Autor: jakobe

z frontu

[211] no i nie ma jakobe, wywiało pana z włości. nie wiem właściwie, od czego i jak zacząć. tak długo milczałem, że zapomniałem języka w gębie. kochany pamiętniczku? tak to leciało? zacznę może wprost – przez ostatnie tygodnie pracowałem nad dwiema książkami, jedną moją, drugą wspólną, do tego pieniądze, pieniążki intensywnie robiłem, robię do tej pory. nie są to kokosy, ale wystarczą, żebym później mógł znów tylko wierszyki, fraszki, opowiadanka swoje męczyć bez opamiętania, mając przy tym forsę na twaróg i futomaki ze złotem. do tego dwie książeczki: jedna to bardziej koprodukcja, o której nie będę się rozpisywał, bo nie ma się nad czym rozpisywać, ot – śmieszki takie moje z równoległego wcielenia; a druga – energożercza kurwa, wierszyki w zwartej formie – o której chętnie opowiedziałbym szerzej, ale wtedy mógłbym powiedzieć za dużo, a nie o to, nie o to. powiem tylko, że wciąż mnie boli pod lewą łopatką po napisaniu. co jest poniekąd chyba dobrym objawem, znaczy, że pisanie moje nadal mi przeszkadza, uwiera jak w bucie kamyk. to nigdy nie była przyjemność, nie miała być, ale kończenie drugiej książki bardziej niż mierzenie się bogiem, śmiercią czy własnym upadkiem – przypominało rozłożone w czasie ściąganie wody z kolana.

teraz jednak znów jestem pogodnym kasztanem. siedzę na łóżku w mrągowie, za ścianą tłucze się woda pod prysznicem, zaraz ruszę do pracy, po pieniądze, po pieniążki, mansztajn, w stronę słońca. a potem ze wstydem wrócę na łóżko, będę jadł marchew, pił muszynę i próbował o wszystkim zapomnieć.

a wiosną niechaj wiosnę

[210] kochany pamiętniczku, czas znów zatoczył koło: pierzchła ołowiana powłoczka, słonko z powrotem wskoczyło na tron, ptaszki odzyskały mowę, kwiatki odzyskały główki swe bujne. wczoraj przechadzałem się po leśnych dróżkach i słowo daję – ptaszkom dosłownie nie zamykały się ryjki, a ja, jakbym dopiero co wyszedł z betonu, jakbym się ledwo co narodził, jarałem się jak pochodnia na widok zielonej przestrzeni, na dźwięk świergotu, na zapach czystego powietrza. można było odnieść wrażenie, że to nie czas zatoczył koło, tylko coś pod spodem ogólniej pierdolnęło, doszło do przewrotu. ach, kochany pamiętniczku, całe to wrażenie, całe to przekłamanie stąd zapewne, że ilekroć po zimie strasznej niczym samotność nadchodzi wiosna, trudno od razu uwierzyć w ciepełko, w to słonko górujące nad zimowym smuteczkiem, w tę zieloną trawkę górującą nad jesienną kałużą, w świergot ptasząt przebijający się przez gęste szczękanie miasta. w tym niemym zachwycie więc zatrzymałem się na leśnej ścieżynce i z niedowierzaniem gapiłem w słońce jak w duszka zza kredensu, gapiłem długo i intensywnie, z dziesięć minut to trwało, dobre dziesięć minut – wyobraź sobie, pamiętniczku – z buzią bladą i maślanymi oczkami jak ta pizda gapiłem się w najjaśniejszy punkt na niebie aż rozbolała mnie głowa i musiałem się położyć. taka to była niesamowita historia. słowo daję.

poeta robi podejście do wiersza o miłości

[209] dzień poety wypełnia zwykle pusty plik w wordzie, herbata oraz oczywiście ból. zanim poeta zrobi podejście do wiersza o miłości, najpierw – naturalnie – wykonuje symboliczną rundkę po rytuałach. w tym przypadku słowo symboliczną także ma charakter raczej symboliczny, albowiem rytuał jest dosyć konkretny. zaczyna się od parzenia herbaty – najczęściej herbatę zieloną miesza poeta z mięta, jeśli jest cukier, dodaje cukru, nikt się tutaj nie bawi w hemingwaya. to zarazem najbardziej romantyczna część całego procesu. ta właśnie jebana herbata. następnie staje poeta na środku pokoju i patrzy, czy ma porządek. jeśli porządku brak, sprząta. odkurza. składa ubrania. ogólnie się ze sobą certoli. jeśli porządek występuje, wtedy nie ma wyjścia, trzeba zasiąść do pisania. ale to zaraz, najpierw jeszcze poeta przeleci esemeski w telefonie i popatrzy, czy nie zapomniał komuś odpisać. oczywiście zapomniał, więc dosłownie na sekundkę pierdolnie się na sofce i poodpisuje wszystkim, którzy go o to nie prosili. w tym momencie już nie ma wątpliwości – poeta gra na zwłokę, czemu jednak trudno się dziwić. stawanie pod pręgierzem własnej, kruchej jak piegusek wrażliwości średnio przypomina odpoczynek na bora bora.

gdy już zasiądzie poeta do biurka i otworzy komputer, wówczas następuje drugi po herbacie romantyczny akcent rytuału – poeta mruży oczy i spogląda w dal. a jako że przed sobą ma zaledwie białą ścianę, dosłownie białą ścianą kończy się jego biurko, to jest to raczej dal wewnętrznego horyzontu, wewnętrzny – można powiedzieć – zachód słońca, jaki poeta w duszy od lat pielęgnuje, jaki regularnie odrysowuje kredkami własnej (najmocniej przepraszam za tę paskudną metaforę) pamięci, i wtedy powoli rusza na koniec, na skraj horyzontu, w głąb swojego smutku, w sam środek ciężkości. albowiem musi boleć, jeśli wiersz ma być prawdziwy, w innym razie równie dobrze możemy zacząć pisać fantastykę albo satyry polityczne, a wiadomo, że niżej od satyr jest już tylko pusty śmiech. a zatem ból, przejmujący warkot w okolicach serca i łopatek przywołuje poeta, normalnie jakby dął w róg bawoli, przyzywając na polanę swojego smutku wszystkie straszne zwierzątka, wszystkie mary z rozdrapanymi kolanami, cały leśny arsenał potworków, który na co dzień stara się trzymać pod kluczem, i kiedy już jesteśmy w komplecie, cali rozjebani i nie do życia, to z tymi nożami w łopatkach i nożami w sercu można zacząć swobodnie pracować. ale jest 23 marca, dzień piękny niczym zwrot podatku, i wtedy na scenę wychodzi wąsaty zagłoba, dosłownie u sąsiada za płotem wychodzi robotnik o wąsach jak ten koleś z koła fortuny, odpala radio zet albo coś równie fajnego i mieląc beton pod wylewkę, śpiewa to, co właśnie dają w radio, a dają baśkę, i wówczas rozkłada poeta swoje gładkie jak niemowlak rączki i uśmiecha się czule jakby się uśmiechał do ściany z plakatem roberta gawlińskiego, i cały ten ból pakuje z powrotem do lasu, zamyka komputer, bierze głęboki oddech i idzie – sam nie wiem – zrobić kurwa pranie.

grypa, dzień 8.

[208] takie chorowanie nie powinno mieć miejsca. idzie polopiryna, tiru riru, ale chuja pomaga, idzie zestaw kolorowych tabletek, tiru riru, niektóre brane w pakiecie dwóch naraz, niektóre rozpuszczalne, inne w dozownikach, flakonikach, zraszaczach jamy ustnej, kompresach wchłanianych przez skórę, ale nadal zero, w ciele bez zmian, tiru riru. pozostaje dziura w brzuchu, kula w głowie, gwoździe w oczach, w plecach nóż i trzydzieści dziewięć kilo na barkach, że taki ciężar, taka niedogodność kinetyczna, kiedy próbujesz zejść z łóżka i doczłapać się do czajnika w drugim pokoju, aby zalać szałwię. a mówimy zaledwie o grypie. taka grypa to jest przecież pikuś, drobny psikus świata wirusów, splunięcie przez zęby, a proszę bardzo – człowiek nie do poznania, niczym aspirujący nieboszczyk ledwo potrafi palcem kiwnąć, zatoczyć koło wzrokiem, odkaszlnąć bez wybuchania sobie głowy. ledwo się potrafi przetoczyć taki pacjent przez mieszkanie do czajnika i zalać tę jebaną szałwię, w którą uwierzył jak w święty obrazek. zaprawdę wielce jest to komiczne w swojej prozaicznej destrukcyjności, ale są i profity. pisanie jeszcze nigdy nie było takie łatwe i przyjemne. przesadziłem. przyjemne to jest walenie gruchy, pisanie raczej zawsze przypomina płukanie żołądka, a mam porównanie, kiedyś schrupałem naraz trzy listki relanium. za to łatwiej jest na pewno. nie bez znaczenia wydaje się towarzystwo majaków, ogólna maligna i spowodowane działaniem pseudoefedryny objawienia w postaci leśnych stworów albo wielkiego, białego królika, tiru riru, ogólnie rzecz biorąc – opuszczona garda systemu poznawczego. taka opuszczona garda oznacza swobodny potok lejący się z mózgu, oznacza brak semaforów na jezdni i wyobraźnię elastyczną jak lalka barbie. cudownie tak w chorobie powykręcać lalce barbie ręce oraz nogi, oraz oderwać łeb. a kiedy później, w krótkich chwilach odpoczynku od tego całego gówna, czytasz na głos, co napisałeś, a dodać należy, że głos twój zrobiony jest obecnie z piasku i łupinek orzecha i głośne czytanie niekoniecznie robi tekstowi lepiej – kiedy więc w tych krótkich chwilach ozdrowienia rzęzisz swój tekst wylany prosto z głowy płonącej jak żyrafa, nie pozostaje nic innego, jak bezbrzeżnie zachwycić się witkacym i jego talentem składania myśli na pełnej bombie, albowiem teksty twoje pisane w malignie, jakkolwiek urocze, głuptasie, ulepione są z tego samego budyniu, z którego ulepiony w chorobie jest twój mózg. śmietankowego. w każdym razie, tiru riru, nadal świetnie się bawię.

warszawa, środek nocy

[207] znowu hotel, środek nocy, leżę na wielkim jak kanada łóżku. zajmuję może jedną piątą, jedną trzecią w porywach, takie wielkie i szczodre są bowiem łóżka w warszawskich hotelach. a pościel pode mną jest przerażająco miękka, proszę sobie wyobrazić tę eksplozję miękkości, że ciało zapada się, przy każdym ruchu zapada się jak w bitą śmietanę. być może tak właśnie wygląda nieważkość, być może na tym polega tonięcie. a więc nie zmrużę dziś oka, to już ustalone.

z dwudziestego drugiego piętra hotelu intercontinental, gdzie rozgrywa się akcja, widok piękny jak wypadek na krajowej siódemce: biurowiec, drugi biurowiec, następny hotel. dalej czarne i jeszcze czarniejsze. jest środek nocy, tylko w biurowcach wciąż goreje światło. najwidoczniej chłopcy ze stolicy kolejny raz idą na rekord. ach, gdybym miał choć krztynę waszej determinacji, koledzy, waszej niezmąconej wiary, waszego poświęcenia, wszystko byłoby inaczej.

podchodzę do okna, liczę taksówki. podchodzę do barku, liczę torebki herbaty, trzy torebki zielonej wkładam do plecaka. rozglądam się dalej, podchodzę do czterech obrazków zawieszonych na ścianie, aby sprawdzić, czy ktoś się podpisał na odwrocie. wszystkie cztery przytwierdzone na stałe.

wreszcie wkładam kapcie – białe, miękkie, hotelowe, wsuwam szlafrok – biały, miękki, hotelowy, i taki luksusowy niczym kokaina snuję się po korytarzach dwudziestego drugiego piętra hotelu intercontinental. snuję się w szpalerze mlecznych światełek i co kilka metrów natrafiam na szerokie lustro. ludzie z wyższych sfer najwyraźniej lubią się przeglądać, co w jakimś tam sensie jest nawet zaskakujące. plebs nie ma z tym problemu: gdy patrzę na swoje odbicie, dostrzegam przykrótki szlafrok, którego rękawy ledwie zakrywają łokcie, komiczne kapcie, z których plebejsko wystają pięty, i niedostateczną jak na tutejszą, hotelową średnią – opaleniznę. nie bójmy się tego słowa: wszystko pojebałem, nie do twarzy mi z luksusem.

potem siedzę w fotelu na korytarzu, plecami do lustra, w za małym szlafroku, w za małych kapciach, blady jak górnik. siedzę długo i boleśnie i czekam, aż zacznie dnieć. wtedy sobie przypominam: podobno na czterdziestym trzecim piętrze jest basen z jacuzzi. winda się otwiera, winda się zamyka.

nowa książka

[drodzy państwo, nowy zbiór poezji, z jakim od kilku lat noszę się niczym woźny z kluczami, chociaż wolę myśleć, że bardziej jak bułhakow z „mistrzem i małgorzatą”, ukaże się nieodwołalnie w październiku tego roku (nakładem wydawnictwa wbpicak). czemu tak późno – otóż, książka najwcześniej mogłaby się ukazać we wakacje, a istnieje poważna obawa, ze strony wydawcy i z mojej strony, iż polski czytelnik w lipcu preferuje raczej moczyć nogi w ciepłych wodach egiptu aniżeli czytać smutne wierszyki o końcu świata, toteż październik, czas wzmożonej refleksji, wydaje się terminem dogodniejszym. a żeby wpis ten nie był jedynie wpisem informacyjnym, na koniec żart: puk puk. kto tam? bułhakow. jaki bułhakow? nie, żartuję, woźny z kluczami. koniec żartu. kurtyna.]

ballada o niepiciu

[206] kolejna noc w tym stanie. jest to stan zjednoczonej trzeźwości wszystkich zmysłów. znajdujemy się właśnie w najgłośniejszym domu w mieście, muzyka niczym pożar rozlewa się po wszystkich piętrach, światło pulsuje w rytm membrany głośnika i wszyscy wokół są przerażająco pijani, ty jesteś przerażająco trzeźwy.

od miesięcy nie miałeś alkoholu w ustach, dokładnie od dwóch miesięcy i 22 dni, ale kto by liczył. podnosisz do ust, swych bladych usteczek, kolejną szklaneczkę soku porzeczkowego i zastanawiasz się, dlaczego to sobie robisz, dlaczego to sobie wyrządzasz. być może dlatego, odpowiada twoje sumienie, iż nietrzeźwość to twój ulubiony rodzaj bycia i gdybyś wybrać mógł, gdybyś raz na zawsze miał zdecydować – już nigdy byś nie wytrzeźwiał. albowiem świat na trzeźwo jest najsmutniejszą wersją świata: szorstki, kłujący, boli w serduszko.

ale zamiast pić więcej – nie pijesz wcale, jakbyś sam ze sobą poszedł na kosę, jakby świat miał się od tego ostatecznie poprawić. nie poprawia się, właściwie jest coraz gorzej, a najgorsze są piątki. urodziny. imieniny. soboty. parapetówki. sylwestry. wtorki. środy. czwartki. najgorsze są imprezy. stoisz wtedy, tak jak teraz stoisz, opierając się o ścianę, i ze szklaneczką soku porzeczkowego w dłoni obserwujesz lot wariatów nad miastem. jeszcze niedawno byłeś pilotem tego samolotu, teraz jesteś ostatnim trzeźwym pasażerem.

mógłbyś oczywiście wyjść, ale dokąd pójdziesz, dokąd się udasz w tę piątkową noc, chojraku, przecież nie wrócisz do domu poczytać książeczkę, nie wrócisz do swoich seriali, do swoich wierszyków i pustego łóżka. a więc zostajesz. z drugiego końca mieszkania wyłapuje cię wzrokiem rozhuśtana koleżanka i już do ciebie sunie, tanecznym w twoją stronę zmierza krokiem i z kilku metrów woła ja jebięęęęę, jakobe, ale jestem głodna, i ty jej wierzysz, że jest głodna, ale musisz jednocześnie zaakceptować fakt, iż wasze stany to są diametralnie różne stany, toteż przez kolejne minuty słuchasz, ale nie rozumiesz, mówisz, ale nie komunikujesz się. wasze zdania mijają się jak auta na autostradzie, taka jest bowiem natura trzeźwych imprez: jesteś jedynym, który cię rozumie.

a potem robi się cicho, gasną światła, ciała jak paczki po chipsach zaczynają walać się po podłodze, po sofach i żyrandolach. zamawiasz taksówkę i chwilę później spisujesz w łóżku notatkę o brzemieniu ostatniego na świecie trzeźwego człowieka tej nocy, obiecując sobie – jak zawsze – inny świat, obiecując sobie inne noce, choć przecież wiesz doskonale, że zanim dzień zatoczy pętle – znowu ruszysz naprzeciw fali, w ciemną jak piekło noc, która nieustannie znosić cię będzie w melancholię.

2013

[205] kochany pamiętniczku, może nie był to rok spektakularnych sukcesów, może należało zrobić więcej, lepiej, ładniej. może należało częściej przyjmować zaproszenia matki na obiad, rzadziej przerywać kolegom w trakcie mówienia, mniej się popisywać przed koleżankami. na pewno był to rok wycieczek, drobnych wypadków, niedoskonałych nocy. był to rok filmów, albowiem obejrzałem ich chyba miliard, i rok wierszy, albowiem prześladowały mnie dniami i nocami. a teraz idzie nowe, choć nowe zawsze przecież w sensie umownym. to taki moment, w którym człowiek dostaje lekkiego fioła, zaczyna myśleć o zmianach i wytycza azymut na nowy horyzont. ale mnie akurat w nowym zawsze najbardziej pociągało stare i choć ewidentnie brzmi to jak niesmaczna deklaracja gerontofila, to jeśli czegoś sobie i tobie w nowym roku miałbym życzyć, pamiętniczku, to chyba tylko tego, aby pewne rzeczy się nie zmieniały – aby przyjaciele dalej byli przyjaciółmi, aby miłość do literatury nadal wypalała we mnie dziurę, aby matka dalej zapraszała na obiad.

piosenka dla billa murraya

[203] znów wypadłem z czasu, chociaż miałem nie. najpierw spadł śnieg, mnóstwo śniegu, wichura wywiewała dzieci z rąk matek, zimno wciskało się do mieszkania przez cienką szparę między progiem a drzwiami, a ja próbowałem nie wypaść za wszelką cenę, trzymałem się łóżka jakbym trzymał się ostatniej ciepłej myśli, ale w końcu na nic się to zdało, znów wypadłem z czasu.

tak mówię, gdy mnie to dopada. małe, ciemne, potwornie smutne. przychodzi nieoczekiwanie, z bylekąd i z byle powodu, czasem jesienią, ostatnio częściej zimą i rozsiada się w człowieku jakby przyszło do siebie. wtedy nie ma na co czekać, wtedy trzeba spierdalać, mówię sobie, uciec do lasu, na wewnętrzną oddelegować się emigrację, najdalej od świata, dokąd łączność nie dociera, gdzie nie ma kontaktu z żywymi i gdzie sam ze sobą też mam mniej wspólnego.

w praktyce to nic nadzwyczajnego: śpię po prostu krócej, właściwie nie śpię. głównie budzę się, przewracam z boku na bok, a gdy skapituluję, gdy przewracaniem się zmęczę, patrzę w białą ścianę, która wtedy zawsze jest czarna, i samo mnie dopada, samo przychodzi, to małe, ciemne, potwornie smutne, i rozsiada się we mnie jakby przyszło do siebie.

na zegarku ta sama zwykle godzina. druga trzydzieści. budzę się o drugiej trzydzieści. ciemno na zewnątrz i ciemno w środku, i wszędzie cisza potworna, więc w końcu musi pojawić się i ona, zbłąkana myśl, jakaś refleksja oderwana granatem od głowy. z początku mała rzecz, do zdławienia, wydawać by się mogło, niegroźna jak kuleczka śniegu, ale już pozamiatane, ruszyła lawina. małe, ciemne i potwornie smutne zamienia się w duże, ciemne i potwornie smutne.

od lat tak spędzam noce, gdy to mnie dopada. o drugiej trzydzieści otwieram oczy i patrzę na białą ścianę, która wtedy jest czarna, patrzę na drzewa za oknem, których nigdy nie widać, a w głowie mojej zaczyna się toczyć niegroźna kuleczka śniegu, niegroźna wojenka, lecz nim się zorientuję, zdążę zwariować. taka jest natura bezsennych nocy.

zatem wstaję, włączam światło, próbuję zrobić dzień, choć nigdy się nie udaje. świat o drugiej trzydzieści jest uparty, jest dalej ciemnym nieszczęściem, więc trzeba inaczej. włączam komputer, włączam film z billem murrayem. to moje paliatywne rozwiązanie na bezduszność bezsennych nocy – bill i jego twarz, w której kryją się same dobre rzeczy, cała wyobrażona dobroć i ciepło świata tego.

kładę się na boku, jednym okiem patrzę w odbiornik, drugim próbuję przechytrzyć to ciemne, które się we mnie rozwija, i o niczym innym już nie myślę. nie myślę o zielonych wzgórzach afryki, o szczęśliwych porankach, szczęśliwym życiu, nie myślę o książkach, do których za dnia wybiegam myślami, o tobie ani o sobie, ani nawet o niedokończonym wierszu. unoszę się ciężko na powierzchni i odliczam sekundy, aby wcelować w ten krótki moment, który nigdy nie nadchodzi, pomiędzy ciemnym a jeszcze ciemniejszym, gdy będzie można wreszcie puścić się i swobodnie jak kamień opaść na dno.

harmonijka

[202] pamiętniczku, kupiłem harmonijkę ustną. było to dokładnie rok temu. kupiłem, aby pięknie grać. rok minął – nie gram. ani pięknie, ani fatalnie, w ogóle do ust nie biorę. harmonijka leży, na półce w ciszy doumiera i mchem porasta. a na półkach niewiele trzymam rzeczy: trochę książek, trochę starych pieniędzy, klej w plastikowej butelce, zdjęcie kota (najcenniejsze!), młotek, centymetr, a od roku – harmonijkę ustną. gdybym przedmiotów miał więcej, nie rzucałaby się w oczy, a tak – błyska grzbietem jak karaś w ciemnym stawie i ilekroć po nocy wracam do mieszkania, ilekroć w drodze do łóżka rozpakowuję się z odzieży, ilekroć rzucam kontrolne spojrzenie na ciemną plamę pokoju, wówczas rzuca się na mnie w odpowiedzi ten mój srebrny wyrzut sumienia, dowód mojej niekonsekwencji, i próbuje wydłubać oko. aż ostatnio pękła mi od tego żyłka. patrzę nazajutrz w lustro, a tu poważnie – oko krwią zalane. zupełnie nieoczekiwanie, gdyż bezboleśnie. takie są kurwa konsekwencje niekonsekwencji, pomyślałem wówczas i poczucie winy zaprowadziło mnie na pole. stałem we mgle przed wykopaną butem dziurą w ziemi i z okiem zalanym posoką powtarzałem sobie, że nie ma innego wyjścia, pamiętniczku, trzeba to zrobić, dla dobra mojego i jej dobra, i harmonijkę złożyłem w ziemi. niechaj porasta mchem jak moje sumienie. a gdy z lżejszym sercem wracałem do domu, minął mnie szczawik z gitarą na plecach i wtedy przypomniało mi się: zawsze chciałem grać na gitarze.

życzenia na święta

[201] gdy płonęła tęcza, jadłem obiad. kupiłem takie fatalne pierogi w almie. z zewnątrz wyglądały naprawdę świetnie, a że mam słabość do rzeczy, które z zewnątrz wyglądają świetnie, pomyślałem a chuj tam, weznę na spróbowanie i wziąłem. gdy jadłem, było mi naprawdę przykro. w tle płonęła tęcza, więc można powiedzieć, iż było mi przykro podwójnie. na opakowaniu przeczytałem, że pierogi nazywają się joy&food food&joy. pomyślałem, że to bardzo zabawna nazwa i przez chwilę próbowałem odgadnąć, co właściwie oznacza: czy radość z jedzenia, czy radość z bawienia się jedzeniem, czy radość, że się zjadło i nie porzygało w trakcie. obstawiam niestety, pamiętniczku, że to ostatnie, gdyż istotnie – zjadłem, cudem nie porzygawszy się, a na koniec odczułem ulgę. po obiedzie tęcza wciąż płonęła. zaparzyłem herbatę. miętę. lubię po obiedzie miętę. nie dlatego, że mam coś z brzuchem, a dlatego, że lubię jak się w buzi przeciąg robi. gdy ostygła i wziąłem łyczka, okazało się, że to nie mięta jednak, a zielona. co za gówno, skonstatowałem. jedno pudełko, tyle nieporozumień. wtedy zrozumiałem: dzisiaj wszystko jest o polsce. ale wylewać herbatę do zlewu to grzech ciężki, gdyż każda herbata jest święta, więc machnąłem jak się macha na przegraną sprawę i posączyłem do dna niczym lekarstwo. tęcza wciąż płonęła, a ja siorbałem miarowo czaj i miałem nadzieję, że któregoś dnia oni wszyscy się zabiją, a telewizja będzie to transmitować, a ja będę to oglądał, a oni będą się zabijać.

o tym, jak pojechałem do krakowa na festiwal conrada

[200] w międzyczasie był kraków. do krakowa jeżdżę rzadko, kochany pamiętniczku, ale jak już pojadę, to zawsze jestem chory. to piękna tradycja moich krakowskich wizyt, więc i tym razem nie było inaczej. pojechałem, jeb, proszę bardzo. nie wiadomo, skąd taki stan rzeczy, być może to bliskość marcina świetlickiego tak mnie stresuje i w zapaść fizjologiczną wpędza, a może kranówa mi nie leży, a może po prostu nie radzę sobie z presją eleganckiej polszczyzny, albowiem w krakowie, kochany pamiętniczku, nawet taksówkarz wysławia się jak artur „atoli kwiecista mowa” andrus. a to, wiadomo, jest nieprzyjemne, stresuje, może zabić. w trójmieście jesteśmy przyzwyczajeni, że taksówkarz zna trzy zdania: „dobry”, „imię?”, „drzwi”. są to bardzo krótkie zdania, ale wystarczą za całą krakowską elokwencję. problem w tym, że najwidoczniej za często jeżdżę trójmiejskimi taksówkami, bo jak się później przesiadam z taryfy sopockiej na taryfę krakowską, to z miejsca doznaję szoku kulturowego i niechybnie wychodzę na idiotę. może nie na idiotę, pamiętniczku, ale przynajmniej na barana. na barana niechybnie wychodzę, gdy taksówkarz podczas krótkiego kursu z dworca na rajską serwuje mi w elokwentnym monologu sto lat samotności na wyrywki, normalnie cytatami strzela, jakby ostrzeliwał twierdzę baranów, a ja jeszcze pytam skąd to, a on zamiast odpowiedzieć z dupy, chamie, to odpowiada grzecznie i zgodnie z prawdą, nic na swojej kwiecistości przy tym nie tracąc, i dodaje, że bardzo tę książkę poleca, na co mnie nie pozostaje nic innego, jak dalej grać kartą ignoranta, powiercić się trochę na tylnym siedzeniu niczym piskorz w słoiku z mrówkami i przekierować rozmowę na temat nieudanej próby awansu polskich piłkarzy na mistrzostwa świata. śmieszne, to w ogóle nie jest śmieszne. tym śmieszniejsze jednak, że ja potem naprawdę jestem chory, łapie mnie ból głowy, gorączka, oko odmawia posłuszeństwa, ręka nie ma siły trzymać długopisu, gardło nie ma siły mówić. a taką mam zawsze fantazję piękną w krakowie, kochany pamiętniczku, że jakbym odrobinę sił miał więcej, to bym się po krakowsku, zgodnie z legendą, wreszcie zniszczył, poszedł w miasto i rozpierdolił coś, rozpierdolił całe miasto i siebie rozpierdolił, a na koniec odszukał marcina świetlickiego i zapytał która jest teraz godzina w lublinie i skąd ma taki stary telefon. takie psotne myśli przejeżdżają w kolorowych wagonikach przez torowisko mojego umysłu, ilekroć leżę chory w krakowskim hotelu. wizyta w każdym razie niezwykle udana, mimo że 18 z 22 spędzonych w krakowie godzin przeleżałem w łóżku. na pocieszenie, pamiętniczku, dodam, że w łóżku królewskim. jak się bawić, to się bawić.

16. gdańsk

[199] a potem leżę w swoim gdańskim łóżku. mówię gdańskim, pamiętniczku, jakby istniały jeszcze inne – wrocławskie, warszawskie czy poznańskie, ale łóżko jest przecież tylko jedno, tak jak jeden jest tylko dom i jedno jest sumienie. minęły dwa miesiące, kilkanaście krajów, kilkadziesiąt hoteli i łóżek i wreszcie budzę się do znajomego obrazka: pusta, biała ściana, bielsza niż kartka papieru, obok dwa białe, choć nie tak białe, włączniki światła, za oknem buja się płacząca wierzba i rzuca cień na wielki dom sąsiadów. oto tapeta moich codziennych poranków.

dopiero wychodzi ze mnie podróż – wspaniałe podróże wychodzą długo i boleśnie, a ta była najwspanialsza ze wszystkich i nie ukrywam, kochany pamiętniczku, melancholia się we mnie rozbujała, a może to po prostu jesień, w każdym razie głowa moja teraz jak pusty, szpitalny korytarz, ciało jak wydrążony bambus i niewiele drgnę, tyle tylko, aby o tym napisać, a potem odłożyć komputer, uśmiechnąć się do ściany i szczelnie, jakbyśmy właśnie schodzili pod wodę, zakryć się pierzyną. kurtyna.

15. odessa

[198] a w odessie pościel czerwona jak mak, kochany pamiętniczku, na rogach tylko wyhaftowane rogi rogacza, byka czy też kozy, poza tym czerwona jest pościel w całości: czerwone prześcieradło, czerwona poszewka, z czerwonego pluszu puchata narzuta i dwie poduszki czerwone takoż. nie skłamię, jeśli powiem, że sceneria jak onegdaj w burdelu na kołobrzeskiej, choć wtedy był to raczej stonowany karminowy, podczas gdy tutaj czerwień z żył, czerwień umierania i ja w tym łóżku zanurzony niczym w wannie po brzegi wypełnionej krwią. straszny to obrazek, pamiętniczku, ale niezwykle jest mi wygodnie.

mamy poniedziałek, po dziesiątej, na zewnątrz trwa wojna. żołnierze w garnizonowych czapach z piórkami wetkniętymi maszerują właśnie przez bulwar primorski i wartko tarabanią w werble. gdy dojdą do schodów potiomkina, zatrzymają się na dłużej i będą uroczyście tarabanić w miejscu. okno naszego mieszkania znajduje się tuż obok schodów, w odległości na wyciągnięcie ręki od wieńczącej schody drobnej figurki kardynała richelieu. dziś dzień miasta. cała odessa od bladego świtu toczy zacięty dyskurs z historią, a ja, kochany pamiętniczku, w burdelu piętro wyżej już dawno się poddałem. teraz już tylko mierzę w głowie odległość od łóżka do sufitu. sufit w naszym odeskim mieszkaniu wisi przynajmniej na wysokości trzech i pół metra i jest to aktualnie najgłębszy grób w mieście.

Copyright © 2024 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑