trzeci raz, do trzech razy

18 czerwca 2017

[241] kochany pamiętniczku, chwilę mnie nie było, a tu w życiu zaszły zmiany, o których nie można dłużej milczeć. zaczęło się od tego, że w maju, tym samym, w którym jeszcze do niedawna gęsto śnieg padał i ludzie dziękowali własnej opieszałości, że nie zdążyli wymienić opon na letnie, w tym samym maju, pamiętniczku, miałem rozpocząć w warszawie pracę. taką pracę, która życie do góry dupą wywraca, co w moim przypadku oznacza mniej więcej tyle, że trzeba by pracować więcej niż mam w zwyczaju. nie dlatego taki zwyczaj, że leniwą jestem pandą, ale – jak powiedział ktoś kiedyś przy podobnej zapewne okazji – w życiu ważne są proporcje. tymczasem projekt miał pożreć większość tygodnia i sporą część świętego weekendu, wobec czego najpierw struchlały mocno byłem i z życzliwością wypatrywałem końca polski i końca świata w ogóle, ale zgodnie z radą mądrej pani, aby wychodzić ze strefy komfortu częściej niż tylko na czas proszonego obiadu, postanowiłem ostatecznie pójść w tę torturę jak w ogień. człowiek, pamiętniczku, najzapalczywiej broni się przed nowym, a później zwykle jest mu głupio. w trakcie tygodni żmudnych przygotowań zaczęła się we mnie rodzić wobec przyszłej tortury żarliwa sympatia. ale tu rzecz przyjęła nieoczekiwany obrót i za pięć dwunasta projekt został – jak to się mówi w biznesowych kręgach – postponowany. na jesień. o czym dowiedziałem, wjeżdżając triumfalnie do warszawy na swoim złotym rumaku 1.6 litra. załadowanym słoikami po sufit jak cygański tabor. pół godziny przed podpisaniem umowy najmu na moje nowe mokotowskie gniazdko. nie powiem, pamiętniczku, żebym się wówczas ucieszył.

tego dnia wypiłem już tylko herbatę i poszedłem spać. a rano pomyślałem, głową już swoja odzyskaną, że świat rzeczywiście lubi niekiedy odpierdolić manianę, taki już świata zasrany urok, ale skoro rzekło się a, to może wbrew złośliwościom losu należy powiedzieć b, i poszedłem, jak w ten ogień wcześniej, na spotkanie z panią wandą, właścicielką mokotowskiego gniazdka, i rzekłem: nie ma pracy, pani wando, postponowana, i to się w ogóle nie kalkuluje, ale tu jest umowa, tu jest kaucja, a tu są moje rzeczy. tym oto sposobem po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch lat przeprowadziłem się do warszawy. tym razem nie dla kobiety, nie dla pracy, nie dla gór złotych. żyję sobie tutaj czwarty tydzień. życiem rozpiętym między krnąbrną sztuką pewnego chorwata a zakupami w biedronce, między koncertem wąsatego chłopca o imieniu taco a wycieczką do ikei w poszukiwaniu łyżeczek i deski do krojenia. miałem pisać i piszę. miałem wychodzić, wychodzę. miałem też wreszcie pobyć sam i jestem. na obcej ziemi, w nowym mieszkaniu, próbując zdeszyfrować tajemnicze komunikaty wyświetlane na pralce. co ona do mnie mówi, to ja w ogóle nic. ale nie pali się przecież, mamy, praleczko, czas.

liczba komentarzy: 18

  • Anonim napisał(a):

    Pierwsza! Ps. Ściskam

  • K napisał(a):

    byłeś na „klątwie”? ja też, ja też.

  • Pat napisał(a):

    Ktora trasa jezdzisz to sobie zrobilbym zdjecie? :)

  • Matula napisał(a):

    Myślę, że takie rzeczy to się tylko Tobie zdarzać mogą…
    Nie wiem co piszesz, ale doskonale wpisujesz się w nurt kulturowy – ludzie nie chcą czytać poezji zatem jesteś na bardzo dobrej drodze twórczej w tej samotni między biedronką a łazienką (polecam google/grafika i instrukcje ;).
    Oby tylko wraz z pierwszym kluczem na niebie nie bylo tak, że sprawy przybiorą jeszcze inszy obrót i jak Tkaczyszyn-Dycki będziesz zawodził „Jesień już Panie, a ja nie mam domu” :)))

  • Ola napisał(a):

    Zastanawiam się na co bardziej czekam, na tekst Jakobe czy na komentarze..

  • A. napisał(a):

    My się tu zamartwiamy, a Ty po prostu stawiasz czoła przygodzie! Take your time.

  • samsara napisał(a):

    co to za sztuka i co to za chorwat? z perspektywy czasu i własnych doświadczeń wiem, że takie sytuacje w życiu zdarzają się po coś. Bóg zawsze ma dla nas plan, ale od nas zależy czy dobrze go odczytamy i wykorzystamy szanse, które nam daje. myślę, że dobrze zrobiłeś nie rezygnując z mieszkania. ps. ja uwielbiam Warszawę, lubię taco, jego rapy i wizerunek, a h&m dworzec razem z nocnym marketem to super sprawa.

  • Matula napisał(a):

    Ha! Boży plan :)) Żeby w ogóle to ogarnąć, to trzeba wierzyć i ufać. Zatem Jakobe, może Pan Bóg daje Tobie czas na całodobowe odmawianie różańca? W filmie dokumentalnym „Teraz i w godzinę śmierci” (polecam) kobiety ukrywające się w toalecie przed Boko Haram odmawiały 27 różańców dziennie… Ty może zacznij od Nowenny Pompejańskiej :), to tylko trzy różańce dziennie i 54 dni więc jakoś lato zleci. A Pan Bóg na pewno wynagrodzi, na 100% :))

    masz moje błogosławieństwo, synu ;)

    PS. @OLA
    bez zastanowienia NA PEWNO tekst Jakobe najważniejszy jest

  • . napisał(a):

    Czas na modlitwy jest na emeryturze. Teraz należy żyć. :) Niech Ci się poskłada wszystko w sensowną całość Jakobe.

  • Matula napisał(a):

    Polemizowalabym z ta emerytura, mozna przeciez nie dozyc :)
    A wiadomo, ze sobie troche dworujemy z pana poety, tudziez zycia Jakobe, ale w moim wypadku trzymajac przy tym kciuki (i rozaniec w dloni:)))

  • Ania D. napisał(a):

    Jako że udzielam się w tym zżytym gronie po raz pierwszy, pragnę się najpierw przywitać: dzień dobry. (I z rozpędu przechylić bruderszaft.)

    Trafiłam na Twojego bloga przypadkiem kilka tygodni temu, przeczytałam posty od początku roku i uśmiechnęłam się pod nosem (uśmiechem analogicznym), wspominając historię, która przydarzyła się nieopierzonej wersji mnie sprzed dwunastu lat. Nie kobieta to była ;-) i nie Warszawa, ale pralka owszem…! I cała reszta tak podobna, w tym (zwłaszcza?) emocje. Dlatego pozwolę sobie na wypowiedź w tonie „znam się”.

    To w tamtym czasie uwierzyłam w teorię baniek mydlanych (którą interpretuję nieco inaczej, nieco optymistyczniej), przekonałam się też, jak boli przeskok z jednej do drugiej. Ale po upływie dekady z okładem, rozparta wygodnie w obecnej bańce, w odkrytym właśnie wtedy swoim miejscu na ziemi, odczuwam przede wszystkim wdzięczność za tamte doświadczenia i przyspieszony kurs dorastania. To nie był złośliwy chichot losu, jak wtedy myślałam, tylko kamień węgielny pod przyszłą-obecną mnie, z którą blisko się przyjaźnię, wręcz jestem za pan brat.

    Na zakończenie 24-letnia ja łączy się w bólu, a 36-letnia już tylko życzy cierpliwości i otwartych oczu, bo wie, że i tak będzie dobrze. I zagania do pisania, bo wie z autopsji jeszcze jedno: że to właśnie w takich dziwnych okresach powstają najlepsze rzeczy.

    Pozdrawiam lipcowo,
    Ania

  • samsara napisał(a):

    to może, w przypływie tej ciszy na blogu rzucimy ulubionymi (o ile można to tak nazwać) fragmentami pośród tych smutnych wierszy? ja lubie ten o porankach i poniedziałku, ale też ten: „tutaj, w gdańsku, sprawy mają się tak: nic nie jest
    na swoim miejscu, wszystko jest gdzie indziej.
    nie ma cię kolejny miesiąc, kolejny miesiąc
    przewala się po mnie jak czołg. podobno była wojna,
    podobno rozstrzelano wszystkie ucieczki.
    miałem ci napisać, że już w porządku. dużo wychodzę,
    powoli wracam do siebie. próbuję odespać,
    tylko ten wiecznie cieknący kran jest za głośno”

  • Matula napisał(a):

    Jakobe, można sobie Ciebie oglądać i słuchać, ale może byś się jednak trochę pozwierzał pamiętniczkowi, co tam tak naprawdę u Ciebie? Poza przygodami z parkingami i wydawaniem jakże ciężko zarobionymi na spotkaniach autorskich pieniążkami :))

  • Matula napisał(a):

    *chyba niestylistycznie to napisałam i bez przecinków, ale późno już i normalnie matule już śpią, ale dzisiaj za gorąco i szewndają się po nieswoich blogach

  • OLA napisał(a):

    WIERSZ O WCHODZENIU DO WODY

    tramwaje prężą się w słońcu jak anteny na dachu,
    ciężkie, nieporęczne ciała kloszardów nurkują
    w chłodnych bramach, gdzie zostaną do wieczora,
    a rankiem na trawie pod kościołem znajdą ich,
    zapitych na dobre. chude mateczki ciągną siatki
    z zakupami, cały boży świat upchany w reklamówki.
    dzieci dzieciom podstawiają haki, ulice krwawią
    samochodami. parkingi, ryneczki, place zabaw
    są jak skotłowane prześcieradło, słońce jak wielki
    czerwony lizak, którego nie da się zlizać z horyzontu.
    dzieci sprawdzają językiem i dmuchają w rozbite
    kolana, mateczki donoszą ofiarę. kloszardzi
    powoli odpływają w wiecznie chłodnych bramach,
    cały boży świat upychany w plastikowe worki.

    Jak to czytam to odzyskuję wiarę w teleportację ;)
    Możliwość bycia w innej rzeczywistości i czucia jak tam jest.

  • tratamtatam napisał(a):

    Ty tutaj Jakobe nie postponuj tylko pisz gościu pisz bo się dobrze czyta :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.