[6] otóż jest sobota rano. wespół z tym panem i tym panem wyruszamy do miasta olsztyna na na festiwal literacki pora poezji. we festiwalu mamy wziąć udział tak zwany czynny, to jest wyjść na środek, przeczytać parę tekstów, w międzyczasie odpowiedzieć na kilka pytań związanych z tym czy owym, lub w ogóle niezwiązanych z niczym, a na koniec porządnie w rurę przygrzmocić. każdy punkt, z naciskiem na ostatni, realizujemy z pełnym zaangażowaniem
jest sobota popołudnie. po niejakich kłopotach trafiamy wreszcie do pubu gacek, gdzie zaplanowane zostało spotkanie z gdańskimi poetami, spotkanie pod nazwą poetycki gdańsk. gdańsk, owszem, poetycki jest niezmiernie, choć akurat tej nocy najbardziej poetyckie będzie skrzypnięcie miękkiego łóżka w jednym z olsztyńskich hoteli po wylądowaniu pijanego ciała mojego pijanego ciała, dodajmy
sobota wieczór. najpierw cecko marcin proponuje żołądkową gorzką – żołądkowej nie odmawiam nigdy; następnie pułka tomaszek wyciąga armatkę z konopnicką marią w środku – marii, klasyki literatury polskiej, nie odmawiam tym bardziej. gdy rzeczy przybierają tak zwany niebezpieczny obrót, pewna niewiasta, pewna błogosławiona niewiasta, dobrotliwie wyprowadza mnie na zewnątrz i wkłada do taksówki. ja jeszcze próbuję coś powiedzieć, coś jej przekazać ważnego, że pomysł z taksówką jest naprawdę wyśmienity, ale ja nie mam czym zapłacić, i przekazuję to głosem bełkotliwym w stopniu zdałoby się wykluczającym zrozumienie. lecz ona przecież nie jest z tego świata i rozumie mnie doskonale, i czułym tonem odpowiada, żebym niczym się nie martwił, po czym wciska mi do ręki najpierw dziesięć, a następnie (jak wynika z porannego rachunku) trzydzieści polskich złotych
o, niewiasto, samarytanko na los umęczonych wrażliwa, bądź błogosławiona po stokroć