[72] taki miałem niedawno sen: godzina wieczorna, jesteśmy ze szczepanem kopytem w hangarze wielkim jak katedra notre dame w paryżu. hangar jest opuszczony i zdruzgotany. szczepan siedzi na plastikowej skrzynce na piwo i ostrzy patyk, ja stoję z boku i rzucam kamieniami w resztki szyb w oknach. co jakiś czas słychać trafienie. na ziemi leży czarna, podłużna torba przypominająca plastikowy worek na zwłoki. w pewnym momencie szczepan podnosi patyk w górę i przez kilka sekund przygląda mu się uważnie, aż wreszcie kwituje: „dobra, jest”. podnoszę plastikowy worek na zwłoki, szczepan wbija zaostrzony patyk w gruzowatą ziemię, ja wyciągam z worka dwa kije do golfa (zdaje się, że drivery), szczepan z kieszeni wyjmuje kilka piłeczek i mówi: „yo, to gramy”
Autor: jakobe
short introspekcja
[71] całkiem niedawno podczas spotkania autorskiego pewna kobieta – jak się przedstawiła – z krytyki politycznej zapytała mnie, jak to możliwe, że w mojej książce nie ma kalek językowych. ona osobiście – tak powiedziała – uważa to za sukces, ponieważ obecnie niemal wszyscy biorą wszystkich pod kalkę i nikt nie mówi swoim prywatnym głosem. w sensie autorzy nie mówią swoimi prywatnymi głosami, ale głosami zaczerpniętymi z rzeki, co zasadniczo kłóci się z ideą autora i autorstwa jako takiego. trochę nad tym pomyślałem i doszedłem do wniosku, że sam nie wiem. być może jest tak, że ja po prostu czytam mało albo mało co mnie interesuje i tym samym przebywam wiecznie w jednym pokoju, który jest moim własnym pokojem, i co za tym idzie – nikogo poza sobą nie rozumiem. jeśli tak jest w istocie, jeśli tylko siebie rozumiem, niech pójdę precz w diabły
odebrane
[70] taką wiadomość otrzymałem:
W najbliższą niedzielę 5 lipca w magazynie „Trochę kultury” w Polskim Radiu Szczecin Konrad Wojtyła i Andrzej Skrendo recenzować będą wydaną przez Portret książkę Jakobe Mansztajna pt. „Wiedeński high life”. Rozmowy można posłuchać w Internecie na www.radio.szczecin.pl między godz. 12.00 a 13.00. Zapraszamy!
tyle. ołwa
wiedeński high life
[69] po siedemnastu latach wytężonych prac redaktorskich wyszła, jak to się mówi, moja książka. książka nazywa się „wiedeński high life” i w całości została napisana przez mojego kumpla, który parę lat temu wyjechał do stanów i który prawdopodobnie nigdy się nie zorientuje, że ukradłem mu czterdzieści dziewięć tekstów. gdzie można książkę nabyć – jeszcze nie wiem, ale z zewnątrz wygląda tak:

okładkę zrobiła kasia nowowiejska, a cenną, redaktorską poradą starszego kolegi służył giera. obojgu jestem wdzięczny. no, to w porządku, teraz idę zrobić pranie
[apdejt: no więc książkę można na pewno nabyć na stronie wydawnictwa „portret„. należy w tym celu przelać 12 polskich złotych za książkę plus 8 polskich złotych za przesyłkę na konto PKO BP I o./Olsztyn 59 10203541 0000 5802 0065 2701 i w tytule transakcji wpisać jak w tytule notki]
raport z miasta, cz. 2
[68] no i nie wychodzi, obiecałem, że się przyłożę, odstawię szwendanie się po mieście i znów będę regularnym blogerem, i co? i tak zwana dupa blada, nadal szwendam się po mieście, snu zażywam mało, a w domu nie bywam, bo nie mam po co. w międzyczasie polecam zatem nowy portal, który wespół z kolegami i koleżankami właśnie otworzyliśmy. portal nazywa się zojcem.pl i jest w porządku
[edit: portal nie nazywa się już zojcem.pl, ponieważ słowo ojciec najwyraźniej nie dźwiga w tym kraju innych konotacji poza religijnymii. dlatego teraz mamy do czynienia z projektem kzo]
raport z miasta, cz. 1
[67] na początek pytanie: dlaczego święto pracy nazywa się świętem pracy, skoro nikt tego dnia nie pracuje? jeśli święto pracy byłoby w istocie świętem pracy, obywatele pracujący winni w tym uroczystym czasie wyrabiać kosmiczne nadgodziny, gdy tymczasem leżą na sofach jak postrzelone na polanie sarny. jeśli zatem leżą na sofach jak postrzelone na polanie sarny, to nie święto pracy, ale raczej święto postrzelonej sarny. idąc dalej tym tropem, można by, na przykład, świętem wojny ochrzcić dzień, w którym wszystkie konflikty militarne zostają czasowo zawieszone, zaś święto zdrowego rozsądku oznaczałoby w rzeczywistości święto głupoty, podczas którego ludzie wygadują doszczętne kretynizmy i nic im za to nie grozi. ja się – rzecz jasna – nie czepiam ani nie szukam dziury w całym, a jedynie pokątnie dłubię palcem w ziemi
jeśli zaś mowa o ziemi, to matka ziemia wydała niedawno na świat świńską grypę. wobec czego światowa organizacja zdrowia, nie pozostając obojętną na problem, podjęła radykalne kroki i w zdecydowany sposób ogłosiła ryzyko globalnej pandemii. ryzyko pandemii to jedno, a rozpętanie paniki na świecie to drugie, i tak oto jeden z wysokich urzędników rzeczonej organizacji parę dni temu wypowiedział takie mniej więcej zdanie: pytanie nie brzmi, czy ktoś jeszcze na świńską grypę umrze, ale ile tysięcy osób umrze*. cóż, powalająca i zupełnie niepotrzebna jest szczerość urzędnika; jeśli bowiem mamy do czynienia z czymś na wzór ptasiej grypy, która od 2003 roku do dzisiaj zabiła – przepraszam za słowo – ledwie 130 osób (z czego prawie 90% ofiar to mieszkańcy wietnamu, kambodży, tajlandii i indonezji, gdzie od stuleci z powodu kiepskiej higieny umiera się – tu znów przepraszam za słowo – na byle co), to ja nie wiem, czy światowa organizacja zdrowia przypadkiem znowu nie przesadza. jeśli w ciągu miesiąca na świńską grypę umiera w meksyku osiem osób a w stanach zjednoczonych jedna, i jeśli z tego powodu podnosi się światowe larum, które połowę tego świata przyprawia o bojaźń i wpędza w srogie zakłopotanie – to sorry, ale już nawet na mojej dzielnicy w ostatnim czasie umarło więcej osób
*cytat brzmiał dokładnie: tak, ludzie będą umierać (na grypę). to nie jest kwestia tego czy będą umierać, ale tego jak wiele będzie ofiar – tysiące czy dziesiątki tysięcy, i powiedział to nie wysoki urzędnik who, a wysoki urzędnik komisji europejskiej. tak gwoli ścisłości
kryzys
[66] na początek z innej beczki: g 20. co to jest g 20? parę dni temu państwa z tak zwanej grupy g 20 (czyli dziewiętnastu najbardziej rozwiniętych krajów świata plus przedstawiciele unii europejskiej) podjęły decyzję, że zrobią ściepę i zrzucą się na pomoc finansową dla banków, które pogrążone są w głębokim gardle kryzysu. nie trzeba długo szukać, aby dowiedzieć się, że dotowane banki to nie są banki publiczne, że w ogóle coś takiego jak bank publiczny przestało mieć miejsca i że dotacja w wysokości rzeczonych dylionów idzie do rąk prywatnych, albowiem dotowane banki w całości także są prywatne. mówiąc otwartym tekstem, rząd mojego kraju wykłada publiczne pieniądze na to, aby prywatny przedsiębiorca, któremu interes nie idzie, nie poleciał doszczętnie z torbami. proszę wybaczyć, ale dotychczas sądziłem (pomimo braku stosownego wykształcenia), że w kapitalistycznym państwie obowiązują twarde prawa przyrody oparte na selekcji naturalnej: jeśli sklepikarz nie jest w stanie utrzymać interesu, to go zwija i sam albo się przebranżawia, albo idzie na zasiłek. tutaj zaś mamy sytuację odwrotną, gdzie organ decyzyjny, w tym przypadku grupa g 20 (a właściwie członkowie grupy g 20, działający z publicznego mandatu), dorzuca prywatnemu sklepikarzowi do interesu, ażeby ten dalej uprawiał swój nierentowny interes. a może coś tu nie gra i ów organ decyzyjny działa w tajnym porozumieniu ze sklepikarzem? to już jednak temat na oddzielną rozmowę
lądek zdrój
[65] miałem tutaj drobną przerwę, ale nie ma takiej przerwy, żeby za jej krawędzią (tak, krawędzią przerwy) nie wisiał jakiś stały ląd. słowem – jestem z powrotem
one more death
[64] no i tak, projekt 'spółdzielnia literacka’, o którym niżej, pochłonął mnie do tego stopnia, że przestałem się orientować we własnym życiu osobistym. gdy się spostrzegłem, metaforyczne autko, którym od wielu miesięcy jeździłem po ulicach swojego i nieswojego zadowolenia, takiego zadowolenia życiowego – to autko jęło powoli i nieuchronnie identyfikować się ze ścianą, zupełnie jak podczas crash testu oglądanego na funkcji slow motion. postawione wobec takiego testu auto nie przeżywa, ale to akurat nieistotne, nie o auto idzie. przeżyć ma kierowca, który jednak w tym przypadku także nie przeżywa. teraz leży pośród stojących nad nim ekspertów od zderzeń i z głową oderwaną od tułowia przypomina sygnalizator świetlny bez świateł. wreszcie jeden z ekspertów orzeka: drodzy koledzy, najwidoczniej musimy pracować pilniej – strefa zgniotu bowiem kończy się na bagażniku<
he?
(czy to wyłącznie moje przeoczenie, czy rzeczywiście w te święta nie puścili szklanej pułapki? a jeśli rzeczywiście nie puścili, to kto za tym stoi, dlaczego jeszcze nie stracił pracy i w ogóle: o co ci chodzi, man?!)
spółdzielnia
[63] w sopocie tymczasem powstaje nowe miejsce, większa siostra józefa k. miejsce nazywa się jak w tytule i stronę domową ma tutaj. na stronie znajduje się odnośnik do 'bloga pułkownika’, mitycznego patrona całego przedsięwzięcia, zaś w zakładce 'dziennik filmowy’ obejrzeć można paręnaście (a będzie znacznie więcej) demiurgicznych zajawek, w których rolę wieszcza i naczelnego architekta rzeczywistości odgrywa adam. otwarcie spółdzielni lada moment, bo już w styczniu, zatem stay tuned
notatka zaranna
[62] zasnąłem w nastroju rockandrollowym. parę godzin później, obudziwszy się w nastroju katastroficznym, zastałem szorstką kołdrę, twardą poduszkę, za ciepłe stopy i za zimne czoło, zaś jama ustna to już nie była moja jama ustna, teraz to była pustynia gobi albo kalahari. jagodowa galareta za oknem – a było przed szóstą – z wolna przechodziła w galaretę wiśniową i pomyślałem, że jeśli będę leżeć choćby odrobinę dłużej, nie wstanę do siedemnastej, a jak już wreszcie wstanę o tej siedemnastej, to znaczy w sensie dosłownym – podniosę się z łóżka na proste nogi, wtedy krew w żyłach oszaleje i nieprzytomny runę na podłogę. upadając, jeszcze zahaczę głową o kredens, a odbita od kredensu głowa oderwie się od szyi i poturla w stronę kuwety. proszę się nie dziwić, ale tak to niestety wygląda z perspektywy człowieka na kacu
symboliczną przemianę galarety jagodowej w galaretę wiśniową uznałem za odpowiedni moment, aby wykonać ruch. kondycja moja była niepewna, kondycja człowieka, który próbował podnieść się z łóżka, była wyraźnie niepewna, lecz krew dzielnie zniosła wysiłek; zdołałem umyć twarz, wciągnąć skarpety i wyjść do sklepu. w sieci 34 akurat przyjmowali pieczywo i wyborczą. stojąc przed półką z miodem i obserwując faceta ze skrzynką pełną bochnów, przypominałem latarnię. przypominałem latarnię, ponieważ w istocie nie przypominałem jej wcale: na szczelnie oświetlonej przestrzeni marketu pozostałem jedynym punktem, który ukryty był w cieniu
61
[61] parę tygodni temu matka zaprosiła mnie na obiad, przy obiedzie wyznała, że ojciec nie czuje się najlepiej. zapytałem, co to znaczy nie najlepiej, na to matka, że go w piersi boli, do tego kaszel, straszliwe napady kaszlu, które jemu i jej spać po nocy nie dają. chwilę później dodała, że niedawno zrobiono ojcu usg; z usg – zdaniem lekarza – jasno wynikało, że w ojcowskiej piersi gnieździ się nowotwór. jak to powiedziała, lodowate dmuchnięcie przetarło mi czoło
inni lekarze mieli więcej wątpliwości (albo to była litość). punkcja, która miała odpowiedzieć na wszystkie pytania, niczego nie wykazała. pobrana tkanka okazała się zbyt mała, aby jednoznacznie stwierdzić, czy w piersi rzeczywiście gnieździ się nowotwór, czy może cała sytuacja to jedynie ponury żart ponurego kapitana żeglugi. konieczna więc była operacja
w dzień operacji chodziłem jak struty, cały czas próbowałem zająć myśli. na chwilę przed wyznaczoną godziną operacji zadzwoniła matka, zapytała, jak tam u mnie. nie wiedziałem, jak tam u mnie, przez ostatnie dni nie byłem w nastroju przyjrzeć się sobie. powiedziałem, że w porządku. zapytałem, jak tam u niej. powiedziała, że w porządku. parę godzin później zadzwoniła raz jeszcze, głos miała zmęczony, ale wiadomość dobrą
pierwsze zdania filmu
[60] jak się człowiek zmęczy pisaniem, zmęczy na tyle, że musi przysiąść na sofie i kark powyginać pod różnym kątem, uśmiechnąć się do kota, zamlaskać, zdziwić na pogodę, słowem – rozruszać mięśnie twarzy, bo te od pisania zastygłe, wtedy bierze człowiek do ręki stary film, który zna i lubi, a lubi te, które przynajmniej raz widział, i z miejsca serce człowiekowi roście, kark się rozluźnia, mięśnie mimiczne wracają do ruchu. i tak dwudziesty czwarty raz oglądam pulp fiction, i w skrytości ducha myślę, że jak już napiszę, co mam w życiu do napisania, a nie jest tego tak dużo, wtedy nakręcę film o dobrych bandziorach. film zaczynać się będzie od zdania: nie wiem, skąd to się bierze, mary jane, pogoda, brak witamin, czy ogólna tendencja, tak czy inaczej – po trzech dniach względnego zdrowia katar, kaszel, ból głowy, ból gardła, ból zatok znów nie dają mi spokoju i czuję, że najwyższy czas, mary jane, czuję, że najwyższy czas pójść do lekarza, niech sprawdzi i powie, co myśli. po czym nastąpi napad na hipermarket i długi pościg ulicami zgierza
ale masło?
[59] przerywam milczenie, aby zakomunikować, iż johnny rotten, wokalista sex pistols, legenda punk rocka, onegdaj największy pryszcz na dupie królowej brytyjskiej – zagrał w reklamie masła. tym samym punk rock oficjalnie zmarł. pora zwijać żagle, johnny