pogwarki, część 8.

6 stycznia 2012 (45 komentarzy)

[154] drogi pamiętniczku, wczoraj był drugi najbrzydszy dzień roku. pierwszy był przedwczoraj, co zresztą nie jest takie trudne, skoro mamy dopiero szóstego. od tej ponurej scenografii wolałbym już chyba śnieg na każdej ulicy i dwadzieścia stopni na minusie, bo teraz nawet gdy idę na pocztę, chwyta mnie za serce jakaś niemoc, łapa bezradności mnie chwyta. miałem się wczoraj w końcu wyspać, odstawiłem alkohol, nie poszedłem na spotkanie z przyjaciółmi, powiedziałem: przyjdę i nie przyszedłem, i pewnie byłbym się wyspał, gdyby nie przyjaciółka, która wcześniej tego samego dnia napisała do mnie w liście, że właśnie wróciła od lekarza i wyniki mówią: nowotwór złośliwy. całą noc miałem z głowy, drogi pamiętniczku, po to tylko, aby nazajutrz o świcie dowiedzieć się, że wyniki wcale tak nie mówią i to tylko żarcik. tak czy inaczej – zostałem bez snu i nawet dziś, po nocy spokojnej jak pierwszy stycznia, budzę się jeszcze bardziej niewyspany niż wczoraj, gdy się kładłem. to dziwna reguła. powtarzam sobie, że nie wierzę w reguły, ale coraz mniej sobie ufam i znów popadam w konfuzję. tymczasem piszę książkę i nie wiem, kiedy skończę. być może z tej przyczyny sen mnie opuścił, być może z tej przyczyny idę na pocztę i chwyta mnie za serce jakaś łapa straszliwa. drogi pamiętniczku, gdybym miał wybierać, wybrałbym jak kazik: ciepłe kraje, z dala od wszystkiego. ale nie stać mnie na razie. jak mnie będzie stać w przyszłości, zaproszę najbliższych, z jednym może wyjątkiem: ciebie, drogi pamiętniczku, nie zaproszę.

dwie i pół godziny

15 grudnia 2011 (37 komentarzy)

[153] innym razem siedzę w kawiarni na spotkaniu autorskim. przesłuchiwany jest mój kolega wespół z innym człowiekiem. ten pierwszy napisał zbiór opowiadań, smutnych i bolesnych, po których nachodzi człowieka ochota, aby zaszyć się w głuszy jak ten chłopaczek z into the wild i już więcej nie wracać do ludzi. drugi natomiast – jak sam mówi – wymęczył powieść. w zeszłe wakacje. o dresiarzach.

książkę o dresiarzach czytałem przynajmniej jedną, wojnę polsko-ruską, która pozostawiła mnie bez słowa. dosłownie: w moim leksykonie nagle zabrakło wyrazów, składnia stała się anachroniczna, przestałem mówić. jakby mi ktoś spuścił metaforyczny wpierdol i język zawiązał na supeł. w ten sposób, już jako doświadczenie zbiorowe, wojna weszła do kanonu powieści – mówiąc w wielkim, krzywdzącym skrócie – o dresiarzach. weszła i właściwie z miejsca przeorała temat.

drugi autor chyba zupełnie o tym nie wiedział, bo zapytany, jak się przygotowywał do napisania swojej, odpowiada, że poczytał trochę fantastyki, ale wojny polsko-ruskiej jakoś w sumie nie. widział natomiast ekranizację tejże i średnio mu się podobała, więc książkę sobie raczej odpuści. tym bardziej, że napisał swoją, też – było, nie było – o dresiarzach, hehe. wielka szkoda, pomyślałem, ale to jeszcze nie był ten moment, w którym straciłem poczucie rzeczywistości.

ten moment przyszedł nieco później, kiedy do rozmowy włączyły się cztery słuchaczki, jak się okazało – koleżanki drugiego autora. owe cztery słuchaczki, reprezentantki pierwszego roku uczelni wyższej, dość skwapliwie korzystały z możliwości zabrania głosu. mówiły chętnie i długo, przede wszystkim zaś mówiły z żywym entuzjazmem, który od pewnego czasu w mojej prywatnej nomenklaturze nazywam psychiatrycznym.

mówiły o tym, jak nietuzinkowy jest dzisiejszy świat, pełen ciepła, małych radostek i odpowiedzialnej miłości, i że smutek – jeśli w ogóle się pojawia – z łatwością można przekuć w radość, a brak doświadczeń granicznych, bo i taki temat się przewinął, nie jest tak naprawdę żadnym brakiem. wtórował im drugi autor, który przyznał wprawdzie, że on na brak doświadczeń granicznych akurat nie narzeka (śmierć psa), ale ogólnie to też raczej widzi świat w różowych okularach.

liczba kalek językowych z minuty na minutę coraz wyraźniej przekraczała możliwości adaptacyjne zdrowego człowieka, więc mimo że nie palę – wyszedłem na papierosa. gdy wróciłem, cztery słuchaczki tłumaczyły pierwszemu autorowi, temu od smutnej książki, że pesymizm jest nakładką na oczy i że powinien sobie poczytać psychologa santorskiego. może dzięki temu jego następna książka (pierwszego autora, nie santorskiego) będzie bardziej radosna i one, cztery słuchaczki, reprezentantki pierwszego roku uczelni wyższej, przed którymi świat nie ma żadnych tajemnic, obiecują, że kupią, bo tej smutnej to raczej nie kupią.

spotkanie trwało dwie i pół godziny. siedziałem skonfundowany, podczas gdy różowa armata entuzjazmu wystrzeliwała kolejne zdania. nawet pancerzyk ironii opadł ze mnie jak popiół, byłem bezbronny.

poezja a kościół

5 grudnia 2011 (27 komentarzy)

[152] no i po trasie off_press, o czym mówię dopiero teraz, bo wcześniej robiłem pranie, a następnie pisaliśmy z jednym człowiekiem scenariusz do serialu. true story. w trakcie pisania okazało się, iż jestem do tego stopnia zabawny, że przez następne dni nie mogłem się pozbierać i zupełnie zapomniałem o blogu.

w każdym razie już po trasie. mimo że przez większość czasu pozostawałem trzeźwy jak szkło – było wybornie. gdyby wydawca ostatniego dnia zaproponował, abyśmy może pojeździli sobie po miastach jeszcze ze dwa tygodnie – odpowiedziałbym, że może faktycznie byśmy sobie jeszcze pojeździli.

nie dlatego, że witali nas jak papieża. tak naprawdę to nie witali nas jak papieża, bo papież jest tylko jeden i ciężko go pomylić z kimkolwiek innym, więc co najwyżej mogli nas witać jak kardynałów. ale nie witali nas też jak kardynałów, właściwie to sposób, w jaki nas witali, wcale nie przypominał sposobu, w jaki wita się kościelnych dygnitarzy, co jest akurat zrozumiałe, bo – z tego co się orientuję – żaden z nas, uczestników trasy, nie jest kościelnym dygnitarzem i z kościołem mamy tyle wspólnego co mercedesami, lecz mimo to chętnie – naprawdę chętnie pojeździlibyśmy sobie po miastach tak jeszcze ze dwa tygodnie lekko.

[edit: oficyna off_press ogłosiła konkurs, w którym do wygrania jest kilkanaście kilka książek vienna high life. wystarczy odpowiedzieć na pytanie. jakie to pytanie i gdzie należy słać odpowiedź - dowiedzieć się można tutaj. ołwa]

vienna high life, premiera

18 listopada 2011 (30 komentarzy)

[151] właśnie ukazała się angielska wersja mojej książki, czyli odcinania kuponów ciąg dalszy. tak naprawdę książka jest dwujęzyczna: obok angielskich tłumaczeń wiszą polskie oryginały, czyli dwa w jednym, czyli pewex. książkę najwygodniej zamówić przez stronę wydawcy, a więc tutaj, albo ewentualnie kupić gdzieś na trasie najbliższego tournée załogi off_press (szczegóły tutaj). książka – nie ukrywajmy tego dłużej – kosztuje pięć dych. dlaczego tylko pięć dych? nie wiem, moim zdaniem jest warta co najmniej sześć. poza tym została zszyta wg techniki japanese binding, co ma wymiar – tego też nie ukrywajmy – zdecydowanie kolekcjonerski, a do każdego egzemplarza wydawca dorzuca płytę z filmem o autorze. zaproponowałem, żeby zamiast filmu o mnie dorzucić die hard 1, ale wydawca powiedział, żebym się puknął w głowę. czyli że nie.

[edit: do użytkowników trójmiasta. jeżeli kogo najdzie taka ochota, pokusa nieodparta, to angielską wersję książki można zakupić także w sopockiej bookarni. wystarczy poprosić o mansztajna spod lady]

syndrom utrapienia

6 listopada 2011 (37 komentarzy)

[150] pytanie na dziś brzmi: co było przed internetem i czy coś w ogóle było? jak sięgam wstecz pamięcią, widzę zielone wzgórza afryki, dwupokojowe mieszkanie na gdańskim osiedlu i moją matkę, która suszy skarpety nad palnikiem w kuchni, a potem nagle jeb – druga klasa liceum, wiszę nad modemem us robotics 56kb/s, który albo się połączy, albo się nie połączy, i w głowie odmawiam pacierz. reszta jest historią.

przesadzam, ale tylko dlatego, że parę dni temu przeczytałem ten artykuł i wezbrała we mnie ciekawość (czy innymi słowy – podjarka we mnie wezbrała, napaliłem się jak trzynastolatek). w artykule bowiem stoi, że grupa hakerów planuje 5 listopada zepsuć fejsbuka, ten portal społecznościowy. 5 listopada był wczoraj, a więc najwyraźniej nic z tego, gdyż fejsbuk tryka jak trykał, nikomu nic się nie stało, końca świata nie było.

a szkoda. pomimo całej mojej sympatii, pomimo całej mojej psychiatrycznej niekiedy miłości, jaką darzę nowoczesne media, w które przy okazji doszczętnie się uwikłałem i wikłam coraz głębiej, pomimo tego wszystkiego – podjarka we mnie wzbiera na myśl o zaprzeszłych czasach, gdy zamiast 827 przyjaciół miałem zaledwie 5 z krwi i kości, z których każdy pytał o zdrowie i niekiedy podżyrował kasę. to są banalne refleksje starego człowieka, którego coraz częściej dotyka błogosławieństwo niepamięci i który zarazem coraz intensywniej stara się odtworzyć, jak podówczas radziliśmy sobie – cała nasza szóstka – z prawdziwym światem.

bez przesady, radziliśmy sobie.

priorytety

22 października 2011 (32 komentarzy)

[149] taka oto scenka: gdynia-redłowo, stacja kolejowa, okolice 18ej. nadjeżdża kolejka, ludzie ładują się do środka, a wśród nich dwóch dresików, z których jeden w ostatniej chwili postanawia na sekundę zawrócić do kiosku. wygląda, jakby właśnie sobie przypomniał, że zapomniał o czymś zajebiście ważnym. sekundy tykają, drugi dresik jest już w środku i trzyma pierwszemu drzwi, ale nie jest w stanie zatrzymać czasu, który w tych okolicznościach leci na mordę szybciej niż zwykle. pierwszy dresik biegnie paręnaście metrów i jakby od tego zależały losy jego najbliższej przyszłości, a może nawet i tej dalszej – krzyczy do okienka trzy proste słowa: korsarze! duże! szybko! *

*korsarz – drażetki kokosowe firmy skawa. w dwóch wersjach: tradycyjnej (70 gr) oraz xxl (130 gr).

nergal leci z tvp

14 października 2011 (41 komentarzy)

[148] wyrzucili nergala z telewizji. gdybym miał okazję, zapytałbym wprost: nergalu, ach, nergalu, dlaczego poszedłeś do telewizji w pierwszej kolejności? czy poletko satanisty, który stoi nad tym wszystkim z założonymi, tak jak lubisz, rękoma i kiwa głową jakby śledził piłeczkę tenisową podczas finału wielkiego szlema – czy to poletko okazało się zbyt czyste dla takiego świntucha jak ty? czy może chodziło wyłącznie o proste potrzeby – futra, kapelusze, diamenty, markowe swetry z peek&cloppenburg’a i najdroższe bułki w mcdonaldsie? ach, próżności ty moja, ten tylko się dowie, jak ważne są w życiu babilony, komu komornik położy tłustą łapę na dupsku, a drugą w tym samym czasie zacznie sobie rozpinać rozporek, podśpiewując swawolnie always look on the bright side of life. a teraz jeszcze odchodzisz, nergalu, w atmosferze skandalu żegnasz się z publicznością, osierociwszy tych wszystkich malutkich satanistów, wychowanych na twoim programie i porzuconych okrutnie tuż przed pubertacją. w imieniu ich i swoim muszę na koniec zapytać: czy planujesz teraz zagrać w filmie?

entuzjazm!

6 października 2011 (21 komentarzy)

[147] będzie krótko. entuzjazm w każdej postaci jest śmieszny. proszę sobie wyobrazić piłkarza po strzeleniu bramki: mimo że to widok na swój sposób niepowtarzalny, nierzadko wzruszający, to jednak facet cwałuje po trawniku, drąc ryja jak jeszcze nigdy w życiu ryja nie darł, żeby ostatecznie paść na ziemię w pozycji do misjonarza i zostać przysypanym przez równie rozdartych kolegów z drużyny.

ale właśnie jestem po lekturze najnowszej płyty kasabian (velociraptor!) i czuję się jak jeden z kolegów z drużyny. złośliwi mogliby powiedzieć, że jest na tej płycie wszystko poza samym kasabian: beatlesi (neon noon, la fee verte), led zeppelin (acid turkish bath), kraftwerk (i hear voices), u2 (switchblade smiles), a jeden numer w refrenie do złudzenia przypomina inny numer, którego autora ani tytułu nie pamiętam, ale na pewno się państwu skojarzy (man of a simple pleasures). tyle że to złośliwi – w rzeczywistości bowiem całość została tak dalece i doskonale przefiltrowana przez ichni młynek do mielenia mięsa, że nie mam więcej pytań. kasabian pozamiatał, nie słyszałem w tym roku niczego równie dobrego. w tamtym zresztą też nie.

ps. days are forgotten.

makaron

3 października 2011 (30 komentarzy)

[146] katalog ze spamem na blogu opróżniam ostatnio z większym żalem niż zwykle. zwykle przychodzą reklamy viagry albo serwisów typu big juicy asses, ewentualnie – ale to rzadziej – propozycje zabawy podwójnym dildo oraz całe plantacje krzaków z cyrulicy na kilkadziesiąt linijek, które nie wiem kogo i do czego miałyby namówić. ale od jakiegoś czasu zaczęły się pojawiać rzeczy miłe, proszę sobie wyobrazić, że otwieram katalog, a tam: splendidly done, jakobe! albo amazing site!, albo do it more often, i love it!, albo please don’t stop! wszystko to jest na tyle urocze, że zastanawiam się, czy nie zacząć odpisywać.

ale nie o tym miałem. raczej o czymś zupełnie innym, choć jeśli baczniej się przyjrzeć, można tutaj dostrzec analogię. o tym mianowicie, że idą wybory i poziom gówna w mediach dawno przekroczył stan alarmowy. nie chcę tutaj uderzać w seriozne tony, bo to ani miejsce, ani sam nie znajduję w sobie dostatecznej powagi, ale coś jest na rzeczy. siedzę z kumplami nad makaronem w knajpie, sami przytomni ludzie, można powiedzieć – kwiat polskiej inteligencji, ale w tym właściwym, pierwotnym znaczeniu: to znaczy ludzie, z którymi siedzę nad makaronem, nie dają sobie wcisnąć gówna w worku. rozmawiamy o polityce, że kogo interesuje krajowa polityka w warstwie innej niż humorystyczna, ten skazany jest na wieczne rozczarowanie, gdyż nie ma na wiejskiej respektu, nie ma respektu na wiejskiej. a pointa tego naszego nad makaronem siedzenia jest nieuchronna i bolesna, i daje się zamknąć w zdaniu, że już nam się nie chce: ani zaglądać do gazet, ani słuchać wystąpień, ani uczestniczyć w demokracji.

demokracja w tym smutnym jak urząd skarbowy kraju coraz mocniej i do znudzenia przypomina you can dance, ale bez tych wszystkich efektów dźwiękowych oraz petard. mimo że to żadna nowa tradycja, bo od zawsze głosuje się na kroki taneczne, to teraz żaden nie zada sobie nawet tego podstawowego trudu, aby wyjść na środek i odklepać formułkę z programu swojej partii. tak pro forma, z jakiejś tam podstawowej przyzwoitości. w zamian jedna smutna partia wypycha na plan pierwszy uśmiechnięte twarze, aby stworzyć wrażenie, iż jest w istocie partią uśmiechniętą, a druga, złożona z samych klaunów, wypycha na środek poważnych przedstawicieli inteligencji, aby stworzyć wrażenie, iż jest w istocie partią poważną i inteligencką. wszystkich natomiast zgodnie trawią: psychiatryczny entuzjazm, samouwielbienie i nieposkromiona arogancja, która już dawno przekroczyła stan alarmowy. kelner pyta, czy podać coś jeszcze, a my, że tylko rachunek, że można by oczywiście głębiej wejść w temat, można by w ogóle jakkolwiek w niego wejść, ale – jak się rzekło – już nam się nie chce. płacimy, wychodzimy, na koniec podchodzę jeszcze do baru i mówię: przepraszam, chciałem tylko dodać, że pierdolę, nie głosuję.

o wyższości pluszu nad gąbką

21 września 2011 (40 komentarzy)

[145] jesień. mimo że gdzieś tam w tle coś jeszcze majaczy, jakby słońce albo skrawek czystego nieba, to jednak jesień, panie. trupem ciągnie od morza, trupem ciągnie z głębi polski, a największym trupem ciągnie w moim mieszkaniu. jeśli chodzi o moje mieszkanie, nie ma w tym żadnej dodatkowej myśli, po prostu mam kostę na swoich 30 metrach kwadratowych. gdy jakimś cudem dobijam do 17 stopni, to tylko dlatego, że wykładzina zajęła się ogniem. już nawet pomyślałem, żeby ściany i sufit obić pluszem. gęstym, różowym pluszem, który trzymałby temperaturę w ryzach. albo chociaż specjalną gąbką. niedawno byłem w radio uwm i tam w pomieszczeniu z mikrofonami mają całą ścianę z gąbki. a żeby było zabawniej – gąbka wygląda jak wybita ostrzami dzidy. w sensie grotami. ale to przecież gąbka, więc ani gardła sobie nie poderżniesz, ani to specjalnie ciepłe. w każdym razie jesień, panie, dodatkowa wrażliwość przeszła w tryb mode on i tylko praca mogłaby być ratunkiem. mogłaby, gdybym miał inną pracę. zwykle przecież na tym to polega: zatracić się w papierach, aby nie komunikować z melancholią, która w głowie rozkłada sobie łóżko polowe. wiadomo: pracujesz – mniej myślisz, mniej czujesz, cały jesteś mniej. ale w przypadku pisarza sytuacja wygląda na odwrót: na tym właśnie polega sztuczka, aby babrać się w melancholii jak świnia w kałuży, jak karaś w mulistym dnie stawu. dlatego jeśli zatracić się, to przede wszystkim w smutku, pójść z melancholią do łóżka. ale coś za coś, nie można mieć wszystkiego, z czegoś trzeba zrezygnować. na początek może z gąbki na rzecz różowego pluszu, bo jakoś jej w tym burdelu nie widzę.