Autor: jakobe

notatka z podróży, cz. 0

[18] od poniedziałku jestem w strasburgu. wprawdzie nie rozumiem, co się do mnie mówi, co się do mnie woła na ulicach i co oznaczają napisy w menu, i to jest oczywiście pewna nie dająca się zbagatelizować przeszkoda w nawiązywaniu swobodnej łączności między mansztajnem a tak zwanym światem zewnętrznym; ale pod dobrymi skrzydłami jestem. zosia, która wychowała się w strasburgu, zasadniczo wie co i jak, z zosią to ja akurat nie zginę. co do samego strasburga jest strasburg miastem ładnym. i nie to że wyczesana katedra czy zabytkowe kościoły, nie to że restauracyjki, jak z czasu drugiej wojny światowej, ani że urokliwe placyki, gdzie na zielonej trawce pali młodzież lulki, nie to że to i nie to że tamto. w strasburgu ładne jest zwłaszcza wszystko, a już zupełnie przede wszystkim ładna jest w strasburgu atmosfera. miasto jest leniwe, ludzie z twarzy uprzejmi, syfu niewiele. czego chcieć więcej, pytam retorycznie i całkiem serio

rzecz o paleniu

[17] w ostatnią niedzielę zakończył się w gdańsku „12. festiwal gwiazd„. taki festiwal to jest zawsze wspaniała okazja, żeby sobie obejrzeć coś fajnego. kino potrafi być fajne, potrafi to zwłaszcza kino europejskie, choć i kino z usa niekiedy daje radę, czego dowodem może być na przykład szklana pułapka (vol.1, vol.2, vol.3), której jestem oczywiście ortodoksyjnym fanem, czy choćby niedawny zodiak, o którym się mówi i mówi, i dobrze, bo w końcu jest o czym

podczas rzeczonego festiwalu odbył się przedpremierowy pokaz filmu inland empire autorstwa davida lyncha. mnie się na ten film – nie ukrywam – chciało bardzo, w tym celu wysłałem nawet pechowego esemesa za złotych 1,22 z prośbą o podwójne zaproszenie. niestety, maszyna losująca prędko wyprowadziła mnie z błędu, odpowiedziała, że konkurs, w którym biorę udział i w którym nagrodą jest podwójne zaproszenie, jeszcze się nie rozpoczął, więc sms nie został zarejestrowany, więc najlepiej zrobię, jak wyślę kolejnego, gdy się konkurs rozpocznie. a takiego wała, rzekłem

to, o czym chcę wspomnieć, to nie fajny film, którego w końcu nie obejrzałem, a wykład, wygłoszony przez davida niejako ekstra, z festiwalem i filmem niezwiązany, festiwalu i filmu niedotyczący. pomyślałem, że to miła pamiątka będzie, taki wykład z davidem – wziąłem więc, ciepłą ubrałem kurtkę i do kościoła św. jana, gdzie się rzecz miała rozegrać, pełen nadziei i wiary poszedłem

wykład dotyczył medytacji, którą david uprawia podobno od trzydziestu lat. ja zawsze jestem pełen podziwu, jak się komuś chce, a davidowi – widać – chce się bardzo. podekscytowany tym, co zaraz usłyszę, wygodnie zainstalowałem się na niewygodnym krzesełku i zaczekałem na rozwój wypadków. po dwudziestu minutach, w których david zdążył powiedzieć miedzy innymi o zjednoczonym polu, wirującym świetle a także buzującej kreatywności, uświadomiłem sobie, że nie, że ja chyba nie rozumiem, co się do mnie mówi. lecz david ciągnął dalej i dalej tym samym, niepojętym dla mnie językiem. ach, co to była za jazda, mili państwo! wreszcie, gdy uniósł david dłoń drżącą i z zamkniętymi oczami jął opowiadać o czystej kuli, w której mieści się bezgraniczne doświadczenie, bezgraniczne ciepło – wyszedłem zapalić. chociaż nie palę

wafel

[16] wczoraj dostałem od zosi książkę. książka jest autorstwa łukasza orbitowskiego i nazywa się tracę ciepło. ja tę książkę, o czym zosia przecież doskonale wiedziała, chciałem kupić już dawno, ale zapomniałem. zapomniałem albo nie było mnie stać; przede wszystkim zaś nie było mnie stać. tak czy inaczej wczoraj dostałem książkę, na którą od dłuższego czasu jestem poważnie napalony, i – jak to się mówi – zrywam z tego powodu wafla. jak przeczytam, powiem więcej albo i nie


pees. a dostałem z okazji kolejnych w tym roku imienin. bo ja, proszę państwa, jeśli przyjąć, że na imię mam jakub, imieniny świętuję dokładnie 30 razy w roku, i wczoraj akurat wypadły kolejne, osiemnaste. następne, licząc od dziś, już za osiem dni

untitled

(bywa tak, że się człowiek zaniepokoi. że wróci człowiek do domu, do zosi wróci i zosi w domu nie znajdzie. bo właśnie wyszła zosia, wyszła i wróci za niedługo. i w tej chwili niedługiej, kiedy zosi nie będzie, zamyśli się człowiek nad sobą, a właściwie zamyśli nad zosią, i z tych myśli o zosi, które są jak przyczółek, wyprowadzi myśl nową, zupełną – że jest dobrze, że jest człowiekowi rozpaczliwie dobrze i że dawno, jeśli w ogóle kiedykolwiek, tak dobrze człowiekowi nie było. i tutaj się właśnie, w tej chwili niepozornej, ów zaniepokoi – ma przecież tyle, a tyle to on jeszcze nie miał)

kiedy prezydent spotyka prezydenta

[15] bierze i na konferencję prasową wychodzi, jak to się mówi, zbejcowany, i tonem bełkotliwym, wodząc na pół przytomnym wzrokiem za tym, co niedostrzegalne, oświadcza dziennikarzom i całemu światu, że właśnie odbył spotkanie z prezydentem putinem i – czego już nie powie na głos, ale co daje się wyczytać z mowy rozbujanego ciała – że na tym spotkaniu nie tylko dyskutowano, nie tylko podejmowano kluczowe dla świata decyzje, ale także zwyczajnie grzano gorzałę i że on, prezydent francji, tej francji, która gorzały nie pije, grzał również – to mnie się, drodzy państwo, twarz w odruchu solidarności czule do takiego prezydenta uśmiecha i pijane, ludzkie oblicze takiego prezydenta, dotąd obojętne, o tysiąckroć bliższe sercu staje niźli cały kościół obrzydliwie trzeźwych mord w tym porządnym jak prawo i sprawiedliwość państwie

czasowniki

[14] czasy są burzliwe, choć właściwie już po burzy. jeśli śledzą państwo, a wiem, że część z państwa śledzi, losy sąsiedniego bloga chodnik.ownlog.com, to pewnie zauważyli, że mnie od jakiegoś czasu, dokładnie od pięćdziesięciu jeden dni, na chodniku nie ma, to znaczy nie współredaguję, nie odzywam się, nie przewijam. i to jest spora zmiana w mojej sytuacji, ponieważ uczestnictwo w społeczności chodnika wiązało się nie tylko z prowadzeniem bloga – a pal go licho!, ale przede wszystkim z prowadzeniem życia w ściśle obranym gronie. i to się za moją sprawą, ale również, czego wciąż nie mogę odżałować, wskutek braku zrozumienia ze strony tych i owych – skończyło

jedna zmiana pociąga kolejną: od miesiąca nie spałem we własnym łóżku, a łóżko, choć z ikea, mam przecież wyjątkowo udane (kto próbował, nie zaprzeczy). od miesiąca bowiem przebywam na wyspie szczęśliwej, gdzie zosia i gdzie życie, jak ten strumyk z piosenki o ziołach, płynie z wolna. i ta drobna różnica w użyciu czasowników, na którą pozwolę sobie zwrócić państwa uwagę, że płynie, a nie na przykład toczy się, odpowiada za wszystko inne

poza tym poezja. poezja ostatnio jest właśnie w kręgu tematów poza tym, choć ja i mój dajmonion mamy wielką i szczerą ochotę na reaktywację. w tym celu wysłałem wreszcie materiał na książkę do pewnego wydawnictwa (o którym na razie nie powiem) i cierpliwie czekam na druk. czekam, choć mam wątpliwość – równie szczerą, co ochotę – czy będę z książki zadowolony, wszak co rusz coś ruszam, poprawiam, majstruję, zmieniam. z drugiej jednak strony, to podobno taki konik piszących, że poprawiają, póki nie wydają. że właśnie po to się książkę wydaje, aby przestać ją poprawiać

wreszcie praca. od pewnego czasu rozglądam się, i to rozglądam coraz intensywniej, za jakąś dobrze płatną, nie wymagającą dużych nakładów energii, niezbyt czasochłonną i dającą nieograniczone możliwości pracą (ewentualne oferty, które spełniają w/w kryteria, proszę kierować śmiało pod adres mansztajn@o2.pl). bo mnie, proszę państwa, naszła w końcu ochota, parszywa ochota wczesnego wieku dorosłego, o której nie mogę jeszcze powiedzieć, że jest constans, ale która dobrze wróży – na tak zwaną, przepraszam za słowo, samodzielność

k3 sopot slam #4

[13] a po poznaniu, w niedzielę wieczór, wydarzył się k3 sopot slam – kolejny, czwarty już, kurczę jak ten czas leci, odcinek. gwoli przypomnienia: k3 sopot slam to takie wcale nie małe, cykliczne przedsięwzięcie z sortu kulturalnych, które sobie co jakiś czas wespół z kolegami i koleżanką z k3 hucznie wyprawiamy. polega to na tym, że się bierze kilku poetów, muzyka jakiego, najchętniej – że uproszczę – scenicznego zwierza i pojeba, i na tytułowy slam przy pomocy środków promocyjnych przyciąga jak największą liczbę slamerów. i rzecz w ten sposób przebiega, że najpierw słuchamy poezji – słuchamy uważnie i nie przeszkadzamy. następnie przychodzi muzyk i szaloną rozpoczyna zabawę (publiczność bardzo się cieszy). wreszcie po muzyku na scenę wychodzą slamerzy i mówią, co mówić mają

i o co chodzi tym razem: tym razem chodzi na przykład o to, że pierwszy raz od początku trwania k3 sopot slamu zjawiło się wszystkich pięciu poetów (a pięciu, bo tak sobie wymyśliliśmy, że pięć to jest akurat tyle, żeby nie było za mało); czy na przykład o to, że przyszła telewizja, że zrobiła całkiem obszerny raport i później ów raport wyemitowała w telewizorze; czy na przykład o to, że mimo nie dość głośnej akcji marketingowej i raczej pokaźnej ceny za wejście, że mimo tego i mimo imprez konkurencyjnych przybyło na slam prawie sto czterdzieści osób i ja nie widziałem, żeby któraś wychodziła niezadowolona

zdjęcia z imprezy tutaj i tutaj

poznań. po

[12] był poznań. poznań był od czwartku noc do niedzieli rano, i gdyby nie slam, który miał się odbyć (i zaiste się odbył) w niedzielę wieczór, wówczas bardzo prawdopodobne albo wręcz bardzo możliwe, że trwałby poznań do dziś, a ja, zamiast maszerować elegancko w swoich butach prostych a schludnych, chodziłbym na czworaka ze stopami bosemi i spojrzeniem mętnym wodząc mamrotałbym: ale się kurwa zrobiłem. trochę przesadzam, a trochę nie

ale wracając do rzeczy: co takiego w poznaniu robiono? otóż w poznaniu robiono to i owo, przede wszystkim zaś a) pito (pito napoje wyskokowe w ilościach niepokojących, choć rzekło się, przyrzekło sobie, że hola, jakub, że pić się będzie mniej, albowiem w życiu ważne są te chwile trzeźwe, a nie te chwile pijane), b) palono (lulki palono, choć lulków zwyczajowo nie stosuje się, ponieważ lulki jak wiadomo są niezdrowe), c) wydawano (chętnie i bez zastanowienia wydawano pieniądze, których nie posiada się i teraz, gdy pieniądze są naprawdę potrzebne, ich brak jest dotkliwy jak odrąbana ręka)

wreszcie poezja. poezja, przyznaję, gdzieś mi się w tym wszystkim zapodziała, zawieruszyła (siwy powiada ignorancja po chuju, zią). lecz nie to, żebym ja poezji nie lubił albo unikał – przeciwnie, ja każdego wiersza, nawet tego kiepskiego, zawsze chętnie wysłucham. na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że kiedy wysiedliśmy z zosią na dworcu głównym w poznaniu, jakaś niepojęta, poetycka żyła roztętniła się we mnie. roztętniła się tak, że zapomniałem

poznań. przed

[11] zadzwonił edward pasewicz i spytał, czy ja może nie chciałbym wyjść na środek podczas najbliższego festiwalu w poznaniu i przeczytać na głos parę tekstów. ja mówię, że, edward, chciałbym, ale mam wątpliwość natury temporalnej, ponieważ festiwal odbywa się w czasie, kiedy ja powinienem w trójmieście na przysłowiowej dupie siedzieć i na przysłowiowym pulsie przed kolejnym slamem rękę trzymać. a slam, ten nasz slam sopocki, o którym szerzej za parę dni, już trzynastego przecież, czyli jakby bardzo blisko poznania – co należy uznać za okoliczność kolidującą albo w ogóle wykluczającą. z drugiej jednak strony – poznań rulez, poznaniowi się nie odmawia, toteż mówię edwardowi, że kurczę, na krótko, bo na krótko, ale będę. tym samym pozwolę sobie serdecznie zaprosić wszystkich tych z państwa, którzy akurat znajdą się w pobliżu, na kolejny poznań poetów, odbywający się w dniach 9-12 maja. jakby kogo interesowało, wezmę udział w happeningu liryka żywa jedenastego w piątek. aj!

untitled

(metafizyka, bracie, metafizyka jest właśnie wtedy i właśnie tam, w tej niewidzialnej przestrzeni między tobą a nią, gdy nagle stajecie pośród tłumu, pośród nieprzebranej gawiedzi dusz obojętnych i nieciekawych, a w tle pobrzmiewa akordeon, szuranie butów i wątły głos staruszka, któremu zachciało się pić, i ona ściska waszą dłoń jeszcze mocniej niż przed chwilą, i w twoje zdziwione zagląda oczy, jakby prosiła, abyś domyślił się sam, bo nadal nic nie mówi i tylko delikatny grymas zdradza na twarzy. aż wreszczie po chwili usta swoje do ucha twojego przyłoży i czule wyszepcze: „misiek, no przecież siku„)

teza o głupocie

[10] ja w sprawie pomysłów romana i jego kolegów od broni zachowuję oczywiście głęboką nieufność i jest to nieufność, mówiąc krótko, wobec głupoty. bo ja cały ten romanowy stosunek do świata i ludzi uznaję właśnie za jakiś rodzaj głupoty i to głupoty najgorszego sortu – nieuświadomionej, wessanej z mlekiem matki, w skutkach, jeśli do skutków dochodzi, zawsze zatrważającej

prawda. niech pierwszy kamieniem rzuci ten, któremu nie zdarza się palnąć publicznie jakiegoś głupstewka. mnie się zdarza dosyć często i niekiedy są to głupstewka, a niekiedy głupstwa ciężkiego kalibru, jednak tym, co odróżnia idiotę uświadomionego od nieuświadomionego romana – jest wstyd. romanowi nie wstyd i ten swój podręcznikowy (nomen omen, zresztą) idiotyzm ochoczo wystawia en public (czy ty to widzisz? czy się nie wstydzisz?), albowiem formacja, której ów przewodniczy, głupotę najwidoczniej uznała za cnotę. chociaż z drugiej strony słusznie: idiota się wszak nie boi, idiota ma czelność każdego niepoważnego pomysłu (raz, dwa, trzy) bronić ze świętym przekonaniem, że walczy w dobrej sprawie i nic, nic naprawdę nie jest w stanie zbić takiego idioty z pantałyku, czego bolesnym przykładem niech będzie choćby pomysł tej nieszczęsnej amnestii maturalnej, gdzie starsi idioci wyświadczają przysługę idiotom młodszym, zasilając w ten sposób liczne już szeregi idiotów w populacji. chuj z nimi

tym niemniej, mówiąc już najzupełniej poważnie, ideę wprowadzenia mundurków do szkół osobiście oceniam za ciekawą i wartą rozważenia. i średnio mnie przekonują argumenty oponentów, że się proces uniformizacji w prostej linii przekłada na kreowanie społeczeństwa „niewolników” (sic!). ja, proszę państwa, taki mundurek chętnie bym założył, co deklaruję jako osoba, która jeszcze kilka lat temu chodziła po szkole w korkach i żółtym dresie z turkusowym numerem „7” na piersi prawej. i nie że ja sobie taki stajl upodobałem – czasy były ciężkie i to był mój strój na tak zwane wyjścia

hity

[9] w życiu tak właściwie przywiązany jestem do trzech rzeczy: internetu, mięsa, butów (i o ile w przypadku internetu i mięsa myślę raczej o pewnych kategoriach ogólnych, a nie na przykład o kurczaku ujrzanym tydzień temu na straganie w wejherowie, o tyle w przypadku butów chodzi o moje własne brązowe, schludne, proste, przede wszystkim zaś proste, bo ja sobie prostotę w bucie cenię, proszę państwa, najbardziej ze wszystkiego. ale nie o tym jest, nie o tym, choć po części także o tym)

w związku z tym, iż nie jestem przywiązany, postanowiłem zrobić porządek z kartonami o zawartości, że tak powiem, sentymentalnej. ja takie kartony, proszę państwa, z zawartością sentymentalną posiadam naprawdę, w sensie one faktycznie u mnie zalegają w mieszkaniu na podłodze jako efekt innych porządków, co przypomina nieco filmowy kadr z pakowania się na okazję wyprowadzki na przykład mojej osobistej, z punktu a do punktu bliżej nieokreślonego

ja sobie często powtarzam, że mężczyzna sentymentalny brodzi jak ta łódka mickiewiczowska w miejscu, a mnie się chce do przodu, choć w ogóle najchętniej to chciałbym od początku, bez tego ciężkiego jak tory bagażu kartonów, które są jak żywy, wciąż tętniący dowód w sprawie, mówiąc krótko: mnie, drodzy państwo, moje doświadczenie życiowe po prostu uwiera. z drugiej jednak strony, jest w tym jakaś lekcja, albo lepiej nauczka, bowiem kto nie zna przeszłości, na wiecznego skazany jest zbója

szyst

(korzystając z przerwy, jaka się tutaj zrobiła, chciałem zapewnić, że u mnie wszystko w porządku – nie choruję, jem dużo i zdrowo, upijam się rzadziej. w wolnych chwilach odkrywam uroki zabaw siekierą i samotnych wędrówek po lesie. las rośnie długo, płonie szybko – pamiętajmy o tym, kiedy przyjdzie nam do głowy coś fajnego)

z życia poczty

[8] na pocztę chodzę rzadko, ponieważ niechętnie. jednak wczoraj mówię sobie: „owszem, wprawdzie były między nami niesnaski i zwady w przeszłości, chwile rozczarowania i zwątpienia – ale ludzie się zmieniają, a niekiedy zmieniają na lepsze”, toteż czuprynę zmierzwioną poprawiłem i na pocztę, pełen miłości i niekłamanego entuzjazmu, nadać przesyłkę poszedłem. na poczcie spędziłem trzydzieści pięć fantastycznych minut. jeśli ktoś widział „godzinę wilka” bergmana, na pewno zapamiętał scenę, w której max von sydow niejako live odlicza sześćdziesiąt sekund scenę, podkreślmy to, przewlekłą jak niewydolność nerek u kotów. na poczcie spędziłem trzydzieści pięć takich scen, choć przecież kurwa nie jestem żadnym aktorem. do domu wróciłem z raną w sercu rozdrapaną, przesyłki nie nadawszy. część z państwa zapyta pewnie: a co się stało? otóż, nie wiem, kochani, naprawdę nie wiem co i jak, ale coś kiedyś stać się musiało, jakaś olbrzymia krzywda, jakaś olbrzymia i pokutująca po dziś dzień krzywda – trzydzieści pięć minut, a ona, ta pani, oznajmia mi lekko a dosadnie (i niemal tymi słowy), że ma mnie głęboko w poważaniu, ergo właśnie sobie przerwę robi, na herbatę – o 15.41

untitled

[7] niekiedy człowiek ma tak, że go zaboli. że go zaboli nie ręka, nie ząb, nie wątroba, lecz to ciało nienamacalne go zaboli ta dusza, co siedzi w kącie i wkurwia. i człowiek wówczas, gdy go zaboli, gdy go zaboli tak, że już nie może albo próbuje się z bólem zmierzyć, przy pomocy poznawczo-emocjonalnych metod urabiania duszy ból zwalczyć, albo co jest znacznie pod każdym względem wygodniejsze idzie pić

mnie się pić odechciało, mnie się zachciało nie pić, lecz w niczym nie zmienia to sytuacji: idę pić, albowiem pić oznacza poczuć się lepiej. z domu rodzinnego cenne wyniosłem lekcje, prawdziwe lekcje życia, toteż roszczę sobie prawo do mówienia „wiem, co mówię”. jako psycholog nie twierdzę rzecz jasna, że jest to metoda dla człowieka odpowiednia alkohol to terapeuta na wskroś i do końca destrukcyjny. pamiętajcie o tym, drogie dzieci; lecz jako człowiek, którego boli, który już nie może, ośmielam się twierdzić jest to metoda najlepsza z możliwych. bogiem a prawdą, jest to jedyna metoda, jaką w ciągu swojego krótkiego żywota opanowałem w stopniu pozwalającym na swobodne korzystanie

bywa jednak z czym część państwa być może się nie zgodzi, z czym jeszcze do niedawna sam nie mogłem się zgodzić że alkohol niekiedy człowiekowi nie wystarcza. że zamiast poczuć się lepiej, czuje się człowiek gorzej, czuje się człowiek znacznie gorzej. i ja właśnie przyszedłem pijany. pijany przyszedłem w nadziei, że zasnę, tę duszę straszliwą prześpię, przeczekam, przeboleję ale nic, nie stało się nic

Copyright © 2026 jakobe mansztajn: stała próba bloga

Theme by Anders NorenUp ↑