[31] w życiu każdego dorosłego nastolatka przychodzi taki moment, gdy musi spojrzeć twarzy w pysk, powiedzieć sobie już czas i w lewej dłoni maślankę mrągowską ściskając, w prawej zaś słoik ogórków konserwowych (symbole odwiecznej manichejskiej walki słonego ze słodkim), tonem pewnym acz zdradzającym to drobne wzruszenie, które wierci się w duszy, rzec do matuli: wychodzę, matulu, i prędko nie wrócę, i wyprowadzić się z domu
Autor: jakobe
lost control
[30] zosia czyta dziennik tyrmanda, zapiski z komunizmu z roku pięćdziesiątego czwartego. rzecz, jak zdążyłem się zorientować, dotyczy właściwie nie tyle komunizmu jako takiego, co raczej ludzi w komunizmie, robaczków uwikłanych w zepsutym serniku. przede wszystkim upodobał sobie tyrmand tych pokracznych charakterologicznie, których z pasją, jednego po drugim, wyszydza. a wyszydza, należy podkreślić, podręcznikowo: krótko, błyskotliwie, dowcipnie, w tonie raczej pogardliwym. to oczywiście budzi w czytelniku szacunek. zosia twierdzi, że najciekawsze są jednak fragmenty o bognie, szesnastoletniej kochance trzydziestotrzyletniego podówczas tyrmanda, o której ów pisze, że jest głupia i że należy związek z nią czym prędzej skończyć, ale z którą skończyć nie potrafi i chyba też trochę nie chce, co przy całym tym braku czułostkowości tyrmanda nieco rozczula. mnie podczytywać tyrmanda nie wolno, zosia powiedziała, że mam swoje czytanki i niech się nie wtryniam póki nie skończy
o moich czytankach tyle: historia nocy i spiskowcy borgesa, i jeszcze the dying animal rotha. borges, mówiący głosem poety, jest momentami nawet poruszający (na przykład we wierszu oczekiwanie), lecz moja awersja do dużych, rozdmuchanych słów i serioznych tonów, z których uczynił sobie autor poetycką metodę, jest generalnie ciut silniejsza. do the dying animal stosunek mam na razie nieokreślony, chociaż podskórnie spodziewam się jakiegoś solidnego kopniaka w buzię, o którym, jeśli się wydarzy, nie omieszkam wspomnieć w kolejnym odcinku
od czasu do czasu lubimy także obejrzeć kurewsko dobry film. film kurewsko dobry to taki, który przytrafia się rzadko. jeszcze w strasbourgu poszliśmy z zosią do kina na czarno-biały control, historię niezmyśloną iana curtisa. control to właśnie taki film, kurewsko dobry, który nie bierze jeńców, a zawiesina niespokojnego oczekiwania na wystrzał unosi się w powietrzu jeszcze długo po wyjściu z kina. dobrych momentów do opowiedzenia byłoby aż nadto, dlatego nie będę nawet zaczynał. powiem tylko, że chłopaczkowi, który odegrał rolę curtisa, już za samą tylko pląsawiczną ekspresję na scenie należy się gromki szacunek. howgh
rowery
[29] pamiętają państwo ten lot z jezusem w roli głównej, który przez czterdzieści kolejnych dni na pustyni nie spożywa, nie pije, wszelkim pokusom odpowiada hola hola? moje czterdzieści dni to jakby trochę to samo, z tą może drobną różnicą, że jezusa takie numery wyraźnie kręciły, podczas gdy mnie kręcą przeciętnie. o tych czterdziestu dniach, ciężkich jak tory że się powtórzę, już właściwie zapomniałem. pohałasowały chwilę, narobiły trochę bałaganu, w końcu poszły precz. staranność, z jaką pamięć ludzka wypluwa ze świadomości niesmaczne kęsy, cała ta chirurgiczna dbałość o właściciela jest doprawdy zaskakująca. teraz zosia leży obok, niewiarygodna, z potarganymi po nocy włosami. w półśnie odruchowo przejeżdża palcem po ustach. sprawdza, czy drobna ranka, pamiątka po ostatniej opryszczce, już się zagoiła
40
[28] właśnie mija czterdziesty dzień, czterdziesty piekielny dzień z czterdziestu piekielnych. za chwilę wsiądę w samolot i za parę godzin wysiądę w strasburgu. za kilka kolejnych do strasburga przyleci zosia. proszę to sobie wyobrazić
the flying cup club
[27] a czwartego września, panie, czwartego września wydałeś na świat nowego beiruta. ty, panie, beiruta obdarzyłeś specjalną łaską, pięknym, rozdzierającym bólem, co go sam na krzyżu znosiłeś dzielnie. czternaście bolejących pieśni i żadna słaba. to jest twoja szczodrość, panie, lecz czy aby nie za zbytnia tym razem? czy nie za dużo w te serca nasze – kruche i wrażliwe – wlewasz naraz? tych czternaście bolejących pieśni, od których śmierć, panie, cudowne, jesienne podumieranie
(kto nie wie, o czym mówię, niech naciśnie sobie tutaj)
krawaty, krawaty
[26] czuję się w obowiązku, aby wyznać państwu, iż w przeciwieństwie do wielu zainteresowanych – ja, chłopiec z tego bloga, nie posiadam żadnej pewnej ani wiążącej wiedzy na temat tego, kto był rzeczywistym źródłem przecieku, kto skłamał bardzo a komu się tylko dramatycznie pomyliło, czy janusz kaczmarek cmoknął się z wielkim płatnikiem w hotelu marriott, czy jedynie zostawił mu krawat pod wycieraczką, jakie nieprawdopodobne fantazje drążą umysł el comendante ziobro, dlaczego platforma obywatelska kolejny raz przegra wybory, na czym polega komputerowy model układu, gdzie się podziało psl, komu na tym wszystkim najbardziej zależy – ja tego nie wiem, wiedzieć nie chcę. prawdę mówiąc, gówno mnie to obchodzi. tyle w tym temacie
untitled
(próbuję sobie przypomnieć, kiedy to się stało. czy wtedy, gdy w środku nocy położyłaś się na ciepłym chodniku i zapytałaś, czy mógłbym tak nie stać głupio i położyć się obok. czy może wcześniej, znacznie wcześniej, gdy wyjechałaś na święta, a ja, szukając byle pretekstu, żeby się odezwać, napisałem ci w smsie o chmurze w kształcie smerfa palącego fajkę. dzisiaj nie jestem już pewien, czy rzeczywiście widziałem tego smerfa, czy raczej wszystko zmyśliłem. albo może wtedy, gdy poprosiłaś mnie o napisanie bajki. tamtej nocy długo nie spałem, szukałem pomysłu i słów, żeby nie wyszło głupio, choć chyba i tak wyszło. wiesz, to mogło być też wtedy, to na pewno było wtedy, gdy pojawiłaś się na molo z balonem przywiązanym do nadgarstka. opowiadałaś o francuskich rogalikach, na górnej wardze miałaś opryszczkę i tak zabawnie wymawiałaś troszeczkę)
obrócony franciszek
[25] śniło się, że namalowałem obraz, a właściwie plakat, przedstawiający głowę franciszka starowieyskiego. nie taką zwykłą głowę, a taką raczej do lekcji anatomii, częściowo pozbawioną skóry, z odkrytymi szlakami mięśni i numerami, pod którymi kryły się łacińskie nazwy tychże. franciszek, jak to on, miał lekko wykrzywioną wargę (albo coś, co wisiało w miejscu wargi) i nienaturalnie rozświetlone czoło, jakby spod mięśni przebijała zapalona żarówka. i ja ten obrazek, a właściwie plakat, podarowałem zosi. zosia ucieszyła się, zaskoczona, że potrafię malować, do tego malować ładnie, i ja też byłem zaskoczony, bo przecież nie potrafię. powiedziała, że witalny taki, że ładny i witalny, ale że jeszcze ładniejszy i bardziej witalny będzie, kiedy obrócimy go do góry nogami. i wtedy okazało się, że obrócony o 180 stopni franciszek starowieyski nie wygląda już jak franciszek starowieyski, ale jak para kochanków w miłosnym uścisku, odrysowana dosłownie ze starej kamasutry. zosia chwyciła młotek i przybiła plakat do ściany. a ściana była w kolorze oranżady
po ostródzie
[24] wróciłem z ostródy i oj, kurwa. ja nie jestem przesadnie wylewny w słowie, naprawdę, ja wolę nawet powiedzieć niewystarczająco niż powiedzieć za dużo, ale tym razem należy dosadnie: takich trzech piekielnych dni to ja nie doświadczyłem chyba od matury. słowo daję. to był najlepszy bauns od czasów, kiedy sięgam pamięcią, i nie to, że ja lubię reggae (chociaż vavamuffin, vavamuffin). ja reggae raczej szanuję niż mam do reggae sympatię (chociaż vavamuffin, vavamuffin). to, co robiło imprezę, to było właśnie wszystko wokół: postaci obce i wcale nie obce, wyjęte z kreskówek na cartoon network albo z filmów tima burtona, wódka pyszna jak arbuz, bębny, niewyraźne miejsca, miękkie od ciepła chodniki, bębny, ciemność, jasność, ciemność, jasność, bębny, niebieski wodopój i fantasmagoryczny trzepak jakby z mullholand drive, spanie na twardym i nie spanie wcale, niewiasta, której taniec powodował ciarki i inne reakcje wegetatywne, nawet ten szalony chłopaczek, co napierdalał muzykę o czwartej nad ranem, pyszniutkie wino na ulicy, jeszcze smaczniejsze kradzione pierogi ruskie, wszystkie wyprawy do świata rojeń, włącznie z tymi na granicy zabawy, że na przykład nadciąga pode mnie balkon pozbawiony barierki a ja jestem na ósmym piętrze i nie mam spadochronu, generalnie atmosfera. ach, kto był, ten wie, kto nie był, ten i tak nie dowie się już i nie ma sensu języka strzępić. w każdym razie, trzy piękne dni, że tylko w pamiętniczek i wstążką odpowiedniego koloru przybrać
function
[23] dwa dni temu poszedłem na koncert zespołu function, gdzie na chwilę wcieliłem się w postać wodza apaczów, który wykonuje szamańskie tańce pomiędzy głowami współplemieńców, rozsianymi na podłodze kawiarni „delfin” w gdańsku-oliwie. taniec miał charakter wyobrażeniowy, acz niezwykle był przy tym realny, na tyle realny, że na moment zadumałem się nad własną kondycją psychiczną i gdy wróciłem do domu czym prędzej zażyłem magnez. magnez jest dobry na wszystko. z kolei kilka dni wcześniej wdrapałem się na wyżyny mistycznej epistemologii wsłuchując się w precious depechów z ich nowej płyty playing the angel. ja fanem depechów jestem raczej umiarkowanym, choć na przykład i feel you uważam za numer epokowy i w wywoływaniu obrazów wyobrażonych skuteczniejszy niż usta angeliny jolie. z innej półki: po głowie szwendają mi się także counting crowsi. counting crowsów słuchaliśmy w strasburgu. zosia lubi, ja też polubiłem, i nie wiem, czy to efekt muzyki, czy może efekt zosi. i do tego, proszę sobie wyobrazić – creed. czy ktoś jeszcze pamięta ten zespół? ja akurat pamiętam, pamiętam doskonale teledysk do what’s this life for i jeszcze lepiej refren w my own prison. i oczywiście beirut. ach, panie boże, z całego wszystkiego beirut kopie tę moją emocjonalną dupę chyba najmocniej. na domiar złego za kilka godzin wybieram się na reggae festiwal do ostródy. jeszcze nie wiem, po co. liczę, że się dowiem, jak dotrę
osobność
[22] oddzielnie robić zwariowane rzeczy i szukać słów, aby o tym wszystkim opowiedzieć. doświadczać metafizyki drobnych zdarzeń, gdzieś w deszczu, na rozgrzanych schodach starej kamienicy, na mokrym trawniku przed teatrem, w nocnym pociągu do zadymionego miasta, którego nazwy nie pamiętam. oddzielnie jadać winogrona, oddzielnie chodzić spać. wracać nad ranem do domu i zostać zaskoczonym przez deszcz. poczuć, że deszcz robi się słodki, że jest naprawdę słodki, i zostać tak przez minutę, z otwartą buzią zwróconą do góry, coraz bardziej mokry, przemarznięty i głupi z niepojętej rozkoszy. być jak bohater z książki i dalej szukać słów. wiedzieć, że piękno brzydzi się słowem, wierszem, opowiadaniem i dalej szukać słów. wiedzieć, że już nie usłyszysz nazwy tamtego miasta, nie poczujesz smaku tamtego deszczu i dalej szukać słów. mieć osobne doświadczenie, być uwieranym
ekhm
(ach, szanowni państwo, szanowne panie, no pewnie, że to miłe, kiedy się napisze chłopcu, takiemu chłopcu jak ja, w którym próżność się kotłuje, że jest raczej fajny niż nie, człowiek lubi jak go łechtają po bródce. ale wszystko ma swoje granice złote. na tym blożku, co go tu przed państwem uprawiam, rzecz coraz częściej ma się groteskowo – ja o jednym, a szanowny czytelnik, szanowna czytelniczka swoje: że jakiś mejl na wypadek, jakieś umilanie czasu, jakieś w pracy odwiedzanie. niby wszystko to, jak rozumiem, ma być miłe i sympatyczne, no bo się przecież lubimy, ale czasem odnoszę wrażenie, że czytając niektóre komentarze, czytam rubrykę matrymonialną w anonsach, chociaż nie ogłaszałem się, nie ogłaszam i nie zamierzam ogłaszać. i trochę mnie cała ta sytuacja zaczyna uwierać, i wolałbym z państwem, z paniami jednak jakoś inaczej)
szybsze czasu mijanie
[21] podobno, jak się chce, żeby czas mijał szybciej, idzie się do pracy. i ja z braku lepszego pomysłu na szybkie czasu mijanie poszedłem do pracy. praca jest zarobkowa, w popularnej firmie meblowej, której z nazwy nie wymienię, bo nie każdy musi wiedzieć, że chodzi o ikeę. i co robię? otóż, robię to, do czego zostałem powołany, do czego przygotowywało mnie życie przez całą moją karierę edukacyjną: skręcam meble. meble nie są ciężkie, praca też nie, a towarzystwo w pracy urocze. może za wyjątkiem dwóch tłuków, z którymi przyszło mi pracować: pierwszy bez przerwy chichra buzię, a drugi regularnie wymyśla jemu i jego najbliższym. naprawdę super kumple
notatka z podróży, cz. 2
[20] jeszcze przez chwilę jesteśmy w strasburgu, za tę chwilę zosia zniknie. ja zosię przytulę mocno, jakbym wierzył, że w ten sposób ją zatrzymam, i w duchu zacznę powtarzać tę swoją mantrę, co ją powtarzam od początku: ty jesteś moją wyspą szczęśliwą, ty jesteś moją wyspą szczęśliwą. i wtedy zosia zniknie
zostało trzydzieści pięć dni. pytam siebie: jak długo trwa trzydzieści pięć dni? odpowiadam: no trochę. z taką tęsknotą nie ma żartów, taką tęsknotę czuć od stóp do głowy, bo to jest tęsknota niemal somatyczna. ja się budzę rano i odruchowo szukam twojej ręki, buzi, włosów. jak dziecko
—
pees. i nie do końca byłbym szczery, gdybym się nie przyznał, jakim lolem gigantycznym jestem. jak już powiedziałem, do polandu miałem wrócić trzydziestego pierwszego lipca. wróciłem dzień później. dlaczego? otóż, tak się, drodzy państwo, niefortunnie złożyło, że samolot prysnął mi tak jakby
notatka z podróży, cz. 1
[19] wyszła zosia na moment, do szpitala pojechała zaszczepić się na okoliczność tego czy owego. za kilka dni poleci do tropikalnego peru, a tam jak wiadomo bóg wie co dymem kręci, więc szczepi się zosia na wszelki ewentualny. ja tymczasem dzień wcześniej dam nura do równie tropikalnego polandu, i to, drodzy państwo, dopiero będzie wyzwanie: powiedzieć pa, zosiu i nie zobaczyć się przez kolejnych czterdzieści dni. proszę sobie wystawić: czterdzieści piekielnych dni. ja oczywiście mam świadomość, że istnieją w świecie rzeczy straszniejsze, bardziej bolesne, jak choćby czterdziesty pierwszy dzień rozłąki z zosią, i że w związku z tym mój ból jest być może trochę na wyrost, trochę bez sensu; w niczym jednak nie zmienia to sytuacji: skowronki smutku jęły wiercić dziurę w duszy mej i jest mi z tym raczej nieszczególnie