[52] od ładnych paru lat tę swoją literacką pasję wobec alkoholu realizuję z nabożną niemal konsekwencją, wobec czego zdarza mnie się niekiedy doprowadzić do stanu nadwerężenia (zdarzyło się wczoraj i przedwczoraj, i wszystko wskazuje na to, że zdarzy się również dzisiaj). nigdy jednak do tego stopnia, a przynajmniej nigdy do tego stopnia od czasów licealnej pogoni za nirvaną, aby mnie ten czy ów musiał lodowatą wodą cucić, wnosić do auta, wynosić z auta, czy zawijać w dywan, jak niegdyś ja z troski uczyniłem, w dywan zawijając mojego serdecznego, doprawionego do nieprzytomności przyjaciela, któremu – jak mnie się podówczas zdawało – dreszcz zimna w paroksyzmach wykręcał ciało. otóż, mając te swoje dwadzieścia sześć lat nieco zdziadziałem i podobne akcje jarają mnie obecnie w stopniu zaledwie średnim
lecz pomimo tej ponurej ewolucji, pewne nawyki pozostają stałe – niektóre jak wrzód na dupie, inne zaś skrzętnie pielęgnowane. co się w mojej intymnej, kilkuletniej relacji z alkoholem nie zmieniło, to przede wszystkim miejsce zbliżenia, od tych ładnych paru lat bowiem czas regularnie i z przyjemnością trawię w pewnej sopockiej kawiarni. kawiarnia nazywa się józef k. i, w sensie ścisłym i przenośnym zarazem, jest magiczna. gdy więc ten czy ów nieostrożnie stwierdza, że to czy tamto miejsce posiada klimat, a nigdy józefa k. nie doświadczył, to – zachowując wszelkie proporcje i nie wchodząc w grząskie meandry definicji klimatu – nie ma bladego pojęcia, o czym mówi. za przeproszeniem, oczywiście
tyle tytułem wstępu, będzie więcej. w następnym odcinku słowo o wizytówce józefa k. – adamie o., poetycznym schizofreniku, który – jak sam mówi – własnymi rękami zbudował żabiankę, jedną z dzielnic gdańska