Autor: jakobe

ogłoszenie drobne

[45] już wiecie, że wespół z kolegami lubimy sobie od czasu do czasu zaszaleć. szaleństwo wiele ma obliczy, nasze przyjmuje twarz buńczucznego chłopca, który wychodzi na środek i tonem żarliwego sprzeciwu wykrzykuje komunikat o treści mniej więcej takiej: kurski, ty chuju! obrońco moralności. zwycięzco. mowa oczywiście o slamie. najbliższy odcinek, szósty już, odbędzie się w nadchodzącą niedzielę, o czym informuję tym gorliwiej, że nie wiadomo, kiedy znowu postanowimy zaszaleć. szczegółów proszę szukać tutaj


btw, obejrzałem porę mroku i tylko dwa słowa w tym temacie: jeśli ktoś powie, że scenariusz pisany był dłużej niż 35 minut, to ja i moi koledzy gromko go obśmiejemy. poza tym – janie wieczorkowski, już czas. wracaj, bracie, do klanu

o żywieniu

[44] od niedawna mamy w mieszkaniu kablówkę, w związku z czym poczyniłem kilka gorzkich odkryć. po pierwsze, dowiedziałem się o istnieniu nowego kanału informacyjnego. kanał, choć już nie taki wcale nowy, nazywa się superstacja i na tle pozostałych kanałów informacyjnych wyróżnia się tym, że zamiast profesjonalnych dziennikarzy zatrudnia debili i clownów. a największym spośród z nich, cudownym dzieckiem debila i kobiety z wąsami, jest niejaki karol kosiorowski, który nie dalej jak dwa dni temu podczas wywiadu z andrzejem lepperem zjadł kartkę papieru. do kamery. z apetytem

po drugie, dowiedziałem się o istnieniu programu gwiezdny cyrk, w którym rodzime gwiazdy filmu i muzyki, już bez żadnej przykrywki pod postacią tańca czy śpiewania, pajacują na arenie w takt gromkiego aplauzu publiczności. i tak na przykład szymon wydra, ów buńczuczny szymon wydra, który tak pięknie śpiewa o swoich trudnych relacjach z bogiem i niedostosowaniu do rzeczywistości, ten sam szymon wydra wyskakuje z tortu z pióropuszem na głowie, a następnie rzuca się na ziemię i telepie niby rybka wypluta przez rzekę na brzeg. takich mamy artystów, taką mamy telewizję

a jeśli komu przyjdzie do głowy, aby w ramach odpoczynku od telewizji wybrać się do kina na – powiedzmy – doomsday, to ja ze swojej strony serdecznie poradzę, aby myśl tę prędko i bez żalu porzucił; niech w tym czasie popieli w ogródku, zje spokojnie obiad z rodziną, poczyta encyklikę jana pawła drugiego, wytnie dziewczynie laurkę z brystolu albo kupi chłopakowi tyskie, przybije obrazek do ściany, pobawi się z kotem, umyje naczynia, wyjdzie z psem do lasu, upierze gacie, wyreguluje drzwiczki w szafie – a słowo daję, że każda z tych czynności o niebo będzie płodniejsza niż sto pięć minut spędzonych w kinie na doomsday

ballada o wojtku

[43] wojciech olejniczak. dla tych z państwa, którzy nie wiedzą, a nie wie podobno osiemdziesiąt procent rodaków, a więc w chuj dużo, a więc właściwie cały naród, a więc tyle, że można bez większego ryzyka powiedzieć, iż o wojtku nie wie nikt poza jego własną rodziną, wianuszkiem kolegów z pracy i dziewczyną, a biorąc pod uwagę fakt, że o wojtku wiem ja i paru moich znajomych, to tych kilku kolegów z pracy należałoby jeszcze podzielić przez dwa; zatem dla tych z państwa, którzy nie wiedzą, a których jęła nagle palić piekielna ciekawość, powtórzmy raz jeszcze: jest wojciech olejniczak liderem polskiej lewicy, przewodniczącym sld, mówiąc precyzyjniej. jak do tego doszło, za czyim pozwoleniem, za czym przeoczeniem, przejęzyczeniem, przeinaczeniem – tego do końca nie wiadomo, wiadomo natomiast, iż jest wojtek liderem polskiej lewicy, niewidzialnym wprawdzie, ale liderem, do tego młodym i pełnym nadziei, jak mówi o nim józef oleksy, chociaż nie jest jasne, czy idzie o nadzieje, jakie wojtek rozbudza w społeczeństwie, czy o nadzieje, jakie wojtek rozbudza w sobie; pewnym jest za to, iż niewidzialność niewidzialnego wojtka to najlepsze, co można o wojtku powiedzieć. dalej należy już tylko słuchać

rise of da footsoldier

[42] trochę mnie nie było, a trochę mi się nie chciało. przesilenie wiosenne, mili, przesilenie wiosenne jak mordę strzelił, i chociaż za oknem śnieg i zimy vol. 2, to jednak przesilenie wiosenne, zdradliwe wiosny pod skórę wchodzenie rozregulowało mi odbiornik, nadajnik zaparowało, a mój mały, wewnętrzny maciej maleńczuk jął na powrót wołać: nic mi się nie chce, ciągle bym tylko spał

trochę oczywiście przesadzam, a trochę nie. zapadłem we wiosenny ćwierćsen i tylko od czasu do czasu zachwycę się głębiej, na przykład z niekłamaną adoracją spojrzę na kolejne mistrzowskie posunięcia ludzi od tłumaczenia tytułów. kim są te nieposkromione bestie?, myślę wówczas. kim jest autor – dajmy na to – finezyjnego polak potrzebny od zaraz (w oryginale: it’s a free world) czy piosenkowego choć goni nas czas (w oryginale: bucket list)? pytam, bo chciałbym osobiście uścisnąć obu autorom rękę. chciałbym naprawdę bardzo

kończąc, ale pozostając przy filmie: o tym człowieku, mili, o tym człowieku, o którym wikipedia i podobne jej filmweby póki co skwapliwie milczą, o tym człowieku usłyszą jeszcze najtęższe żuczki w mieście, aj!*

*albo właśnie będzie zupełnie na odwrót

bagnet na broń

[41] wciąż nie znalazłem tytułu na książkę. na stronie portretu stoi wprawdzie propozycja austriacka, ale już teraz państwu wyjawię, że dzieci z tego nie będzie. myślałem raczej o czymś kompletnie bez sensu, jak „szłeps” albo „płetwecie” („płetwecie” to ta części nogi w linii horyzontalnej za kolanem). proszę tylko posłuchać: jakobe mansztajn „płetwecie”. co za brawura, co za wolta!, napisałby krytyk w pierwszym zdaniu recenzji. z drugiej jednak strony, ujmują mnie tytuły proste, klarowne, takie, po których od razu wiadomo, czego się spodziewać – na przykład „42 wiersze o powolnym umieraniu kolegi z tego samego bloku” albo „nie mam dupy, jest mi źle”. wczoraj zaś przyszło mi do głowy, żeby olać całą tę zabawę i książkę zatytułować „wiersze”. jakobe mansztajn „wiersze”. i proszę mi uwierzyć, widziałbym w tym nawet pewną awangardowość. tym niemniej zabawa trwa

jajkiem

[40] drodzy państwo, zabawna sytuacja. nie dalej jak wczoraj, wysiadłszy z kolejki i skierowawszy się w stronę wyjścia na dworcu w gdańsku-wrzeszczu, będąc w nastroju błogim i w świergot powracających do kraju ptaków wsłuchując się uważnie, dostałem – w sensie ścisłym – jajkiem w głowę. dosłownie ktoś wziął i przylutował mi z nienarodzonej kokoszki w łeb, i to przylutował nie byle jak – z precyzją snajpera, rzekłbym, albo chirurga; przylutował w potylicę, a nawet trochę niżej – w pień mózgu, czyli nie żartował, chciał zabić. pewnie w tym momencie nasuwa się państwu pytanie o motyw, fundamentalne ej, a dlaczego kurwa? otóż tego akurat kurwa nie jestem w stanie stwierdzić. mogę co najwyżej dywagować: miałem kapelusz na głowie czarny, na ramionach białą koszulę, we mgle przypominałem zapewne chasyda. gdybym delikwenta złapał, a nie złapałem – zbyt zdziwiony byłem całym zajściem, to oczywiście spytałbym grzecznie acz stanowczo, uprzednio strzaskawszy ryj jego na kokosowe wiórki

małe ogłoszenie

(ekhm ekhm. a czy wiecie, że 10 lutego, poza międzynarodowym dniem pizzy, świętem miasta gdyni, pierwszym koncertem metalliki w polsce (1987), obchodzimy również urodziny jakobe?
solenizant się oczywiście sam nie pochwali, ale moi mili, jeśli składać życzenia, wyznania miłości i propozycje wszelakie – to właśnie dziś.

z poważaniem
(oraz nadzieją, że za swój akt włamania na teren prywatny autora nie dostanę po torbie)

– zosia)

na temat muzyki

[39] z braku poważniejszych rozterek natury życiowej jął mnie nurtować problem boba dylana. problem z bobem dylanem polega na tym, że bob dylan wciąż żyje. co więcej, ten sam bob dylan, który od dobrych trzydziestu lat powinien – jak mawiali rzymianie – stać po stronie większości, w dalszym ciągu koncertuje i nagrywa kolejne płyty. dobra, ja jestem w stanie zrozumieć literatów, niech sobie literaci żyją długo i jak im się żywnie podoba, literatom życie – takie czy inne – koniec końców wychodzi na zdrowie. nawet aktorów; niech sobie aktorzy, z jamesem deanem, riverem phoenixem i heathem ledgerem na czele, dożywają wieku staruszki z titanica. tutaj akurat sztuka jest wyrozumiała. ale muzyk? do tego taki muzyk? proszę mi wybaczyć arbitralność i niedorzeczność, ale taki muzyk powinien po trzydziestce zwinąć interes i zniknąć w niewyjaśnionych – najlepiej w niewyjaśnionych i podejrzanych – okolicznościach. a jeśli dodatkowo odczuwa narastającą sympatię do rocka chrześcijańskiego, wówczas granica po trzydziestce wydaje się już absolutnym deadlinem

coffeeheaven

[38] dzień dobry, wyjątkowo zwracam się do państwa nie z domu, a z paszczy szatana. pomyślałem, że przełamie zwyczaj i pójdę w teren, w tłum liczny i gwarny, i jako naoczny świadek tłumu powiem państwu, co ja sobie tak naprawdę myślę. i poszedłem do galerii bałtyckiej. galeria bałtycka to jest, proszę państwa, takie zajebiście wielkie centrum handlowe w gdańsku, składające się z czternastu milionów butików z odzieżą drogą i niezwykle drogą, gdzie pomiędzy tymi czternastoma, a może piętnastoma milionami butików z odzieżą drogą i niezwykle drogą znajduje się niewielka kawiarenka coffeeheaven, z której postanowiłem wygłosić do państwa krótki, trzyzdaniowy referat. od razu pragnę także zaznaczyć, że ja sobie kawiarni coffeeheaven wcale jakoś szczególnie nie upodobałem, przeciwnie, uważam, że kawiarnia coffeeheaven to miejsce nad wyraz smutne, a kawa tutaj jest droga i niesmaczna, przede wszystkim zaś niesmaczna, albo właśnie przede wszystkim droga, i poniekąd z każdego z tych powodów jest to doskonałe miejsce do wygłoszenia referatu, który postanowiłem, że wygłoszę

siedzę na wąskim, niewygodnym stołku barowym, skąd mam niezły widok na salę, i gapię się, po sali wzrokiem jeżdżę jak taksówką: mijam różową niewiastę o oczach, a właściwie spojrzeniu paris hilton, która w tej samej chwili podnosi do ucha telefon i w słuchawkę piszczeć zaczyna, i piszczy tak z dobre dziesięć sekund, zupełnie jakby przycisk w telefonie aktywował u niej określoną funkcję; na wszelki wypadek dyskretnie okrążam dwóch byczków z lśniącymi rekinkami na czołach*, z nimi, byczkami, nigdy nie wiadomo; robię krótki przystanek przy starszej, ufryzowanej pani, która nieopatrznie strąca łokciem kubek z kawą wprost do własnej torebki, a następnie rozpoczyna złowróżbny taniec bezradności wokół jednej z bogu ducha winnych kelnerek; w końcu wzrok mój zatrzymuje się na państwie polskim. państwo polskie siorbie sorbet, siorbie w sensie ścisłym, i do tego zuchwale merda szatańskim omykiem. i tutaj mnie nachodzi, proszę państwa, tutaj mnie dopada to nieodparte wrażenie, że choćbym największą teraz wypowiedział niesprawiedliwość, największą niedorzeczność z siebie wypluł, każde moje słowo na mocy chwili zostanie usankcjonowane. dlatego ośmielam się mówić: to nie jest moje centrum handlowe. to nie są moi ludzie. to wcale nie jest moje państwo


*dla tych, którzy nie wiedzą: z rekinkiem mamy do czynienia wówczas, gdy delikwent, najczęściej maści kary i o wadze mózgu nie przekraczającej kilograma, przy pomocy żelu do włosów, pianki albo zwykłej wody stawia grzywkę na sztorc, jakby mu z przodu solidnie powiało

idzie nowe

[37] fajerwerki na ulicach powystrzelały pacholęcia, chłopak dziewczynę do piersi przycisnął, ktoś ze wzruszenia puścił beksę, ktoś inny się nie połapał i obudził w obcym mieście, jeszcze innemu oberwało palce. stary rok szlag trafił, przyszedł – jak to się mówi – nowy, z nowych najlepszy. warszawa zaś jęła się z krakowem spierać o sprawę kluczową – gdzie tłum gęstszy? w stolicy czy mieście kraka? spór – rzecz jasna – jałowy i głupi. największy tłum przyszedł bowiem na molo w sopocie, o czym krajowa dyrekcja do zliczania jeleni na rykowisku słowem jednak nie wspomina

śmierdzące giry

[36] mam potrzebę wypowiedzenia się. temat wprawdzie średnio świąteczny, ale potrzeba nagląca, powiedzieć muszę. włatcy móch. z rekomendacji kolegi, któremu zasadniczo ufam, obejrzałem parę odcinków i cóż, jest mi naprawdę przykro. kolega powiedział, że to jest super zabawne a naczelny idiocina całej historii – czesio, chłopiec o doszczętnie sprutym bereciku, to przypadek zajebistszy od samego pana boga w niebie. poczucie krzywdy i wstydu jest tym większe, że serial ma być rzekomo ciętą ripostą na amerykański south park. jeśli tak, to gratuluję bardzo i idź pan w chuj z takim żartem. a kto uważa inaczej, tego stara gwiżdże w kanikułach

hoł hoł, święty mikołaju

[35] zbliżają się święta, szczególny czas, toteż w ramach popularnej tradycji wybraliśmy się z zosią do miasta poznania na wigilię organizowaną przez jej kolegów i koleżanki drogie

na dworcu w mieście poznaniu dostaje zosia telefon od przyjaciółki, że coś tam hej, że dziewczęta ze składu jadą na miejsce przeznaczenia pierwsze, aby wcześniej przygotować to i tamto, zaś chłopcy dojeżdżają wieczorem na tak zwane gotowe. mówię, nie ma problemu, poznań lubię, zajmę się sobą przez ten czas, a z chłopcami ustawię się jakoś później na mieście. uprzedzam tylko, że mogę mieć problem z komunikacją, ponieważ nie wziąłem ładowarki, a tutaj na telefonie ostatnie majaczą kreski

i co następuje? wpierw dzwonię do ojca mojego w sprawie choinki, którą miał nam ojciec podrzucić, żeby przypadkiem nie podrzucał jej dzisiaj, kiedy jesteśmy w poznaniu, czyli jakby poza zasięgiem. komórka rozładowuje się po raz pierwszy, jednak niezrażony i pełen wiary myślę sobie, spoko loko, chuje-muje, nic się nie dzieje, są sposoby

następnie jadę do centrum, tam wałęsam się trochę i w końcu znajduję tę fajną jadłodajnie studencką nieopodal zamku, w której zamawiam pierogi ruskie i koktajl truskawkowy. stamtąd w kole 14 dzwonię do zosi, która jednak nie odbiera, więc nagrywam się na sekretarkę, ale nim skończę pierwsze zdanie komórka rozładuje się po raz drugi

zjadam smacznie, bo ruskie mają tę cnotę, że są smaczne, i jakoś w kole 15 jeszcze raz włączam komórkę. komórka wyświetla, że kasia, przyjaciółka zosi, dzwoniła, toteż prędko oddzwaniam, żeby powiedzieć, że nie będę odbierał, że komórka nie żyje i że w związku z tym na wszelki wypadek zainstaluję się w jakimś konkretnym miejscu na stałe i żeby przyjechał po mnie kto, jeśli wola. zdążam tylko puścić pinga i komórka pada po raz trzeci, ostatni

idę do pubu w zamku na dole, nie panikuję, humor wciąż mam świąteczny, choć w pubie stypa, przy stoliku jedna smętna para sączy piwo, a barman za barem z łbem zwieszonym nieme nuci piosenki. siadam, zamawiam piwo, trochę odczekuję, po czym podchodzę do rzeczonej pary z pytaniem, czy nie użyczyłaby mi ona, nie użyczyłby mi on na sekundę komórki swojej, bo moja umarła. panienka o czarnych paznokciach uśmiecha się czule, odpowiada, że nie powinno być problemu. przekładam kartę i ze zgrozą konstatuję, że numery znajdują się nie na karcie sim, jak powinno, a na telefonie, który leży na stole nieżywy i rozbebeszony. słowem – chujnia

w tym miejscu przynam się, że numeru zosi tak z głowy to ja nie pamiętam. 507 i ciąg jakichś przypadkowych, bez ładu i składu cyferek. zresztą zosia ma tę właściwość, że numery gubi notorycznie, toteż zapamiętywać każdy kolejny byłoby niewybaczalną stratą czasu. przypominam sobie jednak, że w pasażu niedaleko zamku jest bank z dwoma komputerami, z których korzystaliśmy z zosią podczas ostatniego 'poznania poetów’. plan jest następujący: wejdę na gadu gadu, zimportuję kontakty, sprawdzę numer do zosi, następnie zadzwonię z jakiejś poczty i sprawa rozejdzie się po kościach

okazuje się, że bank, choć już nie millenium a jakiś fortis czy inny, nadal istnieje, ale komputerów nie ma. cóż, jest ciemno, jest zimno, sytuacja robi się nieśmieszna – postanawiam, że pojadę do mojego szanownego kolegi romka franczyka na dolną wildę i od niego wszystko załatwię

dolna wilda a zamek to jednak dwie różne historie. wysiadam na jakimś przypadkowym przystanku i zaczynam szukać ulicy, na której roman mieszka, a której nazwy za chiny ludowe nie potrafię sobie przypomnieć. kieszowskiego, kierszowskiego, dzierżynskiego. pamiętam za to, że nieopodal znajduje się przyjemna kafejka internetowa, w której drukowałem teksty na ostatni 'poznań poetów’

w międzyczasie dopada mnie ta straszliwa myśl – podczas mojej ostatniej z romkiem rozmowy ten wyznał, że już nie mieszka tam, gdzie mieszkał, tylko w ogóle gdzie indziej, co zresztą zupełnie przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, bo nie znajduję ani starego mieszkania romka, ani kafejki, ani nadziei w sobie

ciemno, zimno, jaja od mrozu więdną, że tak powiem, a godzina coraz późniejsza. rezygnuję, taksówką jadę na dworzec, kupuję bilet na najbliższy pociąg, w domu jestem przed drugą. w sumie: sześć godzin w jedną, siedem godzin w poznaniu, sześć godzin w drugą. za to doświadczenie – ponadczasowe

k3 sopot slam

[34] otóż, slam. już piąty. w najbliższą niedzielę o 19. niezmiennie – sopot, klub mandarynka. imprezę otworzą: cecko, kopyt, więcek, wolny-hamkało, żulczyk. zagrają towary. zgłoszenia na slam tutaj. nagroda, niezmiennie – never ending fucking fame

jak zwierzę

[33] to było jak walka o zachowanie wspomnień. ostatnie dwa miesiące przeżyliśmy z zosią jak zwierzęta, bez stałego – proszę to sobie wyobrazić – dostępu do internetu. słowem, trochę jak bez prądu, trochę jak bez wody, trochę jak bez dupy, ręki, nogi. i ten tylko wie, ten tylko zrozumie, co może poczuć człowiek ciemną jesienną nocą, kto na gwałt potrzebował nadać niecierpiącego zwłoki mejla, na gwałt potrzebował odwiedzić ulubioną witrynę internetową i kolejny raz z przerażeniem odkrył, że oto znalazł się na skraju ludzkiego świata, gdzie kliknięcie na gazeta.pl oznacza spacer do najbliższego kiosku po prasę papierową. takie sytuacje, proszę państwa, podobno jeszcze się zdarzają i podobno są ludzie, którzy w ten sposób funkcjonują, chociaż ja osobiście nikogo takiego nie znam i jakoś sam nie bardzo w to wierzę. w każdym razie, dupa, ręka, noga wróciły. bogu niech będą dzięki

wybory

[32] zdecydowałem i jestem zdeterminowany. dwudziestego pierwszego pazia pójdę za głosem swojego małego, wewnętrznego obywatela, na moment pozwolę sobie odczuć brzemię zbiorowej odpowiedzialności za los tego smutnego jak listopadowa noc kraju i wybiorę, albo raczej – za mniejszym zagłosuję badziewiem. taki niestety deal chujowy, że miast głosować za, naród, a przynajmniej znaczna część tego narodu, zmuszona jest głosować przeciw. i ja także zagłosuję przeciw, bo mnie się bardziej nie podoba niż podoba. to znaczy, mnie się zawsze bardziej nie podobało niż podobało, ale teraz to mnie się nie podoba tak, że gdyby mnie się choćby w jednej dwudziestej trzeciej tak bardzo podobało jak mnie się nie podoba, mógłbym z krystalicznie czystym sumieniem i bez cienia osobistego wyrzutu wobec samego siebie pierdolić, jak to się mówi, równo i po całości, powiedzieć temu małemu, wewnętrznemu gnojkowi, żeby spieprzał na drzewo i samemu wyskoczyć na weekend na mazury popływać kajakiem albo w bory tucholskie na grzybobranie. ale nie, tym razem stawka jest poważna. albo ja, albo kurwa oni

Copyright © 2026 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑