jakobe mansztajn: stała próba bloga

schodów się nie pali

[57] jak już się rzekło tu i tu i w parunastu innych miejscach, tak i tutaj powtórzę, bo być może ktoś jeszcze nie słyszał, nie wie, nie miał tej przyjemności. wściekły pies tochmana wojciecha to jest świetna książka, perła wśród reportaży, literacki event, jak mawia mój kolega. teksty są zwarte, mocne, nie biorą jeńców; do wspólnego okrzyku zachwytu dokładam swój głos: wszystko dobre, co o wściekłym powiedziano i napisano, to jest święta prawda

zanim jednak napisał tochman wściekłego, zdążył wydać trzy inne książki: schodów się nie pali, jakbyś kamień jadła i córeńkę. dwóch ostatnich jeszcze nie czytałem, pierwszą skończyłem wczoraj, i bardzo, naprawdę bardzo porządna jest to lektura. jedenaście reportaży, od których włosy jeżą się na rękach, wzruszenie chwyta za serce, słowa więzną w gardle. jedenaście mocnych historii włożonych w surową formę, w krótkie, proste zdania, po których chodzi się jak po pokruszonym szkle. boli ta książka, oj boli, czuć ją niemal fizjologicznie. proszę sobie zafundować odrobinę tego bólu

Categories: Bez kategorii

w temacie syfu » « intrenet

14 Comments

  1. przeszłam przez
    recenzję
    i ta w surowej formie obiecuje ból, który można poczuć już po jej przeczytaniu,
    taka rysa po landrynce

  2. to dobra ksiazka, ale czy nie uwazasz, ze juz sama tematyka reportazy robi wielkie bum, ze tochman jest tylko transmiterem?

  3. >anonino, nie wydaje mi się. podobnych tematów na gazecie.pl czy onecie znajdziesz bez liku, a to przecież nie to samo. same tematy książki nie zrobią, potrzebna jest jeszcze forma.

  4. czytalem tylko “schodow” i o ile mnie pamiec nie myli, byla dosc mrozaca…

  5. przegladalem recenzje “schodow” w sieci i natknalem sie na recenzje tej pani: http://wyborcza.pl/1,75517,108313.html po jej przeczytaniu podrapalem sie po glowie. dodam, ze ksiazke czytalem.

  6. anonino: a gdzież tam. weź kopiącą po głowie końcówkę “więźnia”. tam np. jest bardzo duża ingerencja w żywy materiał – myślę, że ten i ów mógłby się nawet obrazić za takie traktowanie bohatera. oto jest sobie chory człeczyna, nad którym tochman nie lituje się po głupiemu i nie robi z tego łzawej opowiastki o jednej z miliona jednostek chorobowych, o których wiemy, że do przyjemności nie należą, ale zamazuje granicę między chorobą a ludzką skłonnością do zła, zamienia tego bohatera w figurę wręcz szatańską. mistrzostwo polega właśnie na rozłożeniu akcentów, wybraniu z rzeczywistości takich klocuszków, które stają się – no sorry – Znakami.
    i fakt, że ten narrator jest właściwie przezroczysty, że wydaje się, że go nie ma, to też jest mistrzostwo. w sensie, że tam (w narratorze, bo wiadomo, że postaci mówią jakoś tam po swojemu) wbrew pozorom jest mnóstwo języka, ale tochman posługuje się nim z taką precyzją, że książka trafia pod czaszkę bezpośrednio, jak jakiś zastrzyk w przysadkę.

  7. jakobe, jak ci się podobało “tracę ciepło”? pierwsze dwie części gut, przy trzeciej zwalniam, ale to może pogoda.

  8. >pz, ja w ogóle na początku byłem przekonany, że książka w całości dotyczyć będzie zagadki morderstwa i jak skończyłem pierwszą część, po której zagadka przestawała być zagadką, to myślałem, że i książka się skończyła, ale tu jeszcze 450 stron. druga część z początku dawała radę, przewijało się sporo fajnych rekwizytów z czasów mojego pacholęctwa, to było fajne, ale im dalej w las, tym więcej pustych butelek i w końcu zanudziłem się na amen. czyli – jeszcze może kiedyś do niej wrócę.

  9. dla mnie dobra książka, ale też brałem na dwa razy z przerwą (i chyba będzie na trzy). lubię orbita za kilka rzeczy (dialog, plastycznie rozrysowane scenerie), chociaż chyba wolę opowiadania, jakby bardziej gęste, tutaj się energia jakby gdzieś wytraca. zresztą rzecz jest wyraźnie szyta, widać sytuację: autor opowiadań vs powieściopisarz.
    (“nie pierdol, zrób lepiej”)

  10. drugą część warto doczytać dla smakowitego anioła azraela i sceny z ucieczką przed krainą jezior. nie no, finał tej części (nie chcę zdradzać więcej) jest naprawdę elegancki.

  11. anonino >pz, jakobe

    13/09/2008 — 06:59

    zgadzam sie, ze samo sie nie napisalo. “fabula” poprowadzona jest z wyczuciem, konstruowanie “akcji” i stopniowanie napiecia wypada w ksiazce naprawde przyzwoicie. ale wciazuwazam, ze temat robi tutaj jeszcze wiecej, gdyby tochman opisal historie zwyklych pszczelarzy, jego ksiazka nie mialaby tak silnego oddzialywania na czytelnika.

  12. anonino,
    “opisać historię zwykłych pszczelarzy” w porywający sposób, bez krwawych ujęć, a z miodem dodającym smaku – myślę, że to dobry pomysł
    pozdrawiam

  13. >anonino, jeśliby napisał tochman reportaż o życiu pszczelarzy, to daje głowę, że by nam tu wszystkim, jak stoimy, kapcie z nóg pospadały.

  14. w ogóle tochman rządzi. nie wiem, czy istnieje w tym zdobnym uroczaju-kraju nad wisłą lepszy reporter, umiejący doskonale władać słowem kluczowym wytrychowym. “jakbyś kamień jadła” wstrąsnęło mną, nawet mimo wcześniejszego zaznajomienia się z rozmaitymi rozważaniami Dubravki Ugresic (Kultura Kłamstwa, Amerykański Fikcjonarz).
    nawet jak jeszcze pisywał do GW (nie wiem, czy jeszcze można go tam szukać,tj. w dużym formacie) był bezbłędny.
    z chęcią zajrzę do rekomendowanego popełnienia.

    zdrowia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Copyright © 2020 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑