jakobe mansztajn: stała próba bloga

poznań poetów, jeszcze raz

[131] już kiedyś pojawiła się tutaj notka pod tytułem poznań poetów, ale wiadomo, poznań daje radę, toteż notka pojawia się w wersji zremasterowanej, choć także w nieco innym kontekście. ale o innym za chwilę, najpierw o tym samym, czyli dwa słowa wstępu. pojechałem do poznania na festiwal poetycki, a dokładnie to pojechaliśmy we dwóch, z markiem kaźmierskim, szefem polsko-angielskiego wydawnictwa off_press, w którym to wydawnictwie niebawem ukaże się vienna high life (a więc to samo, co ostatnio, tyle że w języku królowej brytyjskiej). marek był zresztą wyjątkowo mocnym punktem wycieczki, już na dzień dobry w pociągu postawił na stoliku litrowego drinka w trzydziestu procentach złożonego z coli, w siedemdziesięciu procentach złożonego z wódki. no i tak to mniej więcej wyglądało do końca.

w poznaniu oczywiście poezja, oczywiście nadobne panny i alkohol, niczego nie brakuje. trzeciego dnia festiwalu miałem czytać swoje teksty obok bohdana zadury i dariusza sośnickiego, wobec czego z początku byłem – jak to się mówi – nieco obsrany pierogami. to znaczy myślę sobie: zadura, obok zadury jeszcze nie czytałeś, mansztajn, i raczej więcej sobie nie poczytasz, więc skupienie, chłopaku, skupienie i kurwa zen. ale to są zawsze takie pierwsze myśli, które później wspomina się z uśmiechem. wcześniej tego samego dnia, co jest właśnie tym innym kontekstem, odwiedziłem jeszcze poznańskie gimnazjum. miałem opowiedzieć o poezji i jak to właściwie ze mną było na początku. ułożyłem sobie nawet jakiś zarys planu w głowie, ale przecież – powiedzmy sobie uczciwie – nigdy nie wiesz, co tak naprawdę się wydarzy, gdy siadasz naprzeciwko dwudziestu sześciu podejrzliwych piętnastolatków. ty, poeta z jedną książką, niewyparzoną gębą i niedostatecznym podejściem pedagogicznym. pomimo kursów.

ale była moc, był groove and drive, młodzież słuchała, młodzież zadawała pytania i pomyślałem sobie wówczas, że to być może pierwsze takie moje spotkanie, które ma jakiś głębszy sens. gdy wracałem taksówką do hotelu, w słońcu okrutnym jak kwiecień, pysk mi się w środku uśmiechał.

Categories: Bez kategorii

pogwarki, część 7. » « zwyczaje polaków

16 Comments

  1. I świetnie. Alleluja i do przodu, jak mawia klasyk.

  2. “(…) w słońcu okrutnym jak kwiecień (…)”. za to subtelne nawiązanie do t.s.eliota masz u mnie browara, nawet jeśli raczej nie będę miała okazji Ci go postawić

  3. Stajesz sie wzorem dla niektórych, Jakobe, trzeba wziąć za to odpowiedzialność.

  4. bo Ty Jakobe nie wierzysz w polską młodzież – oni naprawdę czytają poezję, oni czytają Mansztajna :)
    ha!

  5. Szkoda, że nie wspomniałeś wcześniej… Ja jednak z poezją na bakier raczej jestem i nawet lineupu nie sprawdziłem, a przecież pojawiłbym się jako fan bloga. Może za rok :)

  6. Szkoda że nie wiedziałem wcześniej

  7. “gdy wracałem taksówką do hotelu, w słońcu okrutnym jak kwiecień” – tak Sam Spade mógłby opowiadać, tylko dalsza część zdania już jest poza konwencją:)

  8. ten tekst jest potwierdzeniem dla mojej odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak lubię tego bloga? :)

  9. a przepraszam, czy bedzie mozna gdzies obejrzec materialy z festiwalu, zdjecia, ew. filmiki?

  10. no bo tak naprawde nie ma jednej oficjalnej trony festiwalu, a na stronie ck zamku cisza.

  11. m.sni, dzięki, nawet jeśli nie będę miał okazji go wypić.

    magda, to nie będzie kokieteria z mojej strony, jeśli powiem, że w tej sytuacji nie chcę mieć z taką młodzieżą nic do czynienia ;].

  12. karolina, bogiem a prawdą – jeśli w cokolwiek wierzę, to przede wszystkim w młodzież. polską, ukraińską, czeską. wierzę w nią nawet wtedy, gdy czyta mansztajna.

    kuba & pzn, mój błąd, urwanie przysłowiowej dupy miałem w okolicach wyjazdu i nie zdążyłem. może za rok, o ile będzie okazja.

  13. mafin, ktoś tam chodził i cykał, jedna pani (festiwalowa najwidoczniej) kręciła nawet kamerą, ale czy to gdzieś później trafiło/trafi – tego nie wiem. nikt nic nie mówił, ja nie pytałem.

  14. hmm, to jak cos znajde, to tutaj wkleje.

  15. Znam to uczucie. Uczyłam kiedyś krótko zupełnie nieliteracką młodzież polskiego. Takie tam praktyki do odpykania. Nieliterackość dzieciaków posunięta do tego stopnia, że człowiek się cieszył z bryk na stolikach. Zawsze to słowo pisane, które być może było czytane. I jakież było moje zdziwienie na jednej pamiętnej lekcji, “Ĺťal” Czechowicza na tapecie, i te dzieciaki, chylońskie cwaniaki z trzeciej d… Wyrywali się z interpretacjami, niegłupimi zresztą, jeden przez drugiego, jakieś niezrozumiałe zagęszczenie atmosfery, zjawisko paranormalne, ale jakie fajne. Pozdrawiam trzecią d.

  16. wystukalem sobie zal w goglach i mysle ze tez bym sie wyrywal z interpretacjami mocne dobre

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Copyright © 2020 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑