkiem jest może jedynie anda rottenberg, ale to taka początkująca staruszka, więc nie mam żalu. do tego mogę wreszcie bez poczucia winy, że należałoby inaczej – rozsądniej, zamawiać obiad przez telefon na koszt mojego banku i nie doświadczać przy tym ponurej refleksji, że co drugi dzień lekką ręką wydaję na hawajską z podwójnym ananasem, podczas gdy w istocie jestem przecież człowiek raczej ubogim. innymi słowy – napawam się własnym drobnomieszczaństwem, napawam się własnym lenistwem i z pewnym niepokojem konstatuję, że do końca gipsu zaledwie trzy tygodnie, wobec czego mam przynajmniej nadzieję, że rehabilitacja przebiegać będzie długo, opornie i z komplikacjami.

awaria

21 marca 2012 (16 komentarzy)

[156] najpierw była awaria. postanowiłem przenieść się z płatnego serwera na darmowy, no i się zaczęło – nie uporałem się z jedną pierdołą i za chwilę pojawiała kolejna, wobec czego roztropnie uznałem, że w obliczu piętrzących się zagadek oleję temat i poczekam, aż samo się naprawi. samo się nie naprawiło, pomógł mi kolega. blog od paru dni działa jak złoto, gorzej natomiast ze mną, gdyż ja w dalszym ciągu działam jak narkoman na głodzie. złamałem sobie nogę, co na początku było takim dość przyjemnym zdarzeniem, gdyż od razu pomyślałem, że w trakcje rekonwalescencji nadrobię wszystkie zaległości w kontaktach ze światem, wrócę do książki, odstawię alkohol, na nowo zacznę się zdrowo prowadzić, słowem – wróciła stara śpiewka. w chorobie jednak szybko zrozumiałem, że nic z tego, jestem beznadziejny. co więcej – egocentryzm mi się stępił, wobec czego przestałem nawet i tutaj bywać, na moim ukochanym blogasku, z którym krok w krok tyle lat przez życie szedłem. nie wiem, co to dalej będzie, może po prostu zaczekam, aż mi noga wróci do pełnej sprawności i wtedy właśnie. wtedy się na pewno zmienię.

krótki traktat o dojrzewaniu

10 lutego 2012 (14 komentarzy)

[155] trzydzieści. jakoś tego nie widzę.

pogwarki, część 8.

6 stycznia 2012 (45 komentarzy)

[154] drogi pamiętniczku, wczoraj był drugi najbrzydszy dzień roku. pierwszy był przedwczoraj, co zresztą nie jest takie trudne, skoro mamy dopiero szóstego. od tej ponurej scenografii wolałbym już chyba śnieg na każdej ulicy i dwadzieścia stopni na minusie, bo teraz nawet gdy idę na pocztę, chwyta mnie za serce jakaś niemoc, łapa bezradności mnie chwyta. miałem się wczoraj w końcu wyspać, odstawiłem alkohol, nie poszedłem na spotkanie z przyjaciółmi, powiedziałem: przyjdę i nie przyszedłem, i pewnie byłbym się wyspał, gdyby nie przyjaciółka, która wcześniej tego samego dnia napisała do mnie w liście, że właśnie wróciła od lekarza i wyniki mówią: nowotwór złośliwy. całą noc miałem z głowy, drogi pamiętniczku, po to tylko, aby nazajutrz o świcie dowiedzieć się, że wyniki wcale tak nie mówią i to tylko żarcik. tak czy inaczej – zostałem bez snu i nawet dziś, po nocy spokojnej jak pierwszy stycznia, budzę się jeszcze bardziej niewyspany niż wczoraj, gdy się kładłem. to dziwna reguła. powtarzam sobie, że nie wierzę w reguły, ale coraz mniej sobie ufam i znów popadam w konfuzję. tymczasem piszę książkę i nie wiem, kiedy skończę. być może z tej przyczyny sen mnie opuścił, być może z tej przyczyny idę na pocztę i chwyta mnie za serce jakaś łapa straszliwa. drogi pamiętniczku, gdybym miał wybierać, wybrałbym jak kazik: ciepłe kraje, z dala od wszystkiego. ale nie stać mnie na razie. jak mnie będzie stać w przyszłości, zaproszę najbliższych, z jednym może wyjątkiem: ciebie, drogi pamiętniczku, nie zaproszę.

dwie i pół godziny

15 grudnia 2011 (37 komentarzy)

[153] innym razem siedzę w kawiarni na spotkaniu autorskim. przesłuchiwany jest mój kolega wespół z innym człowiekiem. ten pierwszy napisał zbiór opowiadań, smutnych i bolesnych, po których nachodzi człowieka ochota, aby zaszyć się w głuszy jak ten chłopaczek z into the wild i już więcej nie wracać do ludzi. drugi natomiast – jak sam mówi – wymęczył powieść. w zeszłe wakacje. o dresiarzach.

książkę o dresiarzach czytałem przynajmniej jedną, wojnę polsko-ruską, która pozostawiła mnie bez słowa. dosłownie: w moim leksykonie nagle zabrakło wyrazów, składnia stała się anachroniczna, przestałem mówić. jakby mi ktoś spuścił metaforyczny wpierdol i język zawiązał na supeł. w ten sposób, już jako doświadczenie zbiorowe, wojna weszła do kanonu powieści – mówiąc w wielkim, krzywdzącym skrócie – o dresiarzach. weszła i właściwie z miejsca przeorała temat.

drugi autor chyba zupełnie o tym nie wiedział, bo zapytany, jak się przygotowywał do napisania swojej, odpowiada, że poczytał trochę fantastyki, ale wojny polsko-ruskiej jakoś w sumie nie. widział natomiast ekranizację tejże i średnio mu się podobała, więc książkę sobie raczej odpuści. tym bardziej, że napisał swoją, też – było, nie było – o dresiarzach, hehe. wielka szkoda, pomyślałem, ale to jeszcze nie był ten moment, w którym straciłem poczucie rzeczywistości.

ten moment przyszedł nieco później, kiedy do rozmowy włączyły się cztery słuchaczki, jak się okazało – koleżanki drugiego autora. owe cztery słuchaczki, reprezentantki pierwszego roku uczelni wyższej, dość skwapliwie korzystały z możliwości zabrania głosu. mówiły chętnie i długo, przede wszystkim zaś mówiły z żywym entuzjazmem, który od pewnego czasu w mojej prywatnej nomenklaturze nazywam psychiatrycznym.

mówiły o tym, jak nietuzinkowy jest dzisiejszy świat, pełen ciepła, małych radostek i odpowiedzialnej miłości, i że smutek – jeśli w ogóle się pojawia – z łatwością można przekuć w radość, a brak doświadczeń granicznych, bo i taki temat się przewinął, nie jest tak naprawdę żadnym brakiem. wtórował im drugi autor, który przyznał wprawdzie, że on na brak doświadczeń granicznych akurat nie narzeka (śmierć psa), ale ogólnie to też raczej widzi świat w różowych okularach.

liczba kalek językowych z minuty na minutę coraz wyraźniej przekraczała możliwości adaptacyjne zdrowego człowieka, więc mimo że nie palę – wyszedłem na papierosa. gdy wróciłem, cztery słuchaczki tłumaczyły pierwszemu autorowi, temu od smutnej książki, że pesymizm jest nakładką na oczy i że powinien sobie poczytać psychologa santorskiego. może dzięki temu jego następna książka (pierwszego autora, nie santorskiego) będzie bardziej radosna i one, cztery słuchaczki, reprezentantki pierwszego roku uczelni wyższej, przed którymi świat nie ma żadnych tajemnic, obiecują, że kupią, bo tej smutnej to raczej nie kupią.

spotkanie trwało dwie i pół godziny. siedziałem skonfundowany, podczas gdy różowa armata entuzjazmu wystrzeliwała kolejne zdania. nawet pancerzyk ironii opadł ze mnie jak popiół, byłem bezbronny.

poezja a kościół

5 grudnia 2011 (26 komentarzy)

[152] no i po trasie off_press, o czym mówię dopiero teraz, bo wcześniej robiłem pranie, a następnie pisaliśmy z jednym człowiekiem scenariusz do serialu. true story. w trakcie pisania okazało się, iż jestem do tego stopnia zabawny, że przez następne dni nie mogłem się pozbierać i zupełnie zapomniałem o blogu.

w każdym razie już po trasie. mimo że przez większość czasu pozostawałem trzeźwy jak szkło – było wybornie. gdyby wydawca ostatniego dnia zaproponował, abyśmy może pojeździli sobie po miastach jeszcze ze dwa tygodnie – odpowiedziałbym, że może faktycznie byśmy sobie jeszcze pojeździli.

nie dlatego, że witali nas jak papieża. tak naprawdę to nie witali nas jak papieża, bo papież jest tylko jeden i ciężko go pomylić z kimkolwiek innym, więc co najwyżej mogli nas witać jak kardynałów. ale nie witali nas też jak kardynałów, właściwie to sposób, w jaki nas witali, wcale nie przypominał sposobu, w jaki wita się kościelnych dygnitarzy, co jest akurat zrozumiałe, bo – z tego co się orientuję – żaden z nas, uczestników trasy, nie jest kościelnym dygnitarzem i z kościołem mamy tyle wspólnego co mercedesami, lecz mimo to chętnie – naprawdę chętnie pojeździlibyśmy sobie po miastach tak jeszcze ze dwa tygodnie lekko.

[edit: oficyna off_press ogłosiła konkurs, w którym do wygrania jest kilkanaście kilka książek vienna high life. wystarczy odpowiedzieć na pytanie. jakie to pytanie i gdzie należy słać odpowiedź - dowiedzieć się można tutaj. ołwa]

vienna high life, premiera

18 listopada 2011 (30 komentarzy)

[151] właśnie ukazała się angielska wersja mojej książki, czyli odcinania kuponów ciąg dalszy. tak naprawdę książka jest dwujęzyczna: obok angielskich tłumaczeń wiszą polskie oryginały, czyli dwa w jednym, czyli pewex. książkę najwygodniej zamówić przez stronę wydawcy, a więc tutaj, albo ewentualnie kupić gdzieś na trasie najbliższego tournee załogi off_press (szczegóły tutaj). książka – nie ukrywajmy tego dłużej – kosztuje pięć dych. dlaczego tylko pięć dych? nie wiem, moim zdaniem jest warta co najmniej sześć. poza tym została zszyta wg techniki japanese binding, co ma wymiar – tego też nie ukrywajmy – zdecydowanie kolekcjonerski, a do każdego egzemplarza wydawca dorzuca płytę z filmem o autorze. zaproponowałem, żeby zamiast filmu o mnie dorzucić die hard 1, ale wydawca powiedział, żebym się puknął w głowę. czyli że nie.

[edit: do użytkowników trójmiasta. jeżeli kogo najdzie taka ochota, pokusa nieodparta, to angielską wersję książki można zakupić także w sopockiej bookarni. wystarczy poprosić o mansztajna spod lady]

syndrom utrapienia

6 listopada 2011 (37 komentarzy)

[150] pytanie na dziś brzmi: co było przed internetem i czy coś w ogóle było? jak sięgam wstecz pamięcią, widzę zielone wzgórza afryki, dwupokojowe mieszkanie na gdańskim osiedlu i moją matkę, która suszy skarpety nad palnikiem w kuchni, a potem nagle jeb – druga klasa liceum, wiszę nad modemem us robotics 56kb/s, który albo się połączy, albo się nie połączy, i w głowie odmawiam pacierz. reszta jest historią.

przesadzam, ale tylko dlatego, że parę dni temu przeczytałem ten artykuł i wezbrała we mnie ciekawość (czy innymi słowy – podjarka we mnie wezbrała, napaliłem się jak trzynastolatek). w artykule bowiem stoi, że grupa hakerów planuje 5 listopada zepsuć fejsbuka, ten portal społecznościowy. 5 listopada był wczoraj, a więc najwyraźniej nic z tego, gdyż fejsbuk tryka jak trykał, nikomu nic się nie stało, końca świata nie było.

a szkoda. pomimo całej mojej sympatii, pomimo całej mojej psychiatrycznej niekiedy miłości, jaką darzę nowoczesne media, w które przy okazji doszczętnie się uwikłałem i wikłam coraz głębiej, pomimo tego wszystkiego – podjarka we mnie wzbiera na myśl o zaprzeszłych czasach, gdy zamiast 827 przyjaciół miałem zaledwie 5 z krwi i kości, z których każdy pytał o zdrowie i niekiedy podżyrował kasę. to są banalne refleksje starego człowieka, którego coraz częściej dotyka błogosławieństwo niepamięci i który zarazem coraz intensywniej stara się odtworzyć, jak podówczas radziliśmy sobie – cała nasza szóstka – z prawdziwym światem.

bez przesady, radziliśmy sobie.