pogwarki, cz. 3 - o nowym kulcie

14 listopada 2009

[79] nowa płyta kultu to zagadka. muzycznie nie ma się do czego przyczepić, to znaczy być może jest do czego, ale kogo to obchodzi, skoro słucha się pysznie. pyszne są i sekcja dęta, i perkusja, i gitara prowadząca. jakiś półprzytomny gryzipiórek z polityki napisał w internecie, że tak jak dobrze się nowa płyta kultu zaczęła, tak nie starczyło energii na drugą połowę. ja bym powiedział, że tak jak się dobrze zaczęła, tak w drugiej połowie jest jeszcze lepsza, albowiem poza walorem muzycznym (skazani, to nie kraj moich snów czy karinga) pojawia się ciekawy element sentymentalny (jak choćby w kiedy ucichną działa albo podejdź tu proszę). rzeczoną zagadkę stanowi natomiast warstwa liryczna, albowiem kazikowi najwyraźniej nie do końca się chciało, toteż nierzadko idzie ów na skróty: pojawiają się liczne powtórzenia (jakby z braku lepszego pomysłu) czy incydentalna anemia i mętność znaczeniowa. zagadka polega na tym: czy rozprężył się nadto kazik w obszarze języka jako takiego i za bardzo popuścił cugli, czy może hiszpańskie powietrze rozleniwia i nie ma komu nad biurkiem ślęczeć, czy otóż właśnie jedno i drugie? oczywiście nie dramatyzuję, jest hurra! najlepszą płytą kultu od długiego czasu, a są momenty (i nie są to momenty rzadkie), gdy doprawdy jest wybornie jak za starych, dobrych. stare, dobre zresztą wcale nie są takie odległe, o czym niech zaświadczą choćby ten albo ten numer. ach, kurwa.

z ostatniego momentu

12 października 2009

(drodzy państwo, na wirtualnej polsce ukazał się dzisiaj wywiad, w którym zabieram głos. wywiad dotyczy m.in. kwartalnika korespondencja z ojcem, to jest gazety, przy której robię i której najnowszy numer od dnia dzisiejszego dostępny jest w empikach. państwa uwadze szczególnie polecam jednak nie sam wywiad, ale komentarze pod wywiadem. w zasadzie wszystkie są świetne*. całość do przeczytania tutaj)

*jeślibym jednak miał wybrać lidera, postawiłbym na wypowiedź niejakiego ubu, który mówi: POLSKĘ JUŻ COFNĘLIŚCIE O SETKI LAT W ROZWOJU PIEPRZONE PEJSATE OSZOŁOMY. ALE NARÓD SIĘ OBUDZI BO JEST “JAK LAWA ZEWNĄTRZ CUCHNĄCA PLUGAWA WEWNĄTRZ GORĄCA WRZĄCA CZYSZCZĄCA …..

pogwarki, cz. 2 - o nagrodach

10 października 2009

[78] tadek dąbrowski dostał nagrodę kościelskich. to fajne, tutaj podpiszę się pod czerskim, który powiedział Bardzo mnie ta wiadomosc ucieszyla: nie tylko ze wzgledow towarzyskich, ale i z uwagi na olbrzymi szacunek, jaki mam dla poezji Tadeusza i konsekwencji, z jaka podaza obrana droga. cieszę się, gratuluję i kibicuję dalej. tymi samymi słowy skomentowałbym nike dla tkaczyszyna-dyckiego. wprawdzie najnowszej książki dyckiego jeszcze nie czytałem, ale przy całej mojej podejrzliwości wobec książek, których nie czytałem, nie sądzę, aby ta miała być chujowa, tym bardziej, że jedenaście poprzednich to poezja czystej wody. takoż cieszę się, gratuluję i kibicuję dalej.

o nagrodzie dla obamy mógłbym opowiadać godzinami, dlatego nawet nie będę zaczynał. powiem tylko krótko: nobel to kurwa.

nowa korespondencja, poznań, dragon, 20:00

2 października 2009

(dziś, czyli 2 pazia 2009 roku w poznańskim klubie dragon odbędzie się spotkanie z redakcją kwartalnika korespondencja z ojcem. w trakcie spotkania redaktorzy korespondencji porozmawiają o idei, jaka leży u podłoża pisma, a także aktualnej kondycji dróg i literatury w polsce. po spotkaniu odbędzie się slam poetycki z nagrodą główną wynoszącą 200 pln. start o 20:00)

pogwarki, cz. 1 - o narkotykach

27 września 2009

[77] ken kesey powiedział, że byłby nie napisał lotu nad kukułczym, gdyby regularnie nie kurzył haszu, ale przede wszystkim nie łykał lsd. to samo o swoich książkach powiedzieli burroughs, leary i ginsberg. ciekaw jestem, czy stefan chwin podczas pisania hanemanna też przypadkiem nie kopcił zioła, chociaż jak na chwina patrzę, mijając go niekiedy w pasażu dworcowym, to naprawdę nie wydaje mi się. swoją drogą, jak już jesteśmy przy chwinie, to należałoby przejść do huellego, a od huellego do basi piórkowskiej, która powiedziała niedawno, że książki o gdańsku to są książki zawsze pełne historii powszechnej - jak nie historii drugiej wojny światowej, to przynajmniej historii komunizmu i jego upadku, co w niej najwidoczniej wzbudza pewien sprzeciw, albowiem postanowiła napisać książkę o gdańsku, w której niemcy po raz pierwszy nie będą strzelać do polaków. to jest fajne, książka być może ukaże się jeszcze w tym roku, chociaż basia mówi, że być może w tym roku właśnie się raczej nie ukaże i ukaże na początku kolejnego. nie sądzę jednakoż, aby basia brała lsd, co w jej przypadku - mam wrażenie - nie będzie konieczne do tego, aby książka była dobra.

w nawiązaniu do notki poniżej

20 września 2009

[76] a dokładnie w odpowiedzi na recenzję w telewizorze - kilka sprostowań: 1) nie jestem już takim aktywnym blogerem, jakim chciałbym być. mam nadzieję, że za jakiś czas ostatecznie odgruzuję się i wrócę do formy, ale jeszcze nie dziś, nie jutro; 2) cykl z siwym niewiele ma wspólnego - tak sądzę - z estetyką wierszy marcina świetlickiego, którego lubię, ale z którego wyrosłem wraz z wejściem w pełnoletność. siwy to jest koncept niepowiązany, oderwany, a że przebija przezeń melancholia i tęsknota za minionym, to to jeszcze za mało, żeby mówić o pokrewieństwie ze świetlickim. poza tym świetlicki udaje, a ja przeciwnie; 3) i mansztajn, nie majnsztajn, jak się tam komuś raz czy drugi powiedziało.

poza tym fajnie, celnie, bez zbędnej dramaturgii.

z frontu

9 września 2009

[75] podobno w najbliższy wtorek na tvp kultura powiedzą coś o “wiedeńskim high life’ie”. nie wiem, na ile to prawda, a na ile próba stworzenia zamieszania wokół stacji, ale taką wiadomość otrzymałem i zamierzam ją sprawdzić (dla zainteresowanych: 15 września, godz. 1830, program “czytelnia”).

z innej beczki - w ostatnim czasie wpadłem do jeziora bez dna, ale rychło się wygramoliłem. spłonął mi bowiem komputer typu notebook, z którym byłem poważnie zakumplowany, i z prochu nie chciał powstać. człowiek z moimi przyzwyczajeniami nie jest w stanie funkcjonować bez komputera dłużej niż 72 godziny, dlatego jąłem poważnie myśleć o dwumiesięcznych warsztatach zen w beskidach, żeby nie oszaleć. później pomyślałem, że skoro przyznaję, że mam problem, to może powinienem pojechać do davos na wypoczynek połączony z terapią. zaskakującym zrządzeniem losu nazajutrz znalazłem w szufladzie nówkę sony vaio i och, kurwa - pomyślałem ciepło - do diabła z leczeniem.

wizytówka od kolegi, którego nie widziałem 30 lat

7 sierpnia 2009

[74] w chwilach zadumy niezmiennie milczę. kolega, którego nie widziałem 30 lat, powiedział - cytuję - że nikt mi teraz nie przypierdoli z komentarza, ponieważ wydałem niezłą książkę. nic nie odpowiedziałem i jedynie zadumałem się nieco, chociaż język podpowiadał: gdy najdzie ochota na przypierdolenie z komentarza, powód to jest akurat najmniejszy problem. dopiliśmy po szklance soku z kartonu i ów na końcu wręczył mi talizman, białą wizytówkę z czarnym jak smoła napisem jebać policję i zarząd pzpn. do teraz nie wiem, co o tym myśleć

razy trzy

26 lipca 2009

[73] od wczoraj dzienna liczba odwiedzin na tym blogu potroiła się i teraz nie wiem, czy to kwestia tego, że nagle stałem się ciekawszy, czy tego, że mój tekst został wydrukowany we wyborczej, czy może tego, że nagle stałem się ciekawszy i przy okazji mój tekst został wydrukowany we wyborczej. tak czy inaczej, próbując jakoś się tutaj odgruzować i zważywszy na te dodatkowe dwieście procent, mówię to państwu, mimo iż poza pochwaleniem się nie mam specjalnego powodu

pro tour golf

24 lipca 2009

[72] taki miałem niedawno sen: godzina wieczorna, jesteśmy ze szczepanem kopytem w hangarze wielkim jak katedra notre dame w paryżu. hangar jest opuszczony i zdruzgotany. szczepan siedzi na plastikowej skrzynce na piwo i ostrzy patyk, ja stoję z boku i rzucam kamieniami w resztki szyb w oknach. co jakiś czas słychać trafienie. na ziemi leży czarna, podłużna torba przypominająca plastikowy worek na zwłoki. w pewnym momencie szczepan podnosi patyk w górę i przez kilka sekund przygląda mu się uważnie, aż wreszcie kwituje: “dobra, jest”. podnoszę plastikowy worek na zwłoki, szczepan wbija zaostrzony patyk w gruzowatą ziemię, ja wyciągam z worka dwa kije do golfa (zdaje się, że drivery), szczepan z kieszeni wyjmuje kilka piłeczek i mówi: “yo, to gramy”