coffeeheaven

[38] dzień dobry, wyjątkowo zwracam się do państwa nie z domu, a z paszczy szatana. pomyślałem, że przełamie zwyczaj i pójdę w teren, w tłum liczny i gwarny, i jako naoczny świadek tłumu powiem państwu, co ja sobie tak naprawdę myślę. i poszedłem do galerii bałtyckiej. galeria bałtycka to jest, proszę państwa, takie zajebiście wielkie centrum handlowe w gdańsku, składające się z czternastu milionów butików z odzieżą drogą i niezwykle drogą, gdzie pomiędzy tymi czternastoma, a może piętnastoma milionami butików z odzieżą drogą i niezwykle drogą znajduje się niewielka kawiarenka coffeeheaven, z której postanowiłem wygłosić do państwa krótki, trzyzdaniowy referat. od razu pragnę także zaznaczyć, że ja sobie kawiarni coffeeheaven wcale jakoś szczególnie nie upodobałem, przeciwnie, uważam, że kawiarnia coffeeheaven to miejsce nad wyraz smutne, a kawa tutaj jest droga i niesmaczna, przede wszystkim zaś niesmaczna, albo właśnie przede wszystkim droga, i poniekąd z każdego z tych powodów jest to doskonałe miejsce do wygłoszenia referatu, który postanowiłem, że wygłoszę

siedzę na wąskim, niewygodnym stołku barowym, skąd mam niezły widok na salę, i gapię się, po sali wzrokiem jeżdżę jak taksówką: mijam różową niewiastę o oczach, a właściwie spojrzeniu paris hilton, która w tej samej chwili podnosi do ucha telefon i w słuchawkę piszczeć zaczyna, i piszczy tak z dobre dziesięć sekund, zupełnie jakby przycisk w telefonie aktywował u niej określoną funkcję; na wszelki wypadek dyskretnie okrążam dwóch byczków z lśniącymi rekinkami na czołach*, z nimi, byczkami, nigdy nie wiadomo; robię krótki przystanek przy starszej, ufryzowanej pani, która nieopatrznie strąca łokciem kubek z kawą wprost do własnej torebki, a następnie rozpoczyna złowróżbny taniec bezradności wokół jednej z bogu ducha winnych kelnerek; w końcu wzrok mój zatrzymuje się na państwie polskim. państwo polskie siorbie sorbet, siorbie w sensie ścisłym, i do tego zuchwale merda szatańskim omykiem. i tutaj mnie nachodzi, proszę państwa, tutaj mnie dopada to nieodparte wrażenie, że choćbym największą teraz wypowiedział niesprawiedliwość, największą niedorzeczność z siebie wypluł, każde moje słowo na mocy chwili zostanie usankcjonowane. dlatego ośmielam się mówić: to nie jest moje centrum handlowe. to nie są moi ludzie. to wcale nie jest moje państwo


*dla tych, którzy nie wiedzą: z rekinkiem mamy do czynienia wówczas, gdy delikwent, najczęściej maści kary i o wadze mózgu nie przekraczającej kilograma, przy pomocy żelu do włosów, pianki albo zwykłej wody stawia grzywkę na sztorc, jakby mu z przodu solidnie powiało

Categories: Bez kategorii

17 Comments

  1. Wariaci.

  2. ci piles?

  3. Ale Jakobe, o co Ci chodzi? :-)

  4. >qwerty, coca-colę.

  5. ale po co poszedłeś? dziecko nie jesteś, przecież wiesz, że to paszcza lwa. i że niefajnie tam jest bardzo, w tej galerii bandyckiej.

  6. z pistoletem, bracie, zawsze z pistoletemw takie miejsca.

  7. a ja lubię.
    pralnie chemiczne lubię.
    i fast foody lubię.
    salony z komórkami.
    księgarnie i muzykę.

    i w zimie jest w nich ciepło.

    a na I roku studiów potrafiłem za darmo zjeść godny posiłek dzięki promocjom w supermarkecie.

  8. Wątpić w ludzi nie wolno. Stan ten oczywisty staje się w centrum wspaniałym, jakim jest galeria b., ale to jest kompletnie nieprawdziwe, żeby przedstawiać ich jako produkty oszołomione i dzikie, z oczami ulubionej panienki.
    Nie w porządku.

    Moje centrum też to nie jest. Nie bawmy się w tłumaczenie tego procesu, który w wir wciąga umysły, oszałamia i wypluwa jako puste skafandry, które zauważają tylko metki z liczbami czcionka pogrubiona, czerwona.

    Jak nie galeria Tu, to w innym nieco nudnym europejskim kraju.

    Nie wierzę w propagandę zasmuconych, zahukanych braci Polaków, czasu teraźniejszego, rządu aktualnego, bez przyszłości, ale za to z centrum handlowym.

    Nie pisz z miejsc smutnych, bo to szkodzi słowu.

  9. takie „sanktuarium konsumpcji” znajduje się też np. w Krakowie, mieście, w którym jak dla mnie, powinno to być zakazane. Już na powitanie, po wyjściu z tunelu peronu, wita gościa zimne monstrum. Dopiero dalej, na zakopconym dymem z petów przystanku tramwajowym można, o ile ma się to szczęście, zobaczyć „zaczarowaną dorożkę” przemierzającą dumnie ulice.

  10. >a., jeśli ten czy ów rzeczywiście wygląda na oszołomionego i dzikiego, w dodatku z oczami ulubionej panienki – nie w porządku byłoby napisać coś innego.

  11. Zulczyk napisal w „dzienniku”, że blogi pisza ludzie z problemami. Co ty na to?

  12. wszystkich bez wyjątku sprowadzić do jednego mianownika. cały naród.

    wszyscy w centrum wyglądamy jak biedacy, zagubione dusze w drodzę na kolejną przecenę, zmęczeni i osaczeni.

    nie w porządku jest upchnąć 'tych wszystkich’ do worka nic niewartych głupców.

  13. >a., pragnę zauważyć, że noteczka nie zawiera charakterystyk psychologicznych. jeśli zaś w którymś miejscu dokonałem uproszczenia lub uogólnienia – proszę mi najpierw palcem wskazać a potem mnie zabić.

  14. >anonim, całkowicie się zgadzam. ach, któż z nas nie ma własnych problemów?

  15. za ciepło spadających gwiazd

  16. Klimat jak z 'Trzynaście’ i 'Dwanaście’ Świetlickiego. Podobne spostrzeżenia. Podobne wnioski. I słowa wartkie, lecz treściwe.

  17. Swego czasu jechaliśmy z bratem z wejherowa w stronę głównego, eskaemką. Obok nas – trzy dziewczyny, trochę młodsze ode mnie, trochę starsze od niego. Jedziemy, gdynia, sopot, oliwa. I dopiero, kiedy mijamy stację z ww. budynkiem, z młodej piersi jednej z nich się wyrywa, dość donośnie zresztą, jeśli być drobiazgowym: „Galeria Bałtycka – to jest życie”. Młodszy kpiarsko łypie na mnie z boku, przybijamy wzrokowo piątkę szydery. Ale to są moi ludzie, w szortach z eurociuchów i jarzeniowych japonkach, którzy śnią o tym jednym dniu,kiedy przeszedłszy całą galerię, opuszczają ją inni, lepsi, zostawiając w kolejnych przymierzalniach te japonki, te szorty, tych wejherowskich siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2024 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑