jakobe mansztajn: stała próba bloga

bałkany, chorwacja i do domu

[169] ostatecznie wszystko kończy się w salzburgu, w niewielkiej knajpie nad kuflem lokalnego sikacza, gdzie powoli dochodzimy do siebie. ale po kolei. wcześniej po drodze z bośni zahaczamy bowiem o chorwację, trzeci czy czwarty raz podczas całej wyprawy. w chorwacji mieliśmy spędzić parę dni wakacji, takich prawdziwych, z taplaniem się w adriatyku, skakaniem na główkę z pomostu i siedzeniem na plaży z winem i burkiem – bałkańskim hamburgerem, którym zajadaliśmy się regularnie w serbii, czarnogórze i bośni. z braku czasu chorwację okroiliśmy do trzech dni, co daje się przeliczyć na dwie wizyty w adriatyku, jednego burka i jedno symboliczne pijaństwo na plaży. wszystko to w miejscowości gradac, która od dziś jawi mi się jako mały raj na ziemi. pomimo turystów i tego, że poza główną ulicą nabitą sklepami z badziewiem – są tam jeszcze tylko zaledwie kamienie na plaży, skromny market i jednoręki bandyta przy bankomacie. ale moment, w jakim tam trafiliśmy, okazał się wyjątkowy – byliśmy właśnie po podróży życia, podczas której żaden z nas wprawdzie nie wypoczął, ale też żaden nie szukał wypoczynku. po dwóch intensywnych tygodniach mieliśmy w głowach gotowe materiały na powieści, wiersze, piosenki, a gdybyśmy malowali – to jeszcze gotowe sceny obrazów. tych zresztą – podejrzewam – najwięcej. bałkany są bowiem niezwykle plastyczne, nie tylko przez swoje warunki geograficzne, ale również przez kontrasty w miastach, gdzie dumne, dostojne budowle sąsiadują z roztrzaskanymi przez wojnę domami mieszkalnymi, słowem – przez fenomenalną wręcz architekturę piękna i zniszczenia. że tylko usiąść i zapłakać rzewnie nad tym pięknym, pokiereszowanym miejscem.

po gradacu odwiedziliśmy jeszcze inną chorwacką miejscowość – senj. tam już tylko wiało i wywracało łódki. dawno nigdzie tak nie zmokłem, jak podczas powrotu do naszego mieszkania, kiedy naraz i padało, i wichura była taka, że wiatr zrywał plakaty ze ścian jakby senj chciało się nas pozbyć. ale rano, kiedy wyszliśmy na balkon, oczom naszym ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków podczas wyprawy: niewielka zatoczka w mieście senj (z wodą przejrzystą bardziej niż ta w kranie), gęsto otoczona grafitowymi górami, z których jedna piękniejsza była od kolejnej. nad wszystkim nieśmiałe poranne słońce, w dole zaś pojedyncze łódeczki, niektóre z nich wywrócone po nocnej wichurze, i delikatnie zmierzwiona przez wiatr powierzchnia wody. siedzieliśmy tak na balkonie przez dłuższą chwilę i mimo że nie jesteśmy amatorami łódek z kory i widoków z giewontu, to żadnemu z nas ani przez chwilę nie przeszło przez myśl, żeby się odezwać.

Categories: Bez kategorii

powrotów czar » « bałkany, bośnia 3/3

7 Comments

  1. ależ to ładne. za ładne;)

  2. jakby na końcu pojawiły się amerykańskie turystki naturystki z silikonowym biustem opalające się na owej plaży, lub para rosyjskich nastolatków uprawiających na tejże plaży stosunek płciowy, wówczas byłoby za ładne ;)

  3. OG, wówczas byłby to silikonowy kicz, ale to tylko mój punkt widzenia;)

  4. chyba powinnam dodać, że to nie jest krytyka. po prostu jakobe przyzwyczaił mnie do poczucia pewnego niedosytu, natomiast teraz. . .

  5. lubię to :)

  6. Typowy polak obieżyświat którego świat kończy się na Chorwacji.
    Gdzie byłeś na wakacjach? W Chorwacji! Znowu??

  7. polacy, jeśli o nas chodzi, to myśmy nie byli na wakacjach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Copyright © 2020 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑