jakobe mansztajn: stała próba bloga

podsumowując

[51] tak, były momenty. były takie momenty, że wydanie dwustu siedemdziesięciu złotych w obliczu tych momentów jawi się jedynie skromnym zadośćuczynieniem, niewdzięcznym wyrazem wdzięczności, marnym bóg zapłać. i chociaż nie jestem fanem spędów, zwłaszcza tych kilkudziesięciotysięcznych, chociaż spędów nie znoszę, chociaż jestem ortodoksyjnym przeciwnikiem spędów powyżej pięćdziesięciu osób, to jednak było warto, choćby dla samych massive’ów i cocorosie. te dwa koncerty jeszcze przez jakiś czas odbijać się będą w mojej czaszce mocnym, pulsującym echem

w niczym nie zmienia to jednak faktu, że na open’era – mówiąc językiem poezji – w znakomitej większości ciągnie tępe bydło, z którym ani wspólnego języka, ani nawet jednego wspólnego zdania nie znajduję. kiedy bowiem dwóch męskich podlotków ryczy do rozjuszonego tłumu rozerwijmy ten namiot (to znaczy jedną ze scen) i kiedy w odpowiedzi kilkanaścioro innych podlotków obojga płci wyciąga pazury i faktycznie zaczyna namiot rozrywać, to ja się nie uśmiecham, mnie to ani przez moment nie bawi, w mojej głowie rodzi się jedynie krótkie pytanie, które pomimo zagłuszającego ryku tłumu zadaję na głos: gdzie są wasi rodzice, dzieci? gdzie oni są?

Categories: Bez kategorii

rzecz o józefie, prequel » « rozdygotane ciało zosi

15 Comments

  1. jak wyzej, panie jakobe. massive swietny, audytorium straszne.

  2. jakobe, z ciebie tez chyba niezle ziolko. z tego co widzialem.

  3. a cos o lao che? czytalem, ze tez zagraja.

  4. nie zagraja, ale mieli zagrac.

  5. >qwerty, to jest tak, że lao w swoim dniu mieli otwierać maraton na scenie głównej (po nich goldfrab, massive attack i chemiczni bracia), więc zagrali stosunkowo wcześnie, przy pełnej widoczności, w słońcu, co trochę oczywiście przyćmiło widowisko. poza tym – kurewsko fajnie.

  6. tłum działa inaczej

  7. a ja nie bylam i tez sie ciesze:)

  8. ja waćpana tylko czytuję, ale na openerze mi pan mignął (poznaję ludzi po zdjęciach nader dobrze), przed namiotem podczas coco [udało się panu wejść czy wyjść, oto pytanie]. nie wdając się w tępo i jakoś nieudolnie, czy też, o zgrozo, zalotnie brzmiące szczegóły, podzielam refleksję. cóż, krajobraz bitewny, to i ludzie bitni i rezolutni. acz należy przyznać, że warto było się wybrać – by usłyszeć fajny utwór z aniołem w tytule, co nie śpiewałby go zespół Czuć. nie warto było tylko tego piwa pić – straszny sik.

    ukłony

  9. >red buk, mnie się udało w miarę przyjemnie wejść, zarobić parę solidnych łokci pod żebra i w miarę przyjemnie wyjść. co do piwa – i tutaj pełna zgoda. w porządku natomiast były pieczone ziemniaczki.

  10. kamien i roza

    15/07/2008 — 19:11

    wiecej czadu! opozniasz sie jakobe z tymi wpisami, blog to blog, rzada ergularnosci ;)

  11. ……….. cisza…………

  12. jakobe zyjesz?

  13. >zuzia, tak, zaraz jestem.

  14. wiesz, lat mam 20, sytuację na open’erze 2010 widziałam podobną i w wieku lat wtedy piętnastu dokładnie to samo pytanie bębniło mi w głowie. boję się młodzieży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Copyright © 2020 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑