kochanie, zabiłam nasze koty

18 października 2012

[172] kochany pamiętniczku, do nowej książki masłowskiej podszedłem z entuzjazmem pierwszoroczniaka, który jeszcze nie wie z kim i co, ale już mu się bardzo podoba, i gdzieś w połowie westchnąłem głęboko zdumiony, iż dawno nie czytałem tak zabawnej momentami polskiej powieści, która byłaby zarazem tak dalece wypatroszona z fabuły i w swojej treści właściwie dość prozaiczna.

to nie jest do końca zarzut, albowiem nie jest również tajemnicą, iż masłowska czai się przede wszystkim w zdaniach, wartkich linijkach, które – proszę mi wybaczyć sentyment – biją niekiedy po dłoni oraz twarzy niczym nawciągana nauczycielka życia, a przynajmniej takie mam o dorocie wspomnienie, żywe wciąż jak pamięć o pierwszej dziewczynie, i to są oczywiście ładne wspomnienia, ale dziadek józef wielokrotnie powtarzał nad obiadem, że nie można żyć przeszłością i – jak zapewniała sama dorota – w nowej książce będziemy mieli do czynienia z klasyczną narracją, a nie formalnym pierdololo. czyli raczej fabuła, struktura i tak dalej, co już na dzień dobry wydaje się wystrzałowym pomysłem: oto bowiem matka ponowoczesnej polszczyzny ma mówić językiem przodków.

akcja kochanie, zabiłam nasze koty dzieje się w usa i bohaterowie płacą dolarami, ale na kilometr czuć od nich smalec i kiełbasę. nie potrzeba tu komisji śledczej, aby stwierdzić, iż rzecz w rzeczywistości wydarza się w polsce, a główna bohaterka, farah, jest nowym rodzajem polaka, do szpiku kości przesiąkniętym płynem do pukania tkanin i banalnymi frazesami z kartek urodzinowych. nowy rodzaj polaka, pomimo całej swojej estetyczno-poznawczej nadbudowy złożonej z sushi, brandowych fatałaszków i ekologii, na której jeździ jak matka madzi na koniu – u rdzenia swojego istnienia przede wszystkim panicznie się boi. w takim sensie ogólnym, a podstawowymi desygnatami tego strachu są wykluczenie, samotność i śmierć.

ostatecznie jednak powieść mniej opowiada historię, a bardziej znów grzebie palcem w języku. masłowska nie bawi się już wprawdzie składnią jak kostką rubika, ale narracja dalej jest roztrzęsiona niczym autobus w speed, poetyckie woltyżerki przecinane są suspensami rodem z harlequinów, kalki językowe stają się nowym językiem, a formalna granica między autorem a bohaterami jego książki zostaje po wielokroć zagięta. bohaterowie w tym procederze stwarzania świata uczestniczą i składają się na cały ten pejzaż językowo-formalny, ale pozostają raczej przeźroczyści i nieistotni i po lekturze czytelnikowi znów zostaje właściwie tylko wspomnienie języka w rozpadzie. to ostatecznie daje efekt nieco kontrowersyjnej mieszanki, wychodzi powieść, która jedną nogą próbuje iść równo po chodniku, a drugą robić fikołki.

to jednak dalej nie jest do końca zarzut, albowiem ten język w rozpadzie dość wiarygodnie odzwierciedla rozpad człowieka, o którym pisze masłowska, czyli trochę powtórka z rozrywki, ale dla mnie w sumie bomba. tylko że tym razem bardziej jednak bomba hukowa. co bowiem rozczarowuje w stopniu rozmontowującym moją tutaj dyplomację, to prozaiczność refleksji, której język powieści już nie dźwiga. można odnieść wrażenie, że to, na czym książka się zasadza, na co przez sto stron zarzuca sidła ironii – a więc dziki konsumpcjonizm, rzeczywistość wirtualna, mowa ludzka ograniczona do 160 znaków – to obszary wiedzy, z których masłowska wyprowadza refleksje, przerobione już parę lat temu przez dzieci internetów. w rezultacie zamiast dostać linijką między oczy, czytelnik dostaje sztafaż zdezaktualizowanych memów. taki czytelnik po lekturze odkłada książkę jakby nic się nie stało i stopniowo potęguje w nim wrażenie, że kochanie, zabiłam nasze koty zostało napisane nie dla niego, ale bardziej dla jego mamy. ma po wszystkim oczywiście przyjemność, dobrze napisana książka o niczym jest bowiem lepsza niż chujowo napisana książka o wszystkim, ale to ostatecznie też jest średni argument.

liczba komentarzy: 11

  • qwerty napisał(a):

    hehe

  • caviale napisał(a):

    pięknie to ująłeś jakobe.

  • MM napisał(a):

    No, nie wiem, czy taki był cel, ale teraz mam jeszcze większy apetyt na tę książkę.

  • ... napisał(a):

    ale dlugie, ale fajne

  • OG napisał(a):

    Może napisała ona to właśnie z myślą o dużo starszych od niej czytelnikach/czytelniczkach, którzy dysponują już i czasem, by przeczytać jakąś książkę i gotówką, by ją zakupić, a przy tym wszystkim budzi się w nich tęsknota za lekturą oraz chęć poznania świata swoich całkiem dorosłych dzieci? Rodzaj książki 50+?

  • baś napisał(a):

    hm, nie czytałam, ale recenzja do książki nie zachęca. za to zachęca do odwiedzin tej strony. co by nie mówić o wirtualnym świecie, dopóki można przeczytać tu takie teksty, bardzo ją lubię.

  • baś napisał(a):

    go lubię!

  • Sam napisał(a):

    nie przepadam za maslowska bardziej lubie krakersy z dzemem i ogolnie chrupkie jedzenie

  • jakobe napisał(a):

    og, trudno powiedzieć. filozoficznie książka stoi tam, gdzie zeszłoroczne memy. ale podejrzewam, że moja matka odnalazłaby średnią przyjemność w przeprawianiu przez język. z jednej strony zasieki, z drugiej ślizgawki. mnie to jara, podczas gdy ona się wywraca i chce do domu.

  • OG napisał(a):

    Jakobe, ja ją lubię być może tak jak ty, głównie za język jej literatury, natomiast mam problem z wywiadami z nią (jest tu jakiś dysonans i być może gdyby pisała inaczej, bardziej tradycyjnie, to nie znałbym ani żadnej jej książki, ani żadnego wywiadu z nią). Ciekawe czy znasz tego autora: David Foster Wallace, fascynująca postać, niedawno minęły 4 lata od jego samobójczej śmierci przez powieszenie w wieku lat 46, zdaje się że niestety nie istnieje w jęz. pol., a archiwalne wywiady z nim słucha się z zainteresowaniem i sam nie wiem dlaczego, bo niby też opowiada o współczesnych czasach, jak masłowska, ale chyba miał on owe czasy bardziej zgłębione, więc może dlatego termin przydatności w jego przypadku jest dłuższy, no i był z niego czytelnik kafki, który jest ci chyba wciąż bliski?

  • jakobe napisał(a):

    og, wallace’a poznałem przed chwilą i trudno mi coś powiedzieć, bo nie przeczytałem ani jednego jego zdania. mogę tylko snuć teorie, że autor osadzony w sercu popkultury (nowy jork, boston, kalifornia) więcej widzi i rozumie, i mniej – być może – oczywiste ma na temat tego świata refleksje aniżeli autorka osadzona na peryferiach europy, gdzie wszystko jest nowiutkie, dopiero co odpakowane z folii i bardziej w monochromo niż w rgb. tyle mojego pierdololo na temat spraw, o których nie mam pojęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.