jakobe mansztajn: stała próba bloga

grypa, dzień 8.

[208] takie chorowanie nie powinno mieć miejsca. idzie polopiryna, tiru riru, ale chuja pomaga, idzie zestaw kolorowych tabletek, tiru riru, niektóre brane w pakiecie dwóch naraz, niektóre rozpuszczalne, inne w dozownikach, flakonikach, zraszaczach jamy ustnej, kompresach wchłanianych przez skórę, ale nadal zero, w ciele bez zmian, tiru riru. pozostaje dziura w brzuchu, kula w głowie, gwoździe w oczach, w plecach nóż i trzydzieści dziewięć kilo na barkach, że taki ciężar, taka niedogodność kinetyczna, kiedy próbujesz zejść z łóżka i doczłapać się do czajnika w drugim pokoju, aby zalać szałwię. a mówimy zaledwie o grypie. taka grypa to jest przecież pikuś, drobny psikus świata wirusów, splunięcie przez zęby, a proszę bardzo – człowiek nie do poznania, niczym aspirujący nieboszczyk ledwo potrafi palcem kiwnąć, zatoczyć koło wzrokiem, odkaszlnąć bez wybuchania sobie głowy. ledwo się potrafi przetoczyć taki pacjent przez mieszkanie do czajnika i zalać tę jebaną szałwię, w którą uwierzył jak w święty obrazek. zaprawdę wielce jest to komiczne w swojej prozaicznej destrukcyjności, ale są i profity. pisanie jeszcze nigdy nie było takie łatwe i przyjemne. przesadziłem. przyjemne to jest walenie gruchy, pisanie raczej zawsze przypomina płukanie żołądka, a mam porównanie, kiedyś schrupałem naraz trzy listki relanium. za to łatwiej jest na pewno. nie bez znaczenia wydaje się towarzystwo majaków, ogólna maligna i spowodowane działaniem pseudoefedryny objawienia w postaci leśnych stworów albo wielkiego, białego królika, tiru riru, ogólnie rzecz biorąc – opuszczona garda systemu poznawczego. taka opuszczona garda oznacza swobodny potok lejący się z mózgu, oznacza brak semaforów na jezdni i wyobraźnię elastyczną jak lalka barbie. cudownie tak w chorobie powykręcać lalce barbie ręce oraz nogi, oraz oderwać łeb. a kiedy później, w krótkich chwilach odpoczynku od tego całego gówna, czytasz na głos, co napisałeś, a dodać należy, że głos twój zrobiony jest obecnie z piasku i łupinek orzecha i głośne czytanie niekoniecznie robi tekstowi lepiej – kiedy więc w tych krótkich chwilach ozdrowienia rzęzisz swój tekst wylany prosto z głowy płonącej jak żyrafa, nie pozostaje nic innego, jak bezbrzeżnie zachwycić się witkacym i jego talentem składania myśli na pełnej bombie, albowiem teksty twoje pisane w malignie, jakkolwiek urocze, głuptasie, ulepione są z tego samego budyniu, z którego ulepiony w chorobie jest twój mózg. śmietankowego. w każdym razie, tiru riru, nadal świetnie się bawię.

Categories: Bez kategorii

poeta robi podejście do wiersza o miłości » « warszawa, środek nocy

56 Comments

  1. kolego, zdrowia

  2. to powyżej natomiast wyśmienite

  3. ale oczywiście wracaj do zdrowia. ja też kicham, prycham, ale trzymam się jeszcze z dala od tabletek, walczę miodem, cytryną i czosnkiem

  4. Gosia Kraszewska-Hombre

    20/02/2014 — 09:12

    “ledwo się potrafi przetoczyć taki pacjent przez mieszkanie do czajnika i zalać tę jebaną szałwię, w którą uwierzył jak w święty obrazek.” – najlepsze, widać to i czuć. życząc zdrowia polecam jedyny skuteczny lek na wszystko – syrop z cebuli.

  5. nie mówili na biologii, że relanium to roślina trująca?

  6. Łączę się w bólu. U mnie dzień 5. Jem czosnek.

  7. Baron von Mausen

    20/02/2014 — 11:36

    “odkaszlnąć bez wybuchania sobie głowy”. Chory nie chory, zajebiście się to czyta.

  8. dużo zdrowia panie poeto. albo zabawy. albo jednak zdrowia.

  9. kocham cie

  10. zadnego zdrowia, zadnego przesilenia, niech zdycha i pisze!
    W koncu natura wygra, albo ona, albo autor. W zyciu potrzebne sa kryzysy. Zeby sie potem czulo pelna piersia stan normalny.

  11. brat ma racje

  12. przepraszam, jakobe

  13. trzeźwość i “zdrowość” to stany błogosławione, podobnie jak ciąża i zakochanie. ;) Ty się lepiej Jakobe wylecz, ewentualnie możesz się zakochać i wtedy pisz. panien masz do wyboru.

  14. PS. tiru riru – slyszalem na wlasne uszy, to synonim gandzi

  15. piąte złoto Polaków

  16. zapomniałem

    21/02/2014 — 17:02

    szybkiego powrotu do zdrowia. ps. w zeszłym roku miałem z 2 miesiące walczenia z taką grypą, oby ci poszło szybciej (chyba że planujesz pokonkurować ze stephenem kingiem).

  17. Jakobe- ojej, czyli teraz masz wesołą dyskotekę z pigułkami i syropami. Życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia, kto lubi gorączkę albo ciągłe eksplozje głowy, chociaż, przynajmniej ja tak mam, że jak najgorsza maligna minie, to miło jest poleżeć, popląsać wzrokiem po suficie, pooglądać uważnie paznokcie, i tak przez parę albo parenaście dni. I wszyscy są wtedy dla ciebie tacy mili.
    Jeszcze w paru słowach- w poprzednim wpisie polecałeś “przełamując fale”- obejrzałam sobie, nawet jakiś czas temu nosiłam się ze szlachetnym zamiarem obejrzenia tego filmu, ale na zamiarze się skończyło. Jeżeli chodzi o atmosferę filmu- czyli surowość krajobrazu, surowe oblicza członków tamtejszej społeczności, dobijająca perspektywa bycia skazanym na dożywotnie leżenie w łóżku w ciasnym pokoiku, w ogóle w miejscu , mam wrażenie, gdzie zawsze panuje zima i rzadko kto jest wesoły, no i to całe puszczanie się Bess- to wszystko raczej nie moja czapka, chociaż chyba Twoja, bo dużo chyba w tym atmosfery opresyjności. Chociaż bardzo podobał mi się ten motyw, że Bess umiera, a jej mąż cudem przeżywa, a potem nawet zaczyna chodzić. No i te jej rozmowy z bogiem, i ta scena w łódce, kiedy tak się cieszy że bóg znowu z nią rozmawia- ściska za serce. Więc ogólnie, mimo całej niewesołej atmosfery, film mam wrażenie, ma wydźwięk pozytywny, bardzo lubię silne pozytywy w filmie, bo jak jest za bardzo opresyjnie to czasami do końca dnia nie mogę wyplątać się z tych opresji. Koniec końców- bardzo dobry film, ale nie moja atmosfera, więc ja jestem poza pierwszą setką miłośników von triera, chociaż jeżeli jesteś w pierwszej setce to w Polsce wypada że łapiesz się tak na pierwszą trójkę, to i tak duży prestiż:)
    Czy ktoś jeszcze oglądał “przełamując fale”? Jak wrażenia?

  18. Jeszcze raz życzę zdrowią Jakobe, ja też jestem teraz trochę chora- ale idzie wiosna, jeszcze będzie pięknie:)

  19. krufka, widziałam film i bardzo lubię. ogólnie też mój klimat. kiedy mówimy o duszności i opresyjności momentalnie widzę takie obrazy jak “maratończyk”, “motyl i skafander” i mój numer jeden wszechczasów czyli “12 gniewnych ludzi”. kurcze, może dlatego tak lubię tu siedzieć;]
    zo, nie dotarłam jeszcze do kina:/

  20. Caviale- hm, no właśnie, tu nie ma argumentów, po prostu kto co lubi. Wiesz, mam też tak że dobre filmy przeżywam jeszcze przez min 4 godziny, ale najczęściej dopóki w nocy nie zasnę. I jak się zdarzy taka siekiera emocjonalna, film dobry i mocny w przekazie, a w przypadku “przełamując fale” dodajmy te wszystkie sympatyczne elementy które wymieniłam w poprzednim komentarzu- to chodzę w żałobie do końca dnia. A że mam tendencje do ładowania się w kłopoty to hmm… mówisz- “12 gniewnych ludzi”? Hehe, oczywiście żartuję, jestem rozważna i już np. nie oglądam horrorów żeby się oszczędzić:) Ale ciągnie mnie do dobrych filmów, i jeżeli tak gorąco rekomendujesz to może się skuszę. I obejrzę przed pójściem spać, żeby zaoszczędzić sobie emocjonalnych cierpień:)
    I dobrze, że jest to blog filmowy, bez krępacji możemy sobie tutaj dyskutować o dobrych filmach.
    I jeszcze zauważyłam że używam polskich znaków- co za elegancki bon ton z mojej strony- jakoś nie mogę się przyzwyczaić do swobody na tym blogu i puścić gumę w majtkach. Będę nad tym usilnie pracowała, postawię sobie to za cel i jakoś tą swobodę sobie wypracuję.

  21. ty, kubo, popaprany jesteś nieźle.
    a “wybucham sobie głowę” robi robotę.

  22. dziękuję, wygląda na to, że to nie jest mój czas jeszcze. powoli odzyskuje równowagę, zacząłem się z powrotem uśmiechać, jeść jabłka. oczywiście skorzystałem ze wszystkich porad, o jakich państwo tutaj napisali: wypiłem co najmniej pół litra syropu z cebuli, w posiłkach regularnie przemykałem czosnek (do teraz zionę niczym warzywniak), zjadłem słoik miodu (nigdy do wrzątku, nigdy do wrzątku), do tego zaaplikowałem sobie – jak to się żartobliwie, ale w tym przypadku nie bez podstaw mówi – połowę apteki i po dwóch tygodniach mogę powiedzieć, że jakby lepiej, wstałem z łóżka, popołudniami staję w oknie i zachwycam się niebieskim niebem nad polską. o boże, myślę wówczas, o boże.

  23. swoją drogą, bardzo mi się podoba ten filmowy wątek. czytam z rozkoszą.

  24. jakobe, to “wyszperam” ci coś ze starych “wiadomości filmowych”, które już tu kiedyś czytałam, chcesz? ;]

  25. pewnie.

  26. “wiadomości filmowe” warszawa, 7 lutego 1960 r. nr 6/110 – rok 3 cena zł 2.50
    str. 2 szpalta “to nie plotki!”
    “zapach wkracza do przybytku X muzy. w jednym z kin nowojorskich odbył się pokaz pierwszego filmu ‘zapachowego’, nazwanego ‘aromaramą’. jak informują sprawozdawcy prasowi, osoby zakatarzone obecne na projekcji straciły wiele: wynalazcy zaprezentowali prawdziwy bukiet zapachów- od egzotycznych potraw w chińskiej restauracji (film jest reportażem l. bronziego z chin) aż po [tekst nieczytelny]. ponieważ ‘synchron’ obrazu i zapachu chwilami szwankował, morze pachniało przez jakiś czas świeżo zoraną ziemią, a las-gąskami. nikt jednakże nie zwracał uwagi na takie ‘drobiazgi’ i wszyscy dobrze się bawili. twórcą aromaramy jest charles weiss. w najbliższym czasie inny system filmu zapachowego, zwany ‘smellowizją’, zademonstruje mike todd-junior. zbiorniki umieszcza on nie na suficie, jak to uczynił pan weiss, ale tuż pod nosem widzów-w oparciach krzeseł.”

  27. tak a’propos, pomyślnego “obwąchiwania” tytułu.

  28. heh, rozbawiła mnie “smellowizja”. już na poziomie brzmienia zalatuje jakąś perwersją. cymes.

  29. he he, ciekawe czy jest “smellowizja” na “smallowizorku”.

  30. Ja może nie czytam dużo internetów i nie mam porównania, ale bardzo mi się podoba ten pisarki kącik i jeszcze bardzo mi się podobają kulturalne wypowiedzi kulturalnych ludzi tutaj. Czy mógłbyś mi podać majonez?

  31. Jakobe- to milo slyszec, jak juz sie usmiechasz, jesz jabłuszka, to na pewno wszystko bedzie dobrze:) Jak tak dalej pojdzie to z poczatkiem kwietnia bedziesz mogl zaczac przesiadywac na ganku. Bedziesz jak ci dziewietnastowieczni poeci-gruzlicy, siedzcy pod kocem na ganku- jeszcze bledzi, wciagaja wiosenne powietrze w zapadniete klatki piersiowe, juz wiedza ze beda zyli i juz dumaja nad nastepnymi wierszami. Tylko do tego bedziesz musial zapuscic dlugie bokobrody, a jesli juz masz to wszystko idealnie pasuje.

    Mnie tez podoba sie ten watek filmowy. Czasami az mnie swedzi zeby obejrzec jakis na prawde dobry film, ale jak na zlosc wlasnie w takich chwilach zaden tytul nie przychodzi mi do glowy. Fajnie, jak ktos wtedy podrzuci jakis pomysl.

  32. W takim razie ja podrzucam pewien pomysł. Właśnie skończyłam oglądać “Oh Boy!” i chciałam go polecić, bo jest niezwykły.
    Ktoś, kto oglądał “Frances Ha” może mieć na początku wrażenie, że to jest jej wersja -męska, niemiecka. I raczej chodziłoby tu o komplementarność, nie żadne powielanie (o którym zresztą nie może być chyba mowy, bo oba filmy wyszły w tym samym mniej więcej czasie).
    Podsumowując: można się nastawić na film: bardzo ładny wizualnie, momentami komiczny, ale w bardzo subtelny sposób, no i przede wszystkim taki, który opowiada o niedopasowaniu do świata, więc w sumie każdy może się w jakimś stopniu z głównym bohaterem identyfikować (niektórzy nawet bardzo).
    caviale, liczę, że kiedyś, kiedy już zetkniesz się z “Nią”, dasz jakiś znak. ;)

  33. zo, soon.
    poza tym zaczynam “drugi dziennik” pilcha, który zaczyna się piękną “duchotą jak kamienna ściana”.

  34. Zo- to niemiecki film, a ja nie znam jezyka:( Wprawdzie jest jeden link z angielskimi napisami, ale tlumaczenie jest w wielu miejscach bledne i odbiera cala przyjemnosc ogladania. Sprawdzalam, film ma premiere w Polsce 25 kwietnia, wiec na porzadne tlumaczenie bedzie trzeba jeszcze poczekac. Gdzie go ogladalas?
    Kurcze, zaluje, bo zapowiadal sie fajnie. Wczoraj jeszcze sprawdzilam link, dzisiaj elegancko zbuforowalam, kawa, herbatniki, zacieram rece- no to skonsumujmy tego oh boya!- a tu taka lipa z tymi napisami. Przyszlam sie pozalic:( Ze zlosci zjem wszystkie herbatniki i nic nikomu nie zostawie.

  35. krufka, zostaw chociaż trochę kawki. ;] również próbowałam się przymierzyć i zostawiam na kwiecień. kiedy pisałaś komentarz o boy’u, siedziałam już w foteliku i czekałam na spotkanie z “her”.

    zo, wzmianka o “her” pod poprzednią notką i komentarzami ładnie zagrała. przyznaję, coś jest delikatnie na rzeczy.:] początek filmu trochę mnie irytował, myślę, że spowodowała to mimika twarzy theodore.;] jednak z upływem minut akcja zaczęła mnie poważnie wciągać, uważam, że było tam kilka niezłych scen. wkręciłam się do tego stopnia, że przy końcu sceny z isabell krzyczałam w duchu “co ty robisz, chłopaku!”. właściwie isabell mogła zagrać sama scarlett, bo brakowało mi jej bardzo na ekranie a przecież bohater i tak nie wiedział, że samantha to scarlett, czy scarlett to samantha.;] byłoby to dla mnie fajnym przełamaniem. trochę było mi smutno, że theodore nie dorósł do samanthy. a może inaczej, samantha przerosła theodore? podsumowując, zastanawiam się, czy przyszłością dla udanych związków jest umiejętność dzielenia się miłością i zaprzestanie udawania monogamii? zo, dziękuję za zmotywowanie do obejrzenia filmu. całuję w czółko.

  36. jakobe, co myślisz o Marku Trojanowskim?

  37. Krufko, ja oglądałam go z tymi właśnie koślawymi angielskimi napisami, które okazały się dla mnie po prostu dodatkowym źródłem komizmu. I tak naprawdę to tylko na początku one tak rażą, później trochę się poprawiają i zamiast “you” nie pojawia się już “they”, “on” dostaje męskie zaimki, a ogólny sens da się wyłapać, bo dialogi są ważne, ale nie najważniejsze. Raczej język obrazów gra tutaj główną rolę. ;)
    Ale rozumiem niechęć. Ja jakiś czas temu znalazłam gdzieś ten tytuł, zaciekawił mnie i kompletnie nie orientując się w dacie polskiej premiery (i fakcie jej zaistnienia w ogóle), po prostu wyszukałam wersję “online” i w tej swojej nieświadomości zobaczyłam ułomną w tłumaczeniu wersję. Gdybym wiedziała, pewnie też bym poczekała. A tak obejrzę trzeci raz z polskimi. Choć, widząc (także po czasie) zwiastun, stwierdziłam, że odpowiedź na pytanie: “co robiłeś przez te 2 lata?!” brzmi lepiej jako “thinking” niż “zastanawiałem się”.
    W każdym razie, polecam sobie tytuł zapamiętać i kiedyś, może w kwietniu przypomnieć.

    caviale, cieszę się. Niezły pomysł z tą Isabell, to by była dodatkowa gierka z widzem. I ciekawe jest to, że Ciebie, jak się zdaje, pochłonęły zupełnie inne aspekty tego filmu niż mnie. To dobrze o nim świadczy.

    Ja na razie już się uciszam, bo czy się nie zagalopowałyśmy za bardzo z tymi filmowymi wątkami? ;)

    (a jeszcze tylko dodam fakcik związany z literaturą, skoro caviale o swojej lekturze wspomniała. Otóż jestem w tej chwili w trakcie czytania książki V. Woolf, która jest próbą odpowiedzi na zadane jej pytanie: “co należy robić, aby zapobiec wojnie?” – to się chyba nazywa odpowiednie wyczucie chwili, no nie?)

  38. zo, ależ pochłonęły nas bardzo podobne aspekty, nie napisałam o tym, powinnam. natomiast to co napisałam, to moje poboczne refleksje mające charakter dygresyjny.;]
    temat książki bardzo aktualny i delikatny jednocześnie.

  39. xyz, wydaje mi się, że nie wiem, o kim mowa. a któż to taki?

  40. a propos filmów – przewinął się tutaj “oh boy”. muszę powiedzieć, że miałem po nim serce ciężkie jak kaloryfer. chodzi taki podlotek po berlinie, pali nadmiernie papierosy i szuka przyczyny, dla której warto, i tej przyczyny nie znajduje. a berlin taki w tym filmie malowniczy, chociaż film czarno-biały. serce, jak mówię, miałem ciężkie jak kaloryfer, z jakiegoś takiego wzruszenia, empatii może. a potem sprawdziłem datę urodzin aktora odtwarzającego główną rolę. 10.02.1982. o ironio, pomyślałem.

  41. jakobe, pan stąd: http://www.historiamoichniedoli.pl/. wydaje mi się, że dawno, dawno temu Cię oceniał.

  42. ach, ten pan. nie znałem nazwiska. wiem, o kogo chodzi, ale przemyślenia mam raczej skromne. kilka lat temu przeczytałem jego krytykę mojej książki i to chyba byłoby na tyle, więcej nie miałem do czynienia.

  43. No a ja nieprzypadkowo wrzucam tu te tytuły. ;)
    Natomiast kaloryfer, poza ciężarem, ma przecież coś takiego jak żebra czy drabinki, między nimi przelatuje powietrze – jest przestrzeń, a więc i pewna swoboda.
    I nawet, gdy nie ma kawy, zawsze jest jakiś fotel bujany (albo sprężynowy, a nawet elektryczny) i można na chwilę o tej kawie zapomnieć. Dobrze jest po prostu korzystać z tego, co jest, gdy czego innego nie ma. Ja od jakiegoś czasu taką zasadę stosuję i coraz lepiej mi.

  44. tyber. zaszumiał mi.

  45. Zo- to w takim razie moze sprobuje i jakos w ten weekend obejrze oh boya! Kusi mnie zeby zaczekac na to porzadne tlumaczenie, ale co tam, jesli mowisz ze potem jest z tym tlumaczeniem lepiej to sprobuje.
    Jakobe- a to dopiero z ta data! To chyba w takim razie byla faktycznie empatia i solidarnosc w poczuciu ze nie warto.
    Chcialam sie tez wytlumaczyc z herbatnikow, i tez kawy. Kawa jak najbardziej jest, w przypadku herbatnikow mialam na mysli tutaj moich domownikow, ze nic im nie zostanie, ale co tam, nie wypalil mi film, czuje zlosc. Z reszta oni wtedy i tak siedzieli na faworkach u babci. Wiec jest i kawa, fotel wprawdzie jest moj, ale kazdemu pozwole usiasc za darmo.
    Ta odwaga w ekspresji mojego rozdraznienia moze troche wynika stad, ze ostatnio jem obiad na serialu glee i jestem oczarowana postacia msciwej wuefistki Sue Sylwester. Kojarzycie? Co za postac! Czy ktos jeszcze ja podziwia? Czy ktos jeszcze przed nia drzy?
    W zwiazku z moim w/w oczarowianiem, moj fotel jest elektryczny.

  46. dzień dobry. wstałam dzisiaj z łóżka refleksyjną nogą i chcę powiedzieć, że to miejsce jest dla mnie wyjątkowe przez swoją piękną koincydentalność. mir.

  47. wróć…

  48. ależ jakobe. no przecież to wygląda jakbyś od tej grypy umarł…

  49. Aj!Albo taajooooj. Spróbuj Eurespalu, zabawne rzeczy dzieją się po eurespalu ;) Weeeeź, weeeź! Wszystko będzie dobrze.

  50. Zo- obejrzalam oh boy!- ale ladny! Zwlaszcza ta koncowa czesc ze staruszkiem Friedrichem- “Wiesz dlaczego? Bo nie moglem juz jezdzic na rowerze” Piekny jest ten fragment. Czasami ludzie ktorzy najbardziej zapadaja nam w sercu na poczatku zupelnie sie na to nie zapowiadaja. Dzieki za polecenie.
    Ze swojej strony chcialabym polecic film ,ktory mial premiere gdzies z dwa lata temu- “Wszystkie odloty Cheyenne’a”. Moze juz niektorzy widzieli? Warto go obejrzec z nastepujacych powodow:): 1. dla tego jak Sean Penn zagral Cheyenne’a, gwiazde rocka teraz na emeryturze 2. dla tego jak zagral Sean Penn 3. dla tego jak zagralo tam jeszcze paru innych aktorow- rowniez piekne kreacje 4. dla pieknych zdjec 5. pieknej muzyki 6. dla kreacji Seana Penna- bomba 7. dla paru innych waznych powodow ktore trudno jest ujac w punkty;)
    Film o przygladaniu sie swiatu- swiat jest tu groteskowy, odrealniony, piekne zdjecia- o poznawaniu ludzi, ich losow, opowiedzianych bez tam zadnego wydziwienia, z subtelnoscia i szacunkiem, o poszukiwaniu siebie, o tym jak mozna zle o sobie myslec a jakim szlachetnym i dobrym czlowiekiem w rzeczywistosci sie jest, o dorastaniu, o honorze i zemscie, i o najwiekszej pistacji w Ameryce:) a moze nawet na swiecie, juz nie pamietam:)
    Tez nie chcialabym zebyscie sie zrazili tym ze film jest moze jakis patetyczny- honor, zemsta, szlachetnosc- heh, nie nie, nawet jesli miejscami to w dobrym guscie, w kazdym razie- na prawde fajny, barwny, taki dziwaczny, chwilami smieszny, chwilami wzruszajacy, chwilami powaznie daje do myslenia, taki ciekawy eksperyment.

  51. hej, obraziłeś się (niesłusznie) o geranium i stosujesz (równie niesłusznie) odpowiedzialność zbiorową czy też chwilowo nie masz nam nic do napisania?

  52. my tu się martwimy a jakobe snuje się pewnie po berlinie. po takim charlottenburg na przykład z kawiarnią dollinger, leonhard albo lentz. w tej ostatniej podobno panuje kult kompletnej ciszy. to znaczy ja nie wiem, czytam tylko w książce jurija andruchowycza o miastach intymnych. może więc siedzisz w tej ciszy panie poeto i piszesz? a może faktycznie się obraziłeś?

  53. kochani, no gdzieżbym ja się miał obrazić. na kogo? za co? co to jest geranium? zakopałem się 6 stóp pod ziemią, czym dołączyłem do bliskich, i tam spisywałem upiorne historie. choroba rzeczywiście ciągnęła się jak bergman, ale już mi lepiej, z uśmiechem spoglądam w przyszłość. w ten weekend się odezwę. słowo. kocham.

  54. obiecujesz, obiecujesz, a potem łamiesz mi/nam serce, kochany.
    jeżeli można, to tylko chcę wspomnieć, że właśnie w “dwutygodniku”, który czytam dzięki tobie, jakobe, odkryłam kompozytora, który nazywa się jak mój brat, a urodziny obchodzi w tym samym dniu co ja. czy może ja obchodzę urodziny w tym samym dniu co pan kompozytor.

  55. przybyłam, zobaczyłam (nic) i niestety kuba nas robi w bambuko. się obrażam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Copyright © 2020 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑