Autor: jakobe

14. burgas

[197] kochany pamiętniczku, gdy ponownie w trakcie tej podróży otwieram oczy na bułgarskiej ziemi – wrażenia są zgoła inne, nie lepię się do ściany, nie ześlizguję z prześcieradła, żaden fachowiec za oknem nie próbuję rozwiercić wiertarką połowy miasta, jest cicho, zaledwie szmer pochrapywania i klimatyzacji, z której korzystamy już raczej z przyzwyczajenia aniżeli z powodu upałów. niezauważenie weszliśmy bowiem w fazę września: zelżały upały, uspokoiły się poranki, wyciszyło ciało, można powiedzieć, że i świat w całości wziął i się wyciszył. ale nie byłby sobą przecież świat i ja nie byłbym sobą tym bardziej, gdybym zaznał spokoju absolutnego, spokoju świętego, gdybym nie wynalazł sobie kata w tym uroczym skądinąd, pokomunistycznym, bułgarskim gniazdku o oknach szerokich jak ściana i ścianach jasnych jak słońce. a kat na wyciągnięcie ręki, ciało moje spoczywa bowiem na materacu tak cienkim i tak dalece nieistniejącym, że chyba nie będzie nadużyciem, kochany pamiętniczku, jeśli powiem, iż jest to materac symboliczny, materac-ściereczka i sen mój w związku z tym też jest symboliczny, jak ściereczka właśnie. leżę w istocie na tratwie z calówek pokrytej zaledwie mgiełką prześcieradełka, co zapewne dobre jest dla moich pleców, powiedziałby doktor, ale niekoniecznie dobre dla snu, odpowiedziałbym ja, i choć zgodzilibyśmy się z doktorem, że są na świecie rzeczy gorsze (śmierć, bieda, brak miłości albo internetu), to nie sposób pogodzić się z faktem, że przez kilka następnych nocy będziesz fakirem we własnym łóżku, męczennikiem we własnej pierzynce, samotnym wilkiem we wnykach niewygody. toteż trapię się porankiem, pamiętniczku, trapię się na zapas i męczę w różnych pozycjach, z których każda kończy się sękiem wyprowadzonym z calówki w okolice łopatek lub pod żebro. tego poranka jestem chrystusem niewyspanych, przesadą, która nie przesadza, tautologią spuszczoną ze smyczy, porównaniem, które nie trzyma się kupy. tego poranka jestem naprawdę zmęczony.

13. stambuł

[196] taka ilość światła w pokoju, takież jego, tego światła, nagromadzenie, kochany pamiętniczku, że nie ma wyjścia, trzeba narzucić kołderkę na głowę, okopać się poduszkami i liczyć, że się nie udusisz, a poddusisz zaledwie leciutko i łagodnie jak łódeczka na bezwietrzu odpłyniesz w sen głęboki, w senek kochany, a jest ku temu okazja, wyśmienita okoliczność, gdyż zmęczenie przeokrutne, gdyż mieszkamy na piątym piętrze w kamienicy bez windy i już samo to wystarczy, aby przez tydzień zahartować w człowieku charakter, gdyż jesteśmy przecież w stambule, mieście wielkich odległości, stolicy chodziarzy, gdzie wszędzie pod górkę lub z górki i nie wiadomo co gorsze, gdzie w każdym razie praca i trud z każdym metrem, a tramwaje pełniejsze ludzi aniżeli serce papieża pełne jest miłości, wobec czego żadnych tramwajów, żadnego metra, tylko piechota, mniejsze zło, niedobro mniejsze, i chyba miesza się już w głowie, takie zmęczenie przeokrutne, bo prawie zapomniałem o najważniejszym. od wczoraj nie ma internetu.

12. saloniki

[195] w grecji, kochany pamiętniczku, budzę się w łóżeczku dla krasnala. dałbym sobie uciąć obie stopy, że gdy zasypiałem, było to łóżko normalnych, greckich rozmiarów, czyli wciąż za krótkie, gdyż wszystkie łóżka w grecji są za krótkie, ale przynajmniej mieściłem się calutki do pęcin, do kosteczek, a już na pewno do kolan. tymczasem co ja spostrzegam – teraz mieści się zaledwie korpusik, lewa noga spoczywa na biurku, prawa daleko na podłodze, a ręce porozrzucane jak chrust przed krużgankiem i – słowo daję, pamiętniczku – z góry muszę przypominać rozgwiazdę na dnie morza egejskiego, i tylko w krótkich chwilach, gdy nie próbuję z powrotem upchać się w puszce mojego greckiego łóżeczka, myśli moje wzlatują nad saloniki, nad cały peloponez i fruną ku wspaniałym polskim łóżkom, ku miękkiej polskiej pierzynie i wszystkim wygodnym poduszkom, jakie za sobą pozostawiłem, i powoli wraca sen, miękki niczym gołąbek i kuszący niczym diabeł, lecz wówczas na scenę nieoczekiwanie wchodzi jan suzin i poważnym tonem oznajmia, żeby się przygotować, zapiąć pasy, za sekundę znów będziemy pikować.

11. durres

[194] zaś w durres, kochany pamiętniczku, budzisz się jak po wielkiej, osobistej tragedii – wyczerpany i obojętny, a głowa twoja tylko spogląda wprzód ślepo na bajeczne wybrzeże wypełniające widnokrąg i myśli: o ja pierdolę, ale ładnie, i jest to zaledwie odruch, niewyraźna reakcja na piękno, ale i zarazem wyraz największego wysiłku po nocy spędzonej w tym oszalałym jak wojna miasteczku. albowiem durres, kochany pamiętniczku, to mekka szaleńców – szaleńców na drogach, szaleńców w sklepach, szaleńców na plaży. szalona jest tu nawet staruszka o obliczu matki teresy sprzedająca przy jezdni pieczoną kukurydzę oraz szaleni są zwłaszcza oni, panowie cyrkowcy-robotnicy na chwiejnych rusztowaniach porozstawianych gęsto w całej albanii.

mieszkamy na najwyższym, trzecim piętrze. parę metrów od naszego okna, poniżej bajecznej linii widnokręgu, panowie cyrkowcy-robotnicy na chwiejnym rusztowaniu stawiają właśnie drewniany daszek nad elegancko wykafelkowanym tarasem. daszek w przyszłości będzie chronił pergaminową skórę turystów z zachodu, na razie jednak pełni rolę areny dla ułańskiej fantazji. o ja pierdolę, pomyśli znów głowa moja, gdy wiatr (albo ułańska fantazja) zdmuchnie jednego z cyrkowców pod przepastną powierzchnię daszka, ale wtedy sobie przypomnę: śmierć w albanii to fanaberia, wobec czego za moment najpierw widać jedną dłoń, potem widać drugą, pan lekko wciąga się z powrotem na daszek, otrzepuje z pyłu, uśmiecha do tych po lewej, do tych po prawej, wykonuje zamaszysty gest ręką nagrodzony oklaskami przez jednych i drugich, po czym wraca do pracy.

10. tirana

[193] co można powiedzieć o poranku, który jest przyjemny? niewiele, kochany pamiętniczku, albowiem przyjemne poranki spędza się w otępieniu. jednym okiem, bo drugie wciąż wgniecione jest w poduszkę, śledzisz jak przez parapet wte i nazad wartko maszeruje bury wróbel, może nawet jest to polski wróbel – wytrych do niewyczerpalnego arsenału skojarzeń, a mimo to nie znajdujesz w sobie ani jednej wyraźnej myśli, ani jednego porządnego zdania, aby polskiego wróbla na albańskiej pustyni godnie utrwalić w narracji. myślisz wówczas: przyjemne poranki nie rezonują, przyjemne poranki spędza się w otępieniu. materac, na którym spoczywa twoje ciężkie od wczorajszej nocy ciało, jest być może najwygodniejszym materacem, na jakim kiedykolwiek spoczywało czyjekolwiek ciało. to doskonałe otwarcie dla pięknej, romantycznej historii, a biorąc pod uwagę, że musiałeś przejechać pięć tysięcy kilometrów, aby się o tym dowiedzieć, choć za kilka godzin rozstaniecie się przecież na zawsze i więcej ze sobą nie zaśniecie – biorąc pod uwagę to wszystko, trudno nie dostrzec tej historycznej szansy na powtórkę z wielkiego gatsby’ego, tym razem w wersji polak za granicą i leżący pod nim materac, ale i tu nagle urywa się refleksja i jak mantra wraca do ciebie: przyjemne poranki nie rezonują, przyjemne poranki spędza się w otępieniu. a więc leżę, zgodnie z etykietą, otępiały niczym pacjent po lobotomii, oko z wolna zachodzi mgłą, wróbel rozpływa się na tle nieba i nim znowu mnie pochłonie niezmącona przyjemność poranka, na wszelki wypadek powtórzę: przyjemne poranki nie rezo.

9. skopje

[192] a w skopje, kochany pamiętniczku, w tej galerii niedorzecznych fontann i kuriozalnych pomników, budzę się w pokoju ciemniejszym niż diabeł i niczego nie dostrzegam, ani konturu, ani światełka najdrobniejszego. drewniana roleta, która od zewnątrz przykrywa okno, przykrywa je tak szczelnie, że nie ma szans, aby przedarła się przez nią choćby iskierka, nie ma w ogóle takiej rozmowy. drzwi pokoju to samo – zwykle przez cienką szparę między krawędzią drzwi a podłogą sączy się z rana wątłe światło przedpokoju, niegroźne dla oka a jakież niepokoju pełne. tutaj drzwi wciskają się w gęstą jak skopijskie pagórki wykładzinę w kolorze brunatnej rozpaczy i nawet dziurka od klucza – nie może być inaczej – została czymś wypchana. oto, pamiętniczku, raj. jestem doskonale strzeżony po tej stronie świata, w całości odciętej od słońca, i nawet nie wiem która godzina. można by oczywiście sięgnąć po telefon, który gdzieś się po tej ciemności wala, i burząc ten nieoczekiwany porządek poranka, upewnić się, choć nie ma takiej potrzeby, że nie przespałem dnia, że jeszcze – choć nie ma takiej potrzeby – ktoś na mnie czeka w drugim pokoju, że nie zostałem w tym oszalałym od słońca kraju sam, ale wtedy – sam wiesz, pamiętniczku, co się dzieje – zaczynasz nucić i see a darkness i tak sobie myślisz, na poły żartobliwie, a na poły śmiertelnie poważnie, że na nic zda się cała ta ciemność, którą ktoś tak ładnie dla nas tutaj przygotował, jeśli zaczniemy się teraz bać, poprawiać nerwowo poduszkę i szukać w prześcieradle telefonu.

8. sofia

[191] kochany pamiętniczku, w tym hotelu wszystko jest straszne. gdy już wybudzi mnie poranna wiertarka albo wilgoć w pokoju, albo perfidnie słodki zapach ścian z łatwością przedzierający się przez wiotką powłoczkę snu, albo marszowy krok bułgarskiej siostry ratched, drobnej i posępnej dozorczyni całego przybytku, albo śliskie jak masło prześcieradło, z którego raz po raz zsuwam się na straszną niczym wojna podłogę, albo choćby myśl o łazience, tej kuriozalnej łazience, która sterczy nieomal na środku pomieszczenia otoczona zaledwie cieniutkimi jak wafel dyktami z półprzeźroczystego plastiku – gdy już wybudzi mnie jedna z wielu strasznych rzeczy w tym hotelu, wzrok mój kieruje się odruchowo na przysadzisty stolik, zapełniony małymi butelkami fanty, które zeszłego wieczora wyciągnęliśmy z minibarku (z najbardziej strasznego minibarku w historii hotelarstwa), aby zwolnić w lodówce miejsce na swoje rzeczy. to prawie jak fatamorgana, myślę wówczas, to prawie jak nieprawda, te liczne złote fanty na tle mojego cierpienia. a gdy wyciągnę po jedną rękę, w ułamku sekundy obrócę się na śliskim jak masło prześcieradle i wzrok mój ugrzęźnie w suficie, o którym można powiedzieć najwięcej – można powiedzieć, że godnie zdobi tę katedrę rozpaczy finezyjnymi freskami utworzonymi przez nieszczelną hydraulikę, można powiedzieć, że w dodatku coś właśnie z niego kapie, wobec czego i taka teoria musi się pojawić, że to nie sufit, kochany pamiętniczku, ale rdzawe niebo nad sofią, które się sprzysięgło, że to rdzawe niebo nad całą bułgarią cicho wtóruje teraz minibarkowi niestrudzenie jęczącemu nad porankiem.

7. bukareszt

[190] najpierw słychać szum klimatyzacji, najbardziej przyjazny dźwięk w tym mieście. gdy otworzyć oko, dochodzi jeszcze firanka paralitycznie falującą od jej podmuchu. umówmy się, kochany pamiętniczku, to jest zły obrazek – tani jak scena z teledysków faith hill, ale nie potrafię oderwać wzroku. bukareszt nie bierze jeńców: tani alkohol, szalone temperatury, długie dni i jeszcze dłuższe noce. wystarczająco dużo okazji, aby stracić grunt pod nogami. to wszystko sprawia, że leżę teraz na boku jak postrzelona w biegu sarna i wgapiam się ślepo w jedyny ruchomy punkt na planie: firanka tik, firanka tak. słyszysz, kochany pamiętniczku? to kłusownik idzie zgarnąć mnie z polany i wrzucić na pakę swojego dżipa.

przesadzam. zawsze przesadzam, kiedy przychodzi do wysokich temperatur. niech bukareszt wybaczy.

6. braszów

[189] kochany pamiętniczku, dobrze wiesz, jak ważne są poranki. najważniejsze. budząc się w braszowie, można odnieść wrażenie, że wcale nie budzisz się w rumunii, a raczej pośród sosenek na mazurach. drewniane są tutaj: ściany, podłoga, sufit, wszystkie – naturalnie – szafki, szafy, także obie lampki. nawet kaloryfer ma swoją drewnianą obudowę. aby dopełnić obrazu szaleństwa, pensjonat nazywa się taj mahal i jest zarazem hinduską restauracją. ściany w taj mahal muszą być cienkie jak hinduska pita, bo słychać nawet przewracającego się w pościeli sąsiada w pokoju obok, kichnięcia na korytarzu, pokojówkę zmieniającą pościel piętro niżej. wstyd pomyśleć, co musieli słyszeć wszyscy oni, gdy zeszłej nocy z wódką przyszli do nas przyjaciele.

wystarczy jednak wychynąć łebek przez drewniane okno połaciowe w drewnianym suficie, aby się pokapować, że to nie las, ani nawet nie hinduska prowincja – jesteś na placu sfatului, w samym środku jednej z największych aglomeracji transylwanii, w której od rana toczą się zacięte boje: kierowców – o miejsce parkingowe, tubylców – o miejsce w kolejce sklepowej, turystów – o sen.

5. sighisoara

[188] kochany pamiętniczku, z cluj ruszyliśmy do sighisoary, zdaniem przewodników – serca transylwanii, w istocie jednak – serca zwłaszcza transylwańskiej koniunktury. tu się budzę po nocy wypełnionej wyciem gotyckich wyjców, walkami na drewniane miecze oraz deklamowaniem podniosłej poezji w języku ogrów. czy tam orków. tak się bowiem złożyło, że okno naszego pensjonatu wychodzi na plac, na którym za godzin niespełna parę, pomiędzy licznymi stoiskami z t-shirtami drakuli, wystartuje doroczny festiwal średniowieczny. z tej przyczyny, kochany pamiętniczku, przez całą dzisiejszą noc trwała próba generalna, czyli takie world of warcraft, tylko że z żywymi ludźmi. budząc się w środku nocy, podchodziłem nieśmiało do okna i widziałem ich twarze – rycerzy, królów, księżniczek i paziów, i jednego byłem pewien: nikt tutaj nie przyjechał żartować.

4. cluj napoca

[187] nagle, z tego wszystkiego, rumunia. budzę się w wiktoriańskim anturażu: ciężkie fotele, ciężkie hebanowe łóżka, mała acz poważna szafeczka nocna obok, a w górze żyrandol, żyrandolek właściwie – mini wersja żyrandola z transylwańskich cerkwi. w pokoju jest ciemno, z karniszy zwisają ciężkie bordowe zasłony, wobec czego lepiej słychać, co wydarza się na zewnątrz. a tam już mkną w te i we wte po hotelowym patio boje z torbami, kelnerki na obcasach i służby porządkowe, najbardziej spośród całej obsady przejęte porankiem. obok niewzruszenie szeleści fontanna. pokój mamy z oknem na patio, tuż przy półokrągłej, granitowej fontannie, skąd od bladego świtu mieli się woda i nie pozwala spać. za moment z pokojów wybiegnie dziatwa i poranek ostatecznie będzie można uznać za zakończony. o właśnie.

3. debreczyn

[186] kochany pamiętniczku, poranek w debreczynie przy péterfia utca jest chyba najgłośniejszym od tygodni. w pokoju, o ścianach bardziej żółtych od – nie znajduję lepszego słowa – cytrynki, wyje przenośna lodówka i szumi wiatrak na ruchomej nóżce. przez uchylone okno wartko leje się gwar ulicy – to nie do wiary, pamiętniczku – tyle gwaru w tak spokojnym mieście. wszystko to okazuje się jednak mniejszym złem w porównaniu z temperaturą pokoju, mimo że – powiedzmy sobie szczerze – zimna woda w lodówce wciąż jest nie dość zimna, przeciąg nie dość porywisty, a mielone przez wiatrak powietrze nie dość orzeźwiające.

głowa z rana boli mniej, choć kark po nocy bardziej sztywny. autodestrukcyjne tendencje na węgrzech uruchamiają się w najmniej oczekiwanych momentach. także – czy może przede wszystkim – w trakcie zabawy. przedwczoraj nad balatonem straciłem w trakcie zabawy zęba, zerwałem z czaszki trzy centymetry kwadratowe włosów i przetrąciłem kark. wczoraj, z tej okazji, odbył się dzień lekarza. dziś, po drodze do rumunii, jeszcze chirurg i za parę dni znów będę śmigał jak helikopter. o ile, oczywiście, wcześniej nie zetnę się jak żółtko w żółtym jak cytrynka pokoju przy péterfia utca.

2. balaton

[185] zerkam przez okno i widzę cieniutki pień drzewa z bujną koroną w kształcie głowy almodovara. drzewko ani drgnie, powietrze na zewnątrz stoi jak kisiel w szklance, trzeba uważać, żeby się nie udusić.

dziś obudziłem się w pensjonacie nad balatonem. balaton to taka węgierska wersja sopotu, a ja jestem polską wersją sennego węgra. pokój jest skromny, ale z trzema łóżkami, choć potrzeba tylko dwóch. łazienka wspólna na korytarzu, tak samo kuchnia. przed pokojem, który wychodzi na ogród z drzewkiem w kształcie głowy almodovara, dwa plastikowe krzesełka i plastikowy stolik nakryty ceratą. na barierce suszą się ręczniki, sporo wczoraj pływaliśmy.

po ogrodzie przemyka czarny kot, najwidoczniej nie może sobie znaleźć miejsca. od wczoraj próbuję go zwabić sztuczkami starego kociarza, ale tylko mierzy mnie z odległości i czeka, aż przestanę. matulką kota i właścicielką całego pensjonatu jest natalie, pogodna żydówka w dżinsowych szortach, trochę węgierka z budapesztu, trochę amerykanka z los angeles, przy okazji instruktorka jogi i wariatka na punkcie filmów istvána szabó i kapeli the slits. nie ma nas – pensjonariuszy – zbyt wielu, więc można się sobie nawzajem poprzyglądać.

zaraz dziesiąta. niebo nad balatonem czyste jak łza, powietrze stoi jak kisiel w szklance. drzewko w kształcie głowy almodovara mówi: uciekajcie, moje drogie słoneczka, nim postanowicie zostać tu na zawsze.

1. budapeszt

[184] kochany pamiętniczku, otwieram oczy i już mnie nie ma w gdańsku. najpierw jestem na słowacji, potem na węgrzech, za chwilę będę w rumunii. budzę się z drapaniem w gardle, odkąd wyjechałem, więcej palę, mniej jem. dzisiaj obudziłem się w budapeszcie. krzysztof varga powiedział, że to miasto melancholii. jestem tu krótko, parę dni zaledwie, ale chyba rozumiem, co miał na myśli. w budapeszcie uśmiechają się tylko turyści.

poranki w obcym mieście są ekscytujące. teraz w hotelu przy ulicy rakocziego słychać wiercenie, buduje się nowy pokój. pewnie zgoła jak ten, w którym właśnie leżymy: wąskie łóżka, symboliczna szafeczka z wieszakiem, łazienka tylko nieco większa niż szafeczka i mikroskopijny telewizor na ścianie. zaskakujące jest tutaj tylko biurko, długie i szerokie, nie pasujące do reszty. można by doszukiwać się w tym podwójnego znaczenia.

pomiędzy wierceniem dobiega węgierski szmer. trudno rozszyfrować, co jest mówione, bo węgierski jest językiem niepodobnym do żadnego innego. może poza fińskim i estońskim, które też są niepodobne do żadnego innego. wyobrażam sobie, że chodzi o biurko: jak wielkie powinno być i w którym miejscu je postawić. czy zagra z mikroskopijnym telewizorem na ścianie i czy poeta z polski odczuje dostateczne wyrzuty sumienia, gdy będzie na nie spoglądał. jak mówię, poranki w obcym mieście są ekscytujące.

tuwim krótka łapa

[183] chyba nie mówiłem tego państwu wcześniej, chociaż nie jest to żadna tajemnica: jestem ortodoksyjnym miłośnikiem kotów. być może nawet – co jest tezą przecież ryzykowną – największym miłośnikiem kotów, jaki w ciągu ostatnich piętnastu lat stąpał po gdańskiej ziemi, przeto nie dziwi (a i wśród przyjaciół i znajomych zdanie to powtarzałem zapewne setki razy), że największą miłością mojego życia jest właśnie jeden z moich kotów, tuwim krótka łapa. tak się nazywa, tak go nazwałem, gdy wespół z czwórką swojego rodzeństwa został powity w kuchni w domu moich rodziców przez kota przybłędę, którego z kolei wcześniej nazwałem tuwimem, nie mając naturalnie pojęcia, że mamy do czynienia z kotką, nie kotem. narodziny tych pięciu uroczych zbirów były zatem pewną niespodzianką.

jako że tuwim krótka łapa wraz ze swoim braciszkiem, tuwimem długą łapą, niezwykle był do swojej mamy podobny (cały czarny, z białym krawatem i białymi skarpetami na czarno umaszczonych łapkach), postanowiłem, że obu nazwiemy tak samo, ale dla większej precyzji dodamy indiański prefix – ze względu na długość białych skarpet. stąd właśnie wziął się tuwim krótka łapa, później zwany krótko – „krótkim”.

pięć kotów to nie lada wyzwanie, dlatego po kilku tygodniach, gdy koty się usamodzielniły, wyszło z domu rozporządzenie, aby część rodzeństwa rozdać po ludziach. na pierwszy rzut poszedł tuwim krótka łapa. matka zapakowała go do kontenerka i pojechała do pracy, gdzie miało nastąpić przekazanie kota jego nowym właścicielom. jak się można domyślić, do żadnej wymiany nie doszło, zamiast tego matka moja rozpłakała się jak bóbr i dodała tylko, że bardzo przeprasza za kłopot, ale jednak nie może oddać kotka, gdyż strasznie go kocha. tuwim krótka łapa wrócił do domu, a rodzice doszli do wniosku, że na próbę zatrzymamy wszystkie pięć i zobaczymy, co się stanie. ostatecznie nigdy nie oddaliśmy żadnego z nich.

można zatem powiedzieć, że całe moje dorosłe życie jest życiem z tuwimem krótką łapą. brzmi to naiwnie, nawet niepoważnie, ale odkąd skończyłem 18 lat, czyli odkąd przeprowadziliśmy się z rodzicami i bratem z mieszkania na blokowisku do domu jednorodzinnego pod lasem – krótki jest niemal w każdym moim wspomnieniu, jak na zdjęciu: o ile akurat nie łazikuje na pierwszym planie, to na pewno szwenda się gdzieś w tle. tak mocno wpisał się w moje życie (albo to ja tak mocno wpisałem się w jego). jeśli doszukiwać się przyczyn mojej zwariowanej miłości wobec kotów, byłaby to z pewnością miłość wyprowadzona z mojej relacji z tymi pięcioma, przypadkowo poczętymi w naszej kuchni urwipołciami, przede wszystkim zaś z mojej relacji z tuwimem krótką łapą, pieszczotliwie nazywanym przez moją matkę szałaputem. podejrzewam, że nawet mój nie dość prosty kręgosłup jest sprawką krótkiego, a może winą mojego zbyt miękkiego serca, trudno teraz powiedzieć. pamiętam tylko, jak przez pierwsze lata swojego życia krótki regularnie wkarowywał mi się do pokoju, mościł sobie gniazdo z mojej pierzyny i zasypiał jak w swoim. a ja, nie mając serca, aby go zbudzić i wyprosić – przymykałem oko na te jego imperialistyczne zapędy i układałem się na łóżku w dziwnych pozycjach, aby na pewno miał wygodnie. tak daleko posunięty był mój altruizm. on zresztą odwdzięczał się, jak mógł: przynosił myszy, ptaki, owady, żaby. a także – wbrew temu, co się o kotach myśli – obdarzył mnie kocią miłością i zaufał, jak tylko kot może zaufać człowiekowi. tak zawsze widziałem tę naszą relację i wydaje mi się, że on swoim kocim okiem mógł ją widzieć podobnie: człowiek i kot, ja i tuwim krótka łapa, najwięksi przyjaciele na świecie.

od kilku miesięcy krótki choruje. rak kości. na początku mała narośl w okolicach przedniej łapy, z którą jednak niewiele dało się już zrobić. więcej od tego czasu śpi, ale do niedawna jeszcze świetnie sobie radził, nie tracił apetytu, dalej broił po swojemu. od kilku tygodni schudł wyraźnie, przedwczoraj zniknął na całą noc, co mu się nie zdarza, a gdy rano znalazłem go w ogrodzie sąsiadów, okazało się, że doszedł jeszcze paraliż tylnej łapy. dlatego nie wrócił na noc. nadal wprawdzie mruczy, gdy biorę go na ręce, nadal chętnie wsuwa szynkę, którą mu przynoszę w kawałkach, ale obaj wiemy, on chyba też to czuje, że nasz wspólny czas powoli się kończy. od wczoraj się nie rozstajemy. od wczoraj do zaledwie jutra. jutro bowiem pojedziemy razem do przychodni, z której tylko ja wrócę do domu. on już będzie gdzie indziej i mam nadzieję, że tam będzie miał lepiej. ach, gdybyś tylko wiedział, maluchu, mój ty największy przyjacielu, jak trudno mi się z tym pogodzić, gdybyś tylko wiedział, jak bardzo i ja teraz cierpię i jak bardzo nie do zniesienia jest to cierpienie.

tymczasem leżymy, jeszcze wspólnie, na podłodze w łazience, bo tam jest najcieplej. krótki leży na kocyku i poduszce, jak koci książę. ja leżę wokół niego, głaszczę go, powtarzając w kółko te same zdania i cóż, człowiek ze stali, którego mało co w życiu obchodzi, płacze teraz jak dziecko, ja płaczę teraz jak dziecko nad swoim ukochanym kotem i łzy lecą mi jak oszalałe, podczas gdy krótki spogląda na mnie ufnie tymi swoimi wciąż pięknymi, choć zmęczonymi już oczkami, spogląda na mnie ufnie i mruczy.

Copyright © 2024 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑